Pierwszy miesiąc prenumeraty cyfrowej za 5 złzamawiam

Logowanie

Rżenie

listopad 30 2020

Jest południe, zbliża się ulewa. Przysiadam na parę minut na drewnianych schodkach, aby odpocząć po oblepianiu ścian stajni mieszanką gliny i słomy.

Wisia podchodzi wolno, każdy jej krok wydobywa z kopyt puste stuknięcie, a ona sama jak zwykle szuka kawałka suchego chleba, który niczym efekt magicznej sztuczki ma pojawić się na mojej dłoni. Nie znajduje nic, ale łagodnie opiera swoją olbrzymią głowę na moim lewym ramieniu i wtedy ja drapię ją od dołu własną głową. Wzdycha, ugina kolana aż do chwili, kiedy zbliża się Olga, i pozwala potarmosić swoją grzywę. Ta chwila to soczystość spokoju w pochmurny dzień, chwila współdziałania.

Pewnego sierpniowego wieczora pojawiły się moim w domu Wisia i Olga, dwa kuce, dwie klacze. Na noc wprowadziliśmy je na zagrodzony teren, nie wiedząc, skąd pochodzą. Były ufne i kontaktowe i kiedy rano wyszły przez otwór budowanej właśnie stajni, pomyślałem, że być może chcą zostać. Były niewolnicami, jak wszystkie zwierzęta świata, i należały do osoby, która hodowała ryby i sprzedawała je martwe. Konie uciekły i rozzłościły po raz kolejny owego człowieka. Pytaliśmy, pytaliśmy, aż w końcu trafiliśmy do niego. Powiedział, że przyjdzie je odebrać. Chwilę potem zapytał, czy chcemy je kupić, oraz dodał, że chce sprzedać swoją ziemię wraz z domem i całą infrastrukturą, bo ma 74 lata i właściwie chciałby już przejść na emeryturę.

Próbowaliśmy przekonać go argumentem, że w naszym domu nie płaci się za zwierzęta, że ma okazję zostawić kuce w dobrych rękach, że nie będą wyzyskiwane, będziemy o nie należycie dbać. Odpowiedział, że złoży propozycję innemu kupcowi, który chciał je nabyć dla swoich wnuków i dla rozrywki. Na świecie używa się milionów koni i osłów do ciągnięcia ciężarów, transportu, targów i rodeo, przez co ich kręgosłupy zniekształcają się, konie powoli podupadają, aż przychodzi zapaść. Jak u tych, które ciągną wozy z etycznie niedorozwiniętymi turystami na Morskie Oko, w Krakowie, w Nowym Jorku, na Majorce czy w jakimkolwiek innym miejscu na świecie, gdzie nasz gatunek wyznaczył koniom rolę zwierząt pociągowych albo (z chwilą, kiedy stają się bezużyteczne w pracach wymagających wysiłku) mięsa. Na targach koni w Skaryszewie o cenie życia stanowi waga, ostatecznie kończą na hakach w rzeźni.

W obliczu debaty na temat tego, jak zabijać zwierzęta, można by stwierdzić – i robię to ze szczerym zamiarem prowokacji – że chów przemysłowy jest bardziej litościwy niż ekstensywny. Spójrzmy na świnię, którą w wiejskim gospodarstwie zabija się rok w rok. Zwierzęta z chowu przemysłowego nie mają nadziei ani nie przypuszczają, że coś złego im się wydarzy, bo przypadło im w udziale potworne życie i są tego w pełni świadome. Zwierzę hodowane w domu, posiadające imię, przestrzeń i relatywnie wygodne życie, zapewne wygodniejsze niż życie w fabryce, nie jest świadome zdrady, która je czeka. Ufa do tego stopnia, że wchodzi w związki uczuciowe z hodowcą, a ten pewnego dnia podrzyna mu gardło, a przecież nie dał wcześniej żadnego znaku ani nie przejawiał na pozór takiego zamiaru. Jest to rozwiązanie ekologiczne, ale zarazem psychopatyczne. Chów ekstensywny nigdy nie powinien być uważany za alternatywę dla chowu przemysłowego. Rozwijamy współczucie i altruizm i przekształcamy je w dobra społeczne. Robimy to dlatego, że ogólna tendencja na świecie jest dokładnie odwrotna, a obojętność i okrucieństwo to obecnie podstawa zachowań społecznych.

Brak obojętności na zbrodnię i niesprawiedliwość nie oznacza nobilitacji do rangi bohatera, a jedynie funkcjonalną dorosłość we wspólnym społeczeństwie.

Mimo że wielokrotnie negocjowaliśmy z „legalnym właścicielem” Wisi i Olgi, on nie przekazał nam klaczy i koniec końców musieliśmy za nie zapłacić. Nie była to kwota wygórowana, jednak to, co nas przybiło, to aspekt moralny samego aktu kupna zwierząt i choć przyjaciel wspomógł nas finansowo, to jednak wciąż był handel życiem, które do nas nie należy. Klaczom sami nadaliśmy imiona: Wisia (na cześć poetki Szymborkiej) i Olga (po pisarce Tokarczuk) – i teraz są z nami w Domu Żab. Nie zdają sobie sprawy z kwoty, jaką otrzymał za nie prostacki starzec pozbawiony zasad moralnych. Nie będą dosiadane, nie będą ciągnąć ciężkich wozów, nie będą nosić uzd, a my powiększymy im ogrodzenie, żeby mogły galopować i być, po prostu… być końmi.

Tak jak światło potrzebuje ciemności, tak wiedzy niezbędna jest ignorancja. Nic nie istnieje bez swojego przeciwieństwa. Skrajności jednakże to jedynie punkty odniesienia, gdyż znakomita większość rzeczy oraz istot żywych znajduje się w przestrzeniach pośrednich wypełnionych mrokiem i wierzeniami, zaś wartości absolutne służą za busolę wskazującą, dokąd iść albo do czego się odwołać. Ludzkie barbarzyństwo mierzone jest jednostkami strachu. W wielu państwach dzikie zwierzęta funkcjonują jako domowi pupile. W jeszcze innych zjada się te, które są naszymi towarzyszami i o które dbamy, albo czyni z nich bóstwa, podczas gdy my je eksterminujemy. Konie zostały zniewolone 4 tys. lat temu w Kazachstanie, 30 tys. lat temu już na nie polowano, choć ich istnienie datuje się od epoki eocenu, to jest 55 mln lat wstecz. Na tym polegała systematyczna ludzka praca: wpychanie rąk w rozwój gatunków, którego trajektoria ewolucyjna była stokroć dłuższa niż nasza. Tym samym potwierdziliśmy, że jesteśmy najgorszym wirusem istniejącym na tej planecie. Status zwierząt uwarunkowany jest kulturowo i zależy od zachcianki danego człowieka lub grupy społecznej. Prawa innych gatunków pisane są przez ludzi pospolitych, mało rozgarniętych i prymitywnych, zaś tresura stanowi fundament dla faszyzmu. Za każdym przerażającym zdjęciem wyzyskiwanego zwierzęcia stoi milion tych, których nigdy nie zobaczymy. Ratunkiem jest społeczeństwo, w którym człowiek nie opiekuje się, nie hoduje ani nie wykorzystuje zwierząt.

Mielibyśmy obowiązek sprawowania opieki jedynie nad tymi, które ze względu na określone cechy lub inwalidztwo takiej opieki by wymagały.
Czuję absolutną pogardę do wszystkiego, co otacza cywilizacje i ich antropocentryczny dyskurs rozwijający się wokół tematu posiadania zwierząt. Przypuśćmy, że koń lubi biec z kimś, kto siedzi na jego kręgosłupie, jak twierdzą ludzie na nich jeżdżący. Czy rzeczywiście woli to niż swobodny ruch bez obciążenia? Czy lubi to zawsze? Odpowiedzi są oczywiste: sądząc po „przypadkowych” śmierciach spowodowanych wierzgnięciem, ugryzieniem czy ubodzeniem, powinniśmy się powstrzymać od nazywania jakiejkolwiek istoty pozaludzkiej „zwierzęciem domowym”, a tym bardziej tego cudu na czterech nogach zwanego koniem. Łzy szczęścia to najwymowniejszy wyraz wypowiadany przez ciało, aby podziękować życiu. Zmierzenie się z weganizmem jako wartością moralną i katalizatorem społecznej zmiany oznacza zmierzenie się z otchłanią emocji, smutku, radości, spokoju, bólu, nienawiści. Ze zwrotem myślenia, jakiego doznajemy, kiedy dociera do nas, że świadomość cudzego bólu jest lustrem świadomości naszego cierpienia, oraz że cudza śmierć krąży wokół naszej własnej. Zwierzę pozaludzkie, które umiera ze starości, nie jest mniej tragiczne niż zwierzę ludzkie w tej samej sytuacji, ale jest to naturalny cykl i tak powinno być.

Usprawiedliwianie przedwczesnej śmierci wymaga jednak wykonania czasem bardzo złożonej żonglerki mentalnej. Zwierzęta nigdy niczego nam nie dały, zawsze to my im coś zabieraliśmy. Nie mają wobec nas żadnego długu ani nie są nam niezbędne, poza tym, co należy do sfery czynników biotycznych i od nas nie zależy. Fakt, że zwierzęta zasługują na szacunek ze względu na zysk, jaki przynoszą, że ich wartość przeliczana jest na pieniądze i na poziom naszego samouwielbienia, świadczy o tym, że opieka nad ziemią zdegradowała się do spieniężania i eksploatacji. Jedyna religia, jaka mogłaby mnie zainteresować, to taka, która wytyczy dogmat o zwierzęcej naturze uznający zwierzęta pozaludzkie jako punkt odniesienia dla rozumienia wolności i sztuki życia. Chodziłoby o doktrynę, która nie oceniałaby ich według wartości ludzkich.

Jeśli chcemy być wolni, powinniśmy uwolnić innych. Jeżeli chcemy żyć, musimy przestać zabijać. Konie rżą, tupią, śmieją się tarzają po ziemi. Świat, jakiego chcemy dla nas, jest taki sam, na jaki zasługują one: nie na pistolet ogłuszający w rzeźni ani los więźnia przykutego łańcuchami. Nie być radykalnym wobec zbrodni to również jest radykalizm, gdyż mamy do czynienia ze współudziałem.

  • Tekst: Xavier Bayle
  • Tłumaczenie: Agnieszka Władzińska
  • Artykuł ukazał się w numerze 12/2020-1/2021 Magazynu Vege