Ekranowy partner Audrey Hepburn i Raya Millanda, laureat dwóch nagród PATSY, rudzielec przewyższający sławą Garfielda. Kim był Orangey?
Kot Orangey podbił Hollywood od pierwszych chwil. Rudy, pręgowany kocurek zadebiutował w 1951 r. filmem „Rhubarb” i z miejsca stał się żywą legendą. W kolejnych latach zdobył dwa tzw. zwierzęce Oscary, czyli nagrody PATSY, które zwracają uwagę na dobrostan zwierząt w przemyśle filmowym i oddają sprawiedliwość czworonożnym aktorom.
Siła autentyczności
Historia rudego gwiazdora sięga 1949 r., kiedy to mieszkanka Los Angeles Agnes Murray zlitowała się nad poturbowanym i głodnym kociakiem. Zabrała go do domu z ulicy, zadbała o opiekę weterynaryjną i godne warunki bytowania. Futrzak nosił jednak wyraźne znamiona dawnego życia w bezlitosnej, miejskiej dżungli.
Przepustką do sławy okazały się jego blizny na pyszczku i nosie. Gdy twórcy „Rhubarb” na podstawie powieści Harry’ego Allana Smitha rozpoczęli poszukiwania mruczącego rudzielca, pragnęli postawić na realizm. Wspomniane znaki szczególne Orangeya dodały jego postaci autentyczności i sprawiły, że kot pokonał ponad 500 konkurentów do roli.
Ktoś pokazuje pazurki
Rudzielec trafił pod skrzydła legendy w swoim fachu, tresera zwierząt Franka Inna. Podczas półwiecznej kariery mężczyzna szkolił na potrzeby filmów wszechstronne zwierzaki, w tym psa Skippy’ego, który wcielał się w Astę z kultowej serii filmów o komediowo-kryminalnym zabarwieniu „Thin Man” z Williamem Powellem i Myrną Loy.
Praca z Orangeyem okazała się dla Inna niemałym wyzwaniem. Szybko okazało się, że zwierzak przejawia psotną naturę i nie kryje się ze swoim silnym charakterem. Członkowie ekipy mieli notorycznie skarżyć się na zadrapania czy ugryzienia przez kota, który w dodatku potrafił zaszyć się na długie godziny w garderobie tak dobrze, że wynajmowano psy tropiące w celu jego odnalezienia. Korzystano również z kocimiętki. Aktorzy byli spryskiwani specjalną mgiełką z dodatkiem ulubionego zapachu mruczków, aby przyciągnąć uwagę Orangeya i ułatwić operatorom uwiecznienie ruchliwego kota.
Zwierzęcy magnetyzm
Zdjęcia do filmu „Rhubarb” opóźniały się, ale końcowy efekt przerósł najśmielsze oczekiwania. Orangey niczym magnes przyciągnął tłumy do kin, a jego tytułowa rola bezdomnego kota dziedziczącego fortunę po ekscentrycznym milionerze okazała się jedną z najlepszych zwierzęcych kreacji w historii amerykańskiego ekranu. Towarzyszyli mu Jan Sterling (laureatka Złotego Globu za „Noc nad Pacyfikiem”) i Ray Milland (zdobywca Oscara za poruszający portret człowieka w sidłach nałogu ze „Straconego weekendu”).
Kocur szybko stał się pożądanym nabytkiem w Hollywood i z jego sławy skorzystali przede wszystkim producenci. Orangey występował w kolejnych filmach, a także w serialach – w tym w niezwykle popularnej telewizyjnej adaptacji słuchowiska „Our Miss Brooks” liczącej łącznie 130 odcinków. Filmowcy chętnie korzystali z jego potencjału komediowego, ale kocur sprostał też dramatycznej tonacji w „Pamiętniku Anny Frank” (1959) na podstawie wojennych wspomnień żydowskiej dziewczynki.
Szczyt popularności
Największy sukces Orangey odniósł jako podopieczny bohaterki Audrey Hepburn ze „Śniadania u Tiffany’ego” (1961). Film Blake’a Edwardsa był adaptacją powieści Trumana Capote’ego ukazującej słodko-gorzkie losy postrzelonej Holly Golightly – utrzymanki bogatych adoratorów. Subtelny wdzięk Audrey Hepburn nadał jej kreacji nutę tragizmu skupioną w traumatycznej przeszłości młodej kobiety, a jej ekranowy kot stał się metaforą niezależnej natury Holly, która nie nadała futrzakowi nawet imienia w wyrazie uznania jego wolności.

Rudy kot otrzymał sporo ekranowego czasu, ale w rzeczywistości grało go kilku zwierzęcych aktorów. Orangey towarzyszy Holly w ikonicznej scenie z finału, w której dziewczyna pada w ramiona przeznaczonego jej Paula (George Peppard) i całuje go w strugach deszczu z kocurkiem w ramionach.
Śledztwo
Orangey występował aż do 1967 r. Po śmierci został pochowany w Forest Lawn Memorial Park na wzgórzach Hollywood Hills, gdzie spoczęli wcześniej m.in. Humphrey Bogart, Walt Disney czy Clark Gable. To pokazuje skalę jego uwielbienia przez publiczność i znaczenie dla amerykańskiego dziedzictwa kulturowego.
Z biegiem lat legenda Orangeya znalazła się na celowniku historyków kina. Co do tego, że mruczący rudzielec nigdy nie dźwigał swoich ról samodzielnie, nie ma wątpliwości, ale niektórzy badacze sugerują, że Orangey w ogóle nie istniał. Zgodnie z tą teorią za fenomenem kociego bohatera stał ukierunkowany na biznes system wielkich wytwórni i sprytni producenci, którzy zdawali sobie sprawę ze społecznego uwielbienia dla futrzaków. W tym kontekście Orangey miałby być swoistym chwytem marketingowym, umownym imieniem, pod którym skrywało się całe stado ogniście rudych kocurków.

Niektórzy szukają złotego środka między spiskowym tropem a istnieniem faktycznego Orangeya. Według nich kocur miał pojawiać się jako jeden ze zwierzęcych aktorów w najważniejszych ujęciach, ale wymagał wsparcia sporego grona futrzastych dublerów. Dodatkowo podkreślają, że wyróżniał się na tle pozostałych czworonogów występujących w filmach wyjątkowym opanowaniem i podatnością na tresurę.
Zapewne nigdy nie poznamy pełnej prawdy, zważywszy na to, że zwierzęcy aktorzy byli zdecydowanie mniej udokumentowani w archiwach studiów od tych ludzkich. Warto jednak spoglądać na historię Orangeya z dystansem. Realia starego Hollywood bardzo często odsłaniały mroczną stronę systemu, który karmił się pozorami.
Praktyka ubarwienia czy całkowitego zmyślenia życiorysów gwiazd dotyczyła wielu artystów – od zatajania przeszłości Rudolpha Valentino przez kłamstwa dotyczące rzeczywistego wieku „odmładzanej” do celów reklamowych Mae West po istne bajeczki wokół Thedy Bary, która miała urodzić się na pustyni jako córka księżniczki i arabskiego szejka. Można zatem podejrzewać, że chwytliwa, ale niemająca wiele wspólnego z prawdą praktyka przybierała jeszcze większą skalę w przypadku zwierzęcych statystów skazanych na ludzkie intrygi i niemogących przemówić w swoim imieniu.
- Tekst: Paula Apanowicz
- Tekst ukazał się w numerze 11/2026 Magazynu VEGE

