Można zmienić jadłospis, ale o wiele trudniej w ciągu kilku tygodni zmienić przyzwyczajenia dzieci.
Od 1 września 2026 szkolne stołówki działają według nowych zasad. Reforma żywienia w placówkach edukacyjnych zakłada serwowanie uczniom więcej strączków, warzyw i produktów pełnoziarnistych, mniej cukru i żywności wysoko przetworzonej, a raz w tygodniu obiad całkowicie bez produktów odzwierzęcych. Zmiana ta ma poprawić sposób żywienia dzieci, ale jej prawdziwy test odbywa się nie w ministerialnych dokumentach, tylko w szkolnych stołówkach. Pojawiają się pytania o to, czy dzieci zaakceptują nowe smaki, ile te zmiany będą kosztować i wreszcie, czy zdrowie będzie mogło iść w parze ze smakiem.

Co nowego
Nowe rozporządzenie Ministra Zdrowia zastąpiło przepisy obowiązujące od 2016 r. Najczęściej komentowaną zmianą jest obowiązek podawania w placówkach oświatowych przynajmniej raz w tygodniu obiadu na bazie nasion roślin strączkowych, bez dodatku produktów odzwierzęcych. Nie oznacza to jednak, że mięso znika ze stołówek – w tygodniowym jadłospisie nadal przewidziano dwie porcje świeżego mięsa i co najmniej jedną porcję ryby. Maksymalnie dwa razy w tygodniu można natomiast podawać potrawy smażone.
Więcej miejsca w szkolnym menu mają zajmować warzywa, owoce, produkty pełnoziarniste i strączki. Podstawowym napojem dla dzieci ma być woda, poza tym ograniczono dopuszczalną ilość dodawanego do posiłków cukru. Szkoła musi również zapewnić alternatywną potrawę roślinną uczniom, którzy nie jedzą produktów odzwierzęcych, gdy podstawowym daniem jest posiłek mięsny lub rybny.
Potrzeba
Dane dotyczące sposobu odżywiania najmłodszych nie napawają optymizmem. Według danych przywoływanych przez Narodowe Centrum Edukacji Żywieniowej nadmierną masę ciała ma około jedna trzecia dzieci w wieku wczesnoszkolnym. Ministerstwo Zdrowia podaje, że nawet 80 proc. dzieci w Polsce nie je rekomendowanej ilości warzyw i owoców (przynajmniej 400 g powyżej 10. roku życia, 350 g dla dzieci w wieku 6–9 lat). Nie chodzi wyłącznie o ograniczenie mięsa. O wiele ważniejszy jest cały model żywienia: ilość warzyw i owoców, produktów pełnoziarnistych, słodkich przekąsek i napojów oraz stopień przetworzenia żywności. Nowe przepisy mają przede wszystkim zmienić proporcje na dziecięcym talerzu na korzyść zdrowych produktów.
Do przygotowania szkół włączyła się również Fundacja Jadłonomia założona przez Martę Dymek-Boniecką, znaną propagatorkę kuchni roślinnej i autorkę bestsellerowych książek kulinarnych. Organizacja stworzyła m.in. bezpłatne narzędzie pomagające sprawdzić, czy tygodniowy jadłospis spełnia nowe wymagania. Opowiadając o celach fundacji, Dymek-Boniecka zwracała uwagę, że samo rozporządzenie jest dopiero początkiem. Nowe zasady trzeba jeszcze przełożyć na zakupy, pracę kuchni i konkretne receptury. Znaczenie ma także mierzenie ilości wyrzucanego jedzenia oraz włączanie dzieci i rodziców w proces zmian.
Przepisy jedno, kuchnia drugie
Nowe wymagania oznaczają dodatkową pracę dla dyrektorów, intendentów, kuchni i firm cateringowych. Jadłospisy trzeba dokładniej bilansować, planować zakupy i dostosowywać posiłki do zapotrzebowania dzieci w różnym wieku. Obiad jednodaniowy powinien dostarczać około 20 proc. dziennego zapotrzebowania energetycznego, a dwudaniowy około 30 proc.
Do tego dochodzi kwestia pieniędzy. Rządowy program „Posiłek w szkole i w domu” na lata 2024–2028 przewiduje 200 mln zł na moduł związany ze szkolnymi stołówkami i jadalniami, czyli 40 mln zł rocznie. Szkoła może otrzymać do 80 tys. zł na doposażenie lub poprawę standardu stołówki albo do 25 tys. zł na adaptację i wyposażenie jadalni. Nie są to jednak środki przeznaczone wyłącznie na wdrażanie nowych norm żywieniowych.
Wielogłos
Sama regulacja nie wystarczy. Zdrowy obiad, którego dziecko nie będzie chciało zjeść, nie spełni swojej roli. Właśnie tutaj zaczyna się najtrudniejsza część reformy. – Z perspektywy intendenta największą zmianą jest konieczność pogodzenia nowych wymagań żywieniowych z możliwościami finansowymi stołówki. Po 1 września koszt obiadu w naszej szkole wzrósł o 6 zł, a wydatki na zakupy produktów spożywczych są o około 10 proc. wyższe – mówi intendent pracujący w szkole podstawowej na Podkarpaciu. – Jadłospis musi uwzględniać więcej strączków, warzyw i produktów pełnoziarnistych, ale równie ważne jest to, czy nowe potrawy smakują uczniom. Nie wszystkie dzieci chętnie podchodzą do posiłków bez mięsa. Dlatego obserwujemy, które dania są zjadane, a które zostają na talerzach. To ważne również z ekonomicznego punktu widzenia. Nawet dobrze zbilansowany i niedrogi obiad staje się stratą, jeśli trafia do kosza – dodaje.
Z perspektywy dyrekcji jednym z największych wyzwań było przełożenie nowych przepisów na codzienne funkcjonowanie szkoły. – Wdrożenie nowych przepisów wymagało zmiany jadłospisów, dokładniejszego planowania zamówień i reorganizacji współpracy z firmą cateringową. Zwiększyliśmy udział dań ze strączków, uwzględniliśmy wyższe koszty i ograniczaliśmy marnowanie żywności, obserwując reakcje uczniów na nowe menu – mówi dyrektorka szkoły korzystającej z cateringu. – Personel szkoły i firmy cateringowej uczestniczył w szkoleniach dotyczących nowych norm żywieniowych, bilansowania posiłków i wykorzystania produktów roślinnych. Korzystano również z materiałów Narodowego Centrum Edukacji Żywieniowej. Nie ma jednak jednego obowiązkowego kursu dla wszystkich placówek, dlatego sposób przygotowania do zmian mógł wyglądać różnie w poszczególnych szkołach – dopowiada.

Opinie rodziców są podzielone. Mama trojga dzieci, z którą rozmawiałam, zmianę ocenia pozytywnie. – Moi synowie są wybredni w domu, ale w szkole zjadają zarówno dania mięsne, jak i bezmięsne. Córka dzięki szkolnemu menu zaczęła natomiast chętniej próbować nowych potraw i poprosiła nawet o przygotowanie bezmięsnego obiadu w domu – opowiadała. Nie wszyscy mają podobne doświadczenia. Mama sześciolatka zauważyła, że jej syn nie chce jeść obiadu bez mięsa i od początku roku mniej chętnie chodzi na stołówkę. Jej zdaniem problemem nie jest wyłącznie samo danie, lecz również sposób jego podania i brak wyjaśnienia dzieciom, dlaczego szkolne menu się zmieniło. Te dwa głosy dobrze pokazują największe wyzwanie reformy. Można zmienić rozporządzenie i jadłospis, ale o wiele trudniej w ciągu kilku tygodni zmienić przyzwyczajenia dzieci.
Czekając na werdykt
Na ocenę reformy jest jeszcze za wcześnie. Warto obserwować nie tylko zgodność jadłospisów z przepisami, lecz także to, co naprawdę dzieje się w szkolnych stołówkach. Czy dzieci jedzą strączki i warzywa? Które potrawy wracają do kuchni? Czy rośnie ilość odpadów? Czy obiady pozostają przystępne cenowo?
Nowe przepisy mogą być impulsem do zmiany szkolnego żywienia, ale wdrożenie ich w życie i skuteczność tego planu będzie zależeć od wielu osób – kucharek, intendentów, dyrektorów, firm cateringowych, rodziców i przede wszystkim samych uczniów. Ostatecznym testem reformy nie będzie jadłospis zgodny z rozporządzeniem. Będzie nim pusty talerz.
Rozmówcy chcieli zachować anonimowość.
- Tekst: Joanna Kwolek
- Tekst ukazał się w numerze 11/2026 Magazynu VEGE

