Pierwszy miesiąc prenumeraty cyfrowej za 5 złzamawiam

Logowanie

Imię to uznanie

wrzesień 23 2026

Była Julcia, Mańcia, Maryna, Zuzka, była też królewska Saba. Miśki, Reksie i Azory szczekały na niejednym podwórku, a w niejednym domu siedziały na kanapie. Co jednak o nich wiemy? Cała rzesza bezimiennych zwierzaków przeszła do historii tuż obok nas. Żyły, były, kochały.

Julcia była niezwykle oddana – gdy chorowała, udawała przed cała rodziną, że wszystko jest w porządku, próbując dosięgnąć ulubioną zabawkę. Nawet sparaliżowana w oczach miała cały czas miłość. Kundelka pocieszała nas do końca. Mańcia byłą rozrywkowa, Zuzka kochliwa i ciągle rozglądała się za kundelkami z sąsiedztwa. Saba kochała miłością bezwzględną i przemocową, nie znosiła sprzeciwu i zawłaszczała.
Jedne są inteligentne, inne mniej, jedne uwielbiają biegać w deszczu, inne nie znoszą nawet mżawki. Jedne starzeją się przyjacielsko, inne zmieniają się w złośliwe psiny podgryzające wszystkich dookoła. Tak jak ludzie mają swoje osobowości, historie, miłości, sympatie i antypatie.

Tylko dlatego że są psami, nie mają tych samych przywilejów. Gdy zaczynają chorować, niejeden weterynarz akceptuje wyrok właścicieli (opiekun tego nie zrobi), by uśpić zwierzę. Psa można poddać eutanazji, jeżeli procedura medyczna jest za droga, a o człowieka walczy się do końca. Gdy zbliża do miasta fala powodziowa, ratuje się ludzi, za to psa na łańcuchu lub zamkniętego w domu zostawiła niejedna osoba i nie dostała prokuratorskich zarzutów. Z powodu śmierci psa nie można wziąć w pracy urlopu jak z powodu śmierci członka rodziny. Tak samo gdy pies choruje, nikt nie da nam zwolnienia ze względu na konieczność zajęcia się psią osobą. Niektórych po dziś dzień oburza, że pies może nosić imię człowieka.

Asymetria w naszym świecie jest bolesna i wyjątkowo mocno osadzona w kulturowych wzorcach. O psach, kotach, koniach historia milczy (wprawdzie są badania prowadzone nad historią zwierząt, nie mają one jednak ciągle swojego przełożenia na samą naukę historii; to raczej część badań kulturowych lub ekoetyka). Jeszcze gorzej rzecz się ma ze zwierzętami zakwalifikowanymi jako użytkowe. Ze świni, krowy, owcy, kozy czy kury zrobiono rzecz. Zwierzęta „rzeźne” od razu przedstawione są człowiekowi jak karkówka, befsztyk, foie gras, żeberka albo szynka i bekon. Te zwierzęta nie mają swoich imion (czy to ludzkich, czy wymyślonych specjalnie dla nich), a jedynie kategorie spożywcze lub użytku społecznego (koń pociągowy i koń pod wierzch to dwie różne kategorie, tak samo jak kura nioska i brojler). Nadanie imienia Henio świni wydaje się wręcz prowokacją, zresztą tak samo traktuje się wszelkie miejsca opieki nad zwierzętami hodowlanymi. Sanktuaria dla zwierząt nawet o czułych nazwach będą budziły ironiczne uśmiechy u ich zaciekłych zjadaczy.

Wszystko zaczyna się od języka. Filozoficzne przekonanie, że język jest źródłem zrozumienia świata, ma swoje potwierdzenie w kulturowych wzorcach. Język utrwala koncepty i uczy nas myślenia o świecie. Co dane nam w języku, zaczyna funkcjonować.

Dlatego mizogini zaciekle walczą z feminatywami, ponieważ wiedzą dobrze, że coś tak niewielkiego jak żeńskie końcówki może nadać kobietom podmiotowość. Zaczęło się od kolonii, kiedy właściciele niewolników odbierali ludziom imiona. Był niewolnik Toma i tak też był nazywany, Tomowym czy Jerzego. W obozach koncentracyjnych oprawcy szli wyznaczonym szlakiem przez kolonialne eksperymenty eksterminacji ludzi – ta sama metoda, śladowe ilości jedzenia i praca ponad siły, terror i tortury, a do tego odebranie ludziom imion. Numer w indeksie czegoś, czego trzeba się pozbyć, łatwo daje się eksterminować. Gdy już mamy imię, ujawnia się przed nami podmiotowość.

W imieniu kryje się pewna paradoksalna kwestia. Z jednej strony jest społeczne – pochodzi od naszych przodków czy patronów. Co więcej, niejedna na świecie jest Joanna, więc imię to ma powszechny wymiar. Z drugiej strony identyfikujemy się z naszym imieniem, ono jest nasze, dlatego gniewa nas, gdy ktoś je przekręci, a gdy usłyszymy je, reagujemy. W tym sensie nabiera prywatnego, indywidualnego charakteru. Imię jest społeczne i prywatne, wszystkich ludzi i nasze – jest kluczem do relacji społecznych, w jakie wchodzimy, nicią utkaną z przeszłych pokoleń. W Joannie jest i Joanna I Szalona (1479-1555), królowa Kastylii, i Joanna Schopenhauer, niemiecka pisarka z Gdańska, której sławę zaćmiły dokonania filozoficzne syna Arthura. Rzecz jasna między królową Kastylii a XIX-wieczną malarką związaną z prerafaelitami Joanną Boyce było bardzo dużo Joann, Johan czy Joan, które wiodły życie praczek, chłopek, robotnic, mieszczek czy zakonnic w cieniu wielkich wydarzeń historii. Nic o większości z nich nie wiemy, podczas gdy samo imię przekazywane jest kolejnym dziewczynkom. Znałam też małą mopsicę nazwaną Aśką. Suczka uwielbiała spacery w lesie i długie wieczory na kanapie ze swoją ludzką przyjaciółką. Aśka, jak inne Joanny, Johany i Joan, zmarła niezauważona przez historię.

Imię zostało niemalże zsakralizowane. Dlatego posiadanie go ma znaczący, wręcz doniosły charakter. Skoro mam imię, jestem człowiekiem. Błędne przekonanie każe nam twierdzić, że jesteśmy kimś wyjątkowym. Tymczasem jesteśmy gatunkiem pośród innych gatunków. Delfiny i walenie nadają imiona i reagują na wezwanie swoich członków i członkiń stada. Nasze psy i koty doskonale rozpoznają swoje imię.

Gdy wołam moją Dorę, ona wie, że o nią chodzi. Podnosi łapkę i patrzy na mnie z pytaniem „Ale o co ci chodzi, kobieto?! Serio mnie wołasz?! Zastanów się jeszcze”. Potem nieśpiesznie, spoglądając na mnie z pewnym odcieniem zmęczenia, podchodzi. Relacja człowiek-pies we współczesnym świecie jest szczególnie skomplikowana. To samo zresztą w relacji człowiek-kot.

W języku tkwi też uprzedmiatawiający kontekst, „posiadania” zwierzęcia, sprowadzenia go do części mienia. Współczesne przepracowanie języka nie wszystkim się podoba, a dla niektórych zaciekłych obrońców reifikacji zwierzęcia „psiecko” i „kociecko” są aberracją. Tymczasem to piękna i kreatywna próba odwrócenia znaczeń. Dodałabym jeszcze „psiostrę” i „kocibrata”, „psiomamę” i „kociotatę”. Przecież nie raz dla małego dziecka pies czy kot wchodzą w taką rolę siostrzeństwa, braterstwa czy macierzyństwa i tacierzyństwa.

Kto widział, że do wózka nie wolno podejść, bo malec jest pilnowany i to zaciekle przez czworonożnego opiekuna czy wolał nie zadzierać z maluchem ukrytym za ciałem psa, wie dobrze – adopcje następują w obie strony, a psy i koty mają wielkie serca.

W imieniu jest magia. Gdy zwracam się do kogoś pierwszy raz po imieniu, kiedy przekraczamy tę delikatną linię znajomości i przechodzimy na stronę koleżeństwa, a może i przyjaźni, zmienia się wszystko. Już nie jesteśmy tylko znajomymi czy przypadkowo stojącymi obok siebie ludźmi. Zaczynamy być kimś dla siebie, wchodzimy w pole wzajemnych relacji i oddziaływań. Zwrócić się do kogoś jego imieniem oznacza wejście w nową relację i otwarcie nowego etapu znajomości. W posługiwaniu się imieniem tkwi klucz do pogłębienia relacji. To nie jest nieznajoma osoba, ale ktoś. Wyłania się podmiotowość. Ujawnia się osobowość. Znając imię, można zagadnąć i zadać pytanie, proces poznania zaczyna się od imienia i często od razu staje się pogłębiony. Emocje robią się coraz bardziej subtelne. Nadając zwierzęciu imię, wprowadzamy je w krąg społecznych relacji, przywracamy je społeczeństwu, odwracając całą tradycję uprzedmiotowienia i zawłaszczenia.

Świnia o imieniu Henio to przeciwieństwo tucznika, już nie jest bekonem, tylko zaczyna być kimś. Przestaje być numerem w indeksie hodowli i rzeźni. To odczarowanie relacji, nadanie jej właściwego sensu, to również powrót do utraconej dawno temu rzeczywistości, kiedy świnia po prostu była zwierzęciem, a nie towarem. To powrót do właściwych emocji i odtworzenie relacji pierwotnej, kiedt świat jeszcze nie był przez człowieka posiadany, ujeżdżany, przejadany, zabijany, a człowiek należał świata zwierząt.

Imiona zwierząt, jakie im nadajemy, to jeden ze śladów dawnej struktury świata. W toku rozwoju zachodniej mentalności, gdy najważniejsze stało się dla nas posiadanie i rozwój, zwierzęta pozaludzkie, jak i cała przyroda, zostały utowarowione. Człowiek siłą swojej ideologii nadał sobie wyższość, umieścił się na szczycie drabiny bytu. Oskarżanie o antropomorfizowanie zwierząt i przypisywanie im cech ludzkich jest odwróconym porządkiem myślenia. Ci, którzy boją się, że nadajemy zwierzętom cechy ludzkiej myślą w duchu zachodniego uprzedmiotowienia świata. Pisząc o imionach nadawanych zwierzętom (a wszystkie, jakie podałam są prawdziwe, znałam te osoby zwierzęce), nie nadaję cech ludzkich zwierzętom. Sytuacja jest zgoła odwrotna. Tu nie chodzi o udawanie, że zwierzę jest jak człowiek, tylko o uświadomienie sobie, że człowiek jest zwierzęciem. To nie imiona ludzkie nadane zwierzętom, tylko gest upodmiotowienia, jaki należny jest każdej istocie żyjącej. To wreszcie uświadomienie sobie, że między człowiekiem a psem, kotem, świnią, kurą czy krową jest różnica gatunkowa i nic więcej, co pozwalałoby orzekać, że jeden gatunek może więcej, ponieważ jest królem stworzenia. Różnica nie jest podstawą wartościowania, a człowiek jako gatunek zwierząt nie podlega jakiejś innej klasyfikacji.

Jeżeli ktoś ma problem z imionami zwierząt, cmentarzami dla nich, z opieką, jaką je otaczamy i miłością, jaką im dajemy, jeżeli ktoś w weganizmie widzi aberrację, to jest ofiarą kulturowego warunkowania, które nakłada na myślenie i działanie wzorce antropocentryzmu.

W takiej postawie negacji zwierzęcej natury człowieka i jego jedności ze światem tkwi kulturowa separacja, która pozwala czerpać korzyści ze zniewolenia. Nie żyjemy na tej plancie długo, przeciętnie około 70 lat, psy, koty i świnie jeszcze krócej. Szkoda więc czasu na nienawiść.

  • Tekst: Joanna Hańderek
  • Tekst ukazał się w numerze 10/2026 Magazynu VEGE
WSPIERAM10 zł WSPIERAM25 zł WSPIERAM50 zł