Wracamy po krótkiej przerwie. Uczniowie też wracają po wakacjach do szkół – przynajmniej pod jednym względem troszkę lepszych. Od 1 września obowiązuje rozporządzenie ministry zdrowia, zgodnie z którym stołówki w placówkach oświatowych nareszcie będą musiały zapewnić młodym ludziom roślinne posiłki, z czym do tej pory bywało bardzo różnie.
Niektóre to robiły, inne nie – bo personel nie umiał, nie chciało mu się, bo przy cenach marnego mięsa w Polsce jego podawanie było nie tylko łatwe, lecz także tanie, a w wielu miejscach to nadal najważniejsze.
A wszystko bywało podawane w sosie troski o rozwój i uniknięcie niedoborów, jakby od lat nie było wiadomo, że właściwie skomponowana dieta roślinna jest odpowiednia dla każdej grupy wiekowej (co potwierdziły stanowiska komisji i stowarzyszeń naukowych).

Trzy sprawy. Pierwsza jest oczywista: nareszcie koniec z poczuciem wyalienowania i brakiem wygody dla uczniów wegetarian i wegan, których jest coraz więcej, bo pojawiło się pierwsze pokolenie, w którym z niejedzeniem mięsa w rodzinie się rodzi i dorasta, a nie o nie walczy. Druga: dobrze, że po dekadach oporu państwo polskie wreszcie uznaje prawo do decydowania o roślinnym sposobie żywienia dzieci i daje podstawę do dochodzenia go na drodze administracyjnej, a nie na drodze błagania i przekonywania personelu. Trzecia: powrót do jakiejś normalności.
W stołówkach mają być alternatywy dla mięsa na co dzień, a co najmniej raz w tygodniu menu całkowicie roślinne. To ważne, bo mnóstwo dzieci nie spotyka się z tym u siebie w domu (z tych samych powodów, które wymieniłem dla żywienia zbiorowego). Statystyczna polska rodzina zapomniała, że mięso w historii tylko bywało na stołach, a bynajmniej nie było podstawą wyżywienia, i taki stan pokoleniowej amnezji żywieniowej przekazuje swoim potomkom wraz z przekonaniem, że posiłek bez mięsa to żaden posiłek.
Ten ciąg może zostać przerwany.
- Tekst: Maciej Weryński
- Tekst ukazał się w numerze 9/2026 Magazynu VEGE

