Pierwszy miesiąc prenumeraty cyfrowej za 5 złzamawiam

Logowanie

Dziedzictwo: niechciane – chciane, niczyje – czyje?

lipiec 08 2026

Na co zwracasz uwagę, zwiedzając nowe miasto? Na bogate zbiory tamtejszego muzeum, różnorodność knajp i barów, walory historyczne? Może zwracasz uwagę na nastrój ulic i uliczek, pomiędzy kamienicami zdobionymi detalami architektonicznymi lub roślinami w doniczkach? Nastrój, tak unikatowy dla każdego miasta, tworzy relacja mieszkańców z otoczeniem.

Dziedzictwo niechciane to określenie używane przy spuściźnie wywołującej niepokój, wstyd, niezdecydowanie, przypominającej nierzadko o traumatycznym przebiegu historii. Często pojawia się w kontekście nazistowskiej okupacji Krakowa, na której pozostałości wciąż można natrafić, spacerując arkadami przy ulicy, nomen omen, Krakowskiej, albo osiedlem przy ulicy Królewskiej – to jedne z wielu zrealizowanych projektów nazistowskiej przebudowy miasta.

Dziedzictwem chcianym można by więc nazwać tego przeciwieństwo, ale pójdźmy o krok dalej i określmy tak wszelkie dziedzictwo, do którego miasto dążyłoby celem uzyskania pewnego wizerunku. Przykładowo miasta schludnego, zadbanego, świadomego własnych architektonicznych tradycji albo miasta ocalałego, które swoimi ulicami może opowiadać historię. Będąc przy temacie drugiej wojny światowej i miasta ocalałego, spójrzmy na Warszawę. Doświadczenia wojenne w jej tożsamości pojawiają się subtelnie – w nazwach ulic, rond – ale i topornie, ciężko, w sposób nie do przeoczenia – w kompletnej reorganizacji tkanki miejskiej po bombardowaniach. Śmiało można uznać, że pozostałości po starej Warszawie, które przeżyły tak drastyczny okres, zostałyby wywyższone do rangi bóstwa jako namacalności mitu, którym stały się wojenne doświadczenia (przynajmniej współcześnie można tak sądzić, naiwnie byłoby to przypisywać radzieckim urbanistom). A jednak gdy wychodzimy z metra na Rondzie ONZ, wyłania się z gąszcza wieżowców i bloków pewna przykra kamienica. Zdaje się, że ledwo jeszcze stoi. „Zbudowana w 1911 roku, do rejestru zabytków wpisana w 2019”, można przeczytać na Wikipedii. Na Pradze można szukać analogii, weźmy jako przykład ulicę Sprzeczną 8. Pod tym adresem zachowała się kamienica wybudowana w latach 1911-1912. Nie tak mało przypadków, które przetrwały wojnę i kształtują od dekad wyjątkowość swoich okolic, a to cecha chyba chciana. Mimo to współczucie wzbudzają nie losem sprzed 80 lat, a tym, co się dzieje z nimi teraz.

Wróćmy do Krakowa. Ważnym fundamentem jego miejskiej tożsamości są klimatyczne kamienice w obrębie centrum i okalających go dzielnic. Między innymi Kazimierz zauroczył wielu turystów swoimi ogródkami, zaułkami, knajpkami i pamiątkami wcześniejszych lat (oraz całodobowymi Carrefourami z alkoholem). Podobnie jak większość naszych dzisiejszych bohaterek sporo kamienic tej dzielnicy-wizytówki, która co roku sprowadza dosłownie miliony turystów, znajduje się w opłakanym stanie. Co w szczególności razi, to deklarowanie przez miasto chęci realizacji nadmiernie ambitnych planów, typu budowa metra czy kolejnych linii tramwajowych, kiedy flagowe dziedzictwo, chciane i potrzebne, niszczeje. Taki popęd w stronę postępu, gdy fundamenty, na których ten postęp miałby stać i piąć się w górę, sypią się i chyboczą. Trudno jest przejść obojętnie, poznając intencje zarządzającego budynkami kleru i deweloperów, co do wspomnianej spuścizny. Tego samego doświadczyli mieszkańcy ulic Józefa i Bożego Ciała na Kazimierzu, którym w grudniu 2025 roku wypowiedziano umowy, ponieważ wspomniany duet planował pod tymi adresami budowę luksusowego hotelu. Media zahuczały, ludzie protestowali, Rada Miasta zablokowała możliwość budowy, jednak deweloper nie zaniechał starań. Zaproponował najemcom lokali użytkowych niekorzystne umowy, otwarcie próbujące wymusić na nich wyniesienie się. Choć na początku czerwca właściciele biznesów w tych lokalach ogłosili, że zostają na miejscu i trwają negocjacje, to tylko przykład podejścia do dziedzictwa tego typu w Krakowie. Spacerując po centrum, widzimy, że wiele odnowionych kamienic jest w bardzo dobrym stanie. Ale czyje one są? Odpowiedź znajdziemy na portalachAirBnb i Booking.

Kiedy niechciane staje się chcianym? Docieramy pod Zamek Cesarski w Poznaniu, w czasach zaborów i drugiej wojny światowej cielesność niemieckiego imperializmu. W międzywojniu i po okupacji (również rosyjskiej), pełnił pewne funkcje, nie strasząc opustoszeniem, chociaż pojawił się plan jego wyburzenia. Dziś jako centrum kultury jest ważny w poznańskiej tkance, lecz niech posłuży nam tylko jako wstęp. Przenieśmy się do miasteczka oddalonego o kilkanaście kilometrów na południe. Puszczykowo, bo o nim mowa, pod koniec XIX i na początku XX w. prężnie rozwijało się  jako letnisko za sprawą niemieckich i poznańskich elit. Ich spuścizna w postaci willi, podobnie jak w Krakowie, stanowi podstawę miejscowej tożsamości. W kategorii niechcianego dziedzictwa można myśleć o dziedzictwie poniemieckim – analogicznie do poznańskiego Zamku, to przecież „pamiątki” okupacji rozbiorowej i wojennej, kiedy wysiedlano Polaków i zasiedlano Niemców z głębi Rzeszy. Obserwując je współcześnie – przykładem ulica Nadwarciańska 1 – można sądzić, że owe pamiątki się zaaklimatyzowały, zostając na pewnym etapie zechciane. Nie jest to część historii, o której się milczy, ale też nie przerobiono jej w mit. Nim został raczej okres powstawania pierwszych restauracji, domów letniskowych, zarówno polskich, jak i niemieckich, na przełomie wieków. Budynki te stały niczym świadkowie, wiele z nich trzyma się wciąż w dobrym stanie, jak wybudowane w 1905 roku letnisko Silva przy ulicy Poznańskiej 4. Inne zostały odnowione na przestrzeni ostatnich lat, jak Willa Mimoza, której metamorfozę można obejrzeć chociażby na Street View, albo Jadwinówka na skrzyżowaniu ulic Cienistej i Poznańskiej. Nie popadajmy jednak w zachwyt nad pozorem zarządzania taką kulturową wartością. Ruiny po dawnych lokalach żałośnie lśnią resztkami dawnego blasku i wypadają jeszcze gorzej, gdy spojrzy się na stare pocztówki ilustrujące ich pełnię chwały. Porównując zdjęcie i to, co fizycznie przed nami, robi się zwyczajnie przykro. Za przykład może posłużyć niegdyś urokliwa restauracja Turystyczna, dziś rudera przy Ratajskiego 36. Albo ruina przy Wczasowej 8, której dawny klimat gdzieś można dostrzec, przymykając oko na górę gratów. Dowód, że da się zadbać o spuściznę, potęguje pytanie: czemu tę chcianą, kształtującą tak bardzo charakter miejsca, pozostawia się na pastwę losu?

Warszawa, Kraków, Poznań, Puszczykowo… Również Wrocław nie ucieknie przed oceną. Kamienica przy Ukrytej 18 pokazuje swoje cegły, wita kamiennym napisem SALVE na progu. Przy bramie kamienicy spod warstw tynku wyłaniają się stare, niemieckie napisy. Kto wie, jak długo tam już są? Wiele budynków wyremontowanych w ścisłym centrum rodzi pytanie, czyje one są? Każdy z nich sprawia wrażenie chcianego, ale też jakby nie do końca wiedziano, co z nimi zrobić, jak je potraktować, a próby zwalczenia tej niewiedzy dostrzegam w balkonach udekorowanych kwiatami, w parapetach obłożonych figurkami i aloesem. Kamienice pozostawione w architektonicznym negliżu zdradzają pewną obcość, niezręczność. Wytłumaczenie, dlaczego tak jest, dość szybko wyłania się z historii, w licznych, powojennych przesiedleniach. Wielu ludzi przesiedlono zza Bugu – stanowili 20 proc. mieszkańców Wrocławia po 1948 roku, z czego procent faktycznie pochodził z Lwowa, jak podaje Maciej Zawistowski w artykule „Lwów utraconą Atlantydą. Mit założycielski powojennego Wrocławia”. Mimo to, powstał Wrocław – spadkobierca, miasto tabula rasa, kontynuacja kultury Lwowa będącego miejscem gloryfikowanym. Było to szczególnie potrzebne w szarej, komunistycznej rzeczywistości. Ta potrzeba ogarnęła większe tereny niż tylko te odzyskane, jak to partyjny dyskurs wtłoczył w głowy wielu pokoleń naprzód. Ogarnęła całą Polskę – lwowski mit stał się wszechobecny, portretując miasto niemalże jako raj utracony. Ten mit zaszczepił w wielu ludziach tęsknotę do popolskich kamienic, nierzadko idącą w parze z zarzutami o niedostateczne dbanie o spuściznę, która jest tak bardzo chciana. Póki tęskne głosy – czy to za wschodem, czy to za kolejną nową inwestycją – robią się głośniejsze, odwracamy się bardziej od dziedzictwa, które już jest, już je mamy, ale bez należytej uwagi sypie się, łamie i zamienia w ruinę przepełnioną goryczą do świata.

  • tekst: Magdalena Lipińska