Pierwszy miesiąc prenumeraty cyfrowej za 5 złzamawiam

Logowanie

„Co do… kury?” [recenzja filmu]

czerwiec 29 2026

„Co do… kury?”, czyli podlaska Godzilla potrzebna od zaraz.

Starcie z przemysłowymi fermami drobiu nie musi oznaczać cervantesowskiej walki z wiatrakami. Twórcy wchodzącego na ekrany dokumentu „Co do… kury?” i jego bohater, lalkarz Łukasz Puczko, wiedzą jednak, że czasami potrzeba odrobiny szalonego idealizmu Don Kichota, aby stawić opór ignorancji.

W warunkach naturalnych kury przeznaczają na wypoczynek do 10% doby. Przez 30% aktywnie poszukują jedzenia. Ruch i podskoki zajmują im kolejne 34%. W przypadku hodowli przemysłowej kur struktura ta zostaje skrajnie zachwiana przez ukierunkowanie na wydajny przyrost masy ciała kurcząt. Żyjące w ogromnym zagęszczeniu brojlery unieruchamia się nawet przez 80% doby i poddaje intensywnemu karmieniu. Tłok, pomieszczenie bez okien, sztuczne światło i widok tysięcy ciał innych kurcząt – tak wygląda krótkie, bo zaledwie sześciotygodniowe, życie brojlerów szybko rosnących. W hali produkcyjnej nie ma warunków do realizacji naturalnych zachowań: nauki, socjalizacji ze stadem, zabawy czy kąpieli piaskowej, która naturalnie chroni kury przed pasożytami i pozwala na pielęgnację upierzenia.

Duże zagęszczenie utrudnia ptakom poruszanie się, zwiększa występowanie chorób i zaburzeń (kulawizny, pęcherze piersiowe, wodobrzusze, deformacje kości powodujące chroniczny ból), a także problemów behawioralnych, w tym agresji. Ponadto wpływa na pogorszenie jakości ściółki wymienianej dopiero wraz z pojawieniem się nowej obsady ptaków. Los brojlerów wieńczy dalszy stres związany z odłowieniem, załadunkiem do kontenerów transportowych, czasem głodzenia i wieszaniem za łapy na strzemionach linii ubojowej, po którym dopiero następuje oszałamianie. Od 0,9% do nawet 3% ptaków unika jednak ogłuszania, co wiąże się z pełną świadomością w chwili uboju. Podczas śmierci kurczęta wciąż nie osiągnęły dojrzałości.

Podlaska Godzilla

Sytuacja kur zabijanych na mięso w warunkach przemysłowych staje się punktem wyjścia niezwykle intymnego, a przy tym pełnego ciepła filmu dokumentalnego „Co do… kury?” (2025) Joanny Dei. To dokumentalny debiut montażystki i reżyserki znanej m.in. z krótkometrażowego „Rozłamu” (2020). Światowej klasy lalkarz Łukasz Puczko dołącza do lokalnego protestu przeciwko budowie fermy na Podlasiu. Wybiera w tym celu język, który zna najlepiej i figuruje ponad podziałami: sztuki.

Budowa Marysi, ogromnej lalki-kury, idzie w parze z gorzkimi doświadczeniami: trudem powrotu do przestrzeni kulturalnej w postlockdownowym świecie i rosyjskiej agresji w Ukrainie. Ponadto otwiera przestrzeń do inspirujących spotkań i budowania nowych relacji, w tym z Sabiną, z którą Łukasz tworzy niezwykłą więź mistrza i uczennicy… a może bliźniaczych płomieni?

„Co do kury?” to manifestacja determinacji oraz siły społecznej presji, a jednocześnie wdzięczny i urokliwy w swojej prostocie obraz podlaskiej wsi podyktowany jej idyllicznym rytmem. Film pokrzepiający w dobie niepokojącej intensyfikacji wrogich nastrojów, w tym ksenofobii. Wyrasta z problematyki zwierzęcej, a właściwie opowiada o nas samych. W końcu, powtarzając za doktor Temple Grandin, „zwierzęta czynią nas ludźmi”. Joanna Deja świetnie rozumie moc medium i osobistych doświadczeń, które wciągają odbiorców w demaskatorskie kino.

Łukasz wraz z mieszkańcami Zabłudowa i okolicznych miejscowości sprzeciwiają się budowie przemysłowej fermy drobiu. Poza troską o dobrostan brojlerów i sugestywnych pytań o przynależność tego typu hodowli do sektora rolnictwa, wskazują na konsekwencje ekologiczne. Zanieczyszczenie wód gruntowych, plaga insektów i niewyobrażalny fetor to tylko kilka skutków uprzykrzających codzienność miejscowych, którzy mierzą się z wyrachowanymi przedsiębiorcami. Ekranowi bohaterowie – tytułowani tak przeze mnie w kontekście realnych działań opartych na faktach i konsekwentnych działaniach – nie chcą do nich dołączyć ani utracić piękna swojej małej ojczyzny.

Bunt i pokora, czyli jak łączyć przeciwieństwa

Otwartość na drugiego człowieka, empatia i uważność wypełniają dokument po ostatni klaps, ale Joannie Dei udaje się także rozpisać niezwykły portret jednostki. Łukasz staje się twarzą współczesnego wrażliwca, zaangażowanego artysty skupionego na swym fachu. Bije od niego ogromna skromność. Na tle wielu innych postaci świata artystycznego, które są spragnione uwagi, toczy cichą walkę z pozerstwem, wykazując przy tym sporą wyrozumiałość dla ludzi spoza kulturalnego środowiska, dla których żargon okazałby się górnolotną formą. Prostym językiem objaśnia bliskim i sąsiadom własne działania, mechanizmy branży i plany.

To oczywiste, że ma świadomość nowatorstwa projektu gigantycznej kury, ale zamiast spoczywać na laurach, oddaje się ciężkiej pracy. Ta rodzi też frustracje. Na ludziach oceniających końcowy efekt jego wysiłków skomplikowane konstrukcje, które dopiero z czasem pokryją pióra i kurze „ozdobniki”, nie robią należytego wrażenia. A to w nich tkwi cały sekret lalkarstwa.

Na ekranie wybrzmiewa nieustający problem polskich artystów wciąż postrzeganych przez ogół społeczeństwa jako ekscentrycznych marzycieli – oderwanych od rzeczywistości i rzekomo migających się „prawdziwej” pracy. Łukasz łamie te krzywdzące stereotypy w każdym calu, pokazując przede wszystkim trud i złożoność swojego zawodu, a także zaangażowanie w pomoc uchodźcom. Wymyka się też pokazywanym coraz częściej w prześmiewczym świetle stereotypom artysty natchnionego, który działa pod wpływem weny, a nie świadomych, logicznych procesów. Z drugiej strony, jak określa to w pięknych słowach jego znajoma, przywraca za sprawą swoich marionetek magię okresu dzieciństwa. Z ich pomocą wyzwala eskapistyczną moc, która w trudnych i pełnych zgorzknienia czasach jest nam bardzo potrzebna.

Kurze sprawki wielkich ludzi

W filmie Joanny Dei nie odnajdziemy sensacyjnych relacji, krzyków ani międzyludzkich dramatów. Kluczem wartości „Co do… kury?” jest pieczołowicie utkana sieć wspólnoty i emocji, w którą zostaje wpleciony subtelny humor, a nawet nuta absurdu. Reżyserka z szacunkiem, a przy tym niezawodną intuicją zagląda za drzwi zwykłych ludzi żyjących poza wielkomiejskim zgiełkiem.

Kamera staje się niewidzialnym łącznikiem między rutyną i odwagą społeczności a ponadczasowym przesłaniem. Prostota, a zarazem swoista czułość kadrów odwzorowują nieprzeciętną wrażliwość bohaterów. Umożliwiają również wtopienie się twórców w tłum, dzięki czemu zostają zarejestrowane naturalne, często niespodziewane momenty, w których kryje się największa prawda. Spokojnemu tempu życia bohaterów wtórują ujęcia malowniczych krajobrazów Podlasia. Miejscowi wypoczywają na łonie natury, skupiając się na prostych radościach i obecności. Symboliczne wydaje się ograniczenie w ich codziennym dniu dynamicznie rozwijających się technologii. Koresponduje to z profesją Łukasza, jego drobiazgową techniką i licznymi godzinami spędzonymi w pracowni – ludzkim wysiłkiem oraz kreatywnością w kontrze do pracy maszyn. Natura wraz ze swoimi cyklami i nieprzewidywalnością żywiołu pokazuje motyw zmiany w życiu Łukasza i jego przyjaciół, w których przypadku kryzys daje nowy początek.

„Co do… kury?” okazuje się filmem o społecznych trudach i… na trudne czasy. Joanna Deja dowodzi, że widzom nie potrzeba drastycznych obrazów ani sensacji, aby porwać ich serca. Mimo wymagającej tematyki i pogłębiających się problemów – zarówno wykorzystywanych przez ignoranckich inwestorów zwierząt, jak i spychanej na margines branży artystycznej – dokument okazuje się kojącym doświadczeniem. Tam, gdzie pasja i sprawczość, tam też otucha.

  • tekst: Paula Apanowicz
  • zdjęcia opublikowane za zgodą studia produkcyjnego Raban TV