Myśl Carol J. Adams pozostaje aktualna 30 lat po premierze „Polityki seksualnej mięsa”.
Aby podnieść kurz dyskusji, który zdążył opaść po wspaniałym serialu „Dojrzewanie” z 2025 r., w marcu na platformach streamingowych pojawił się film dokumentalny „Louis Theroux: W głębi manosfery”. Obie produkcje usiłują odpowiedzieć na pytanie, co jest nie tak ze współczesnymi mężczyznami? Z naszego punktu widzenia nasuwa się jeszcze jedno: czy „manosfera” to automatycznie „mięsosfera”? Już na pierwszy rzut oka wydaje się, że raczej tak.
Męskość pod młotek
Manosfera to pojęcie odnoszące się do tzw. męskiej perspektywy i gromadzące swoich zwolenników w określonych przestrzeniach Internetu (na świecie są to kanały takie jak 2chan czy 4chan, w Polsce strona Wykop.pl czy zamknięte grupy w serwisie Discord). Propagatorzy (m.in. bracia Andrew i Tristan Tate’owie, influencerzy) przekonują swoich sympatyków do w gruncie rzeczy dość sprzecznych poglądów. Z jednej strony mówią o systemowej dyskryminacji mężczyzn (zwłaszcza w dostępie do partnerek seksualnych), z drugiej – że każdy jest panem swojego losu, a wszyscy nieudacznicy powinni wziąć sprawy w swoje ręce, poprawić urodę przy pomocy młotka, zacząć zarabiać gruby hajs i w końcu móc zacząć wyrywać laski.

Pojęcie, bez wprowadzenia którego trudno dyskutować o manosferze, to „red pill” („czerwona pigułka”) – zupełnie nietrafione nawiązanie do filmu „Matrix”. W produkcji z 1999 r. każdy, kto połknął czerwoną pigułkę, dostrzegał, że żyje w matriksie – systemie, który na nim pasożytował, tworząc jednocześnie iluzję wolności. Współcześni redpillowcy twierdzą, że tak się właśnie dzieje w społeczeństwach, a symboliczne połknięcie czerwonej pigułki ma „włączyć myślenie” i pozwolić dostrzec, że to oni, a nie mainstreamowe (promujące „wrogie” idee feministyczne) media mają rację. Kwestią, na którą „red pill” ma w pierwszej kolejności otwierać oczy, jest to, że kobiety zawsze wybierają na partnerów (przede wszystkim seksualnych) bardzo atrakcyjnych mężczyzn, tych mniej urodziwych skazując na dożywocie w celibacie i samotności.
Tą drogą dochodzimy do innego ważnego pojęcia manosfery – „incel” (zbitka angielskich słów „involuntary celibacy”), czyli życie w mimowolnym celibacie. Tak samych siebie nazywają mężczyźni, którzy nie uprawiają seksu, bo żadna kobieta nie chce tego z nimi robić. Idąc manosferyczną logiką, kobiety kierują się hipergamią, czyli pociągiem do osób o wyższym statusie, który w przypadku mężczyzny oznacza przede wszystkim gruby portfel, wszystko, co się z nim wiąże, a także stereotypowo męską urodę – bycie wysokim, napakowanym i posiadanie wydatnej szczęki. To ostatnie jest przyczyną, dla której zdesperowani chłopcy próbują poprawić swój wygląd, uderzając się młotkiem po twarzy.
Incelosfera jest częścią dużo szerszej manosfery, w której obok pozostających w mimowolnym celibacie spotkamy też „artystów podrywu” nastawionych na „zdobywanie” (głównie seksualne) kobiet przy pomocy technik ocierających się na molestowanie, a także „mężczyzn podążających własną drogą”, którzy chyba najlepiej pożytkują swoją pogardę wobec kobiet – rezygnują z relacji z nimi i skupiają się na innych aspektach życia. Więcej można przeczytać w książce Aleksandry Herzyk i Patrycji Wieczorkiewicz „Przegryw. Mężczyźni w pułapce gniewu i samotności” (wydawnictwo W.A.B., 2023) o polskiej incelosferze.
M(i)ęskość
W dokumencie Louisa Theroux występują influencerzy będący guru dla chłopców zafascynowanych omówionymi ideami. Dokumentaliście nie udało się przepytać tych najsłynniejszych, jak wspomniany Andrew Tate. Porozmawiał jednak m.in. z Myronem Gainesem czy Harrisonem Sullivanem. Ten ostatni przedstawił mu swoją partnerkę słowami „oto moja zmywarka”. Stosunek do kobiet jest w tym środowisku co najmniej pogardliwy – jeden z bohaterów Theroux utrzymuje, że żadna kobieta nigdy niczego nie odkryła ani nie wynalazła.

Część manosferycznych influencerów zbudowała swoje majątki, sprzedając niezwykle seksistowskie i uprzedmiotawiające kursy podrywania kobiet. Z czymś nam się to kojarzy, prawda? Mniej więcej od lat 90. XX w., kiedy światło dzienne ujrzała książka Carol J. Adams „Polityka seksualna mięsa. Feministyczno-wegetariańska teoria krytyczna” (w Polsce wydana w 2022 r. przez Oficynę 21, tłum. Michał Stefański), pojawia się refleksja o męskim spojrzeniu, które równie łakomie patrzy na ciała zwierząt nieludzkich i na ciała ludzkich kobiet, dając sobie prawo do przekształcania tych podmiotów w przedmioty i pożarcia – dosłownego lub seksualnego. Ostatnio na gruncie polskim tezy te odświeżyła Karolina Skowron-Baka w książce „Feminizm to weganizm. Dlaczego feministki powinny walczyć o prawa zwierząt” (wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2025).
Badaczka z Uniwersytetu Łódzkiego, Urszula Kluczyńska, w artykule „Mężczyźni i mięso. Postrzeganie mężczyzn w*gan w memach internetowych” zwraca uwagę na powiązanie męskości z jedzeniem mięsa, używając terminu „mięskość”. Podsumowując dotychczas przeprowadzone badania, wysnuwa wniosek, że mężczyźni przeważnie jedzą więcej mięsa niż kobiety, co ma wiele przyczyn. Wśród nich jest fakt, że krwisty stek – podobnie jak wysoka pozycja zawodowa, drogi samochód, wydatna szczęka i wianuszek pięknych kobiet – w oczach zakompleksionych mężczyzn przydaje im męskości.
Wygląda więc na to, że identyfikujący się z manosferą definiują swoją płeć w sposób absolutnie stereotypowy: wydatne portfel i szczęka, wysokie wzrost i dochody, dużo pięknych kobiet i samochodów oraz mięso jako obiekt domyślny. Pisze o tym Carol J. Adams, pisze Karolina Skowron-Baka, zauważa w swoich badaniach Kluczyńska i, mówiąc szczerze, trudno nie dostrzec tego własnym okiem – tam, gdzie pojawiają się mężczyźni-weganie, w ślad za nimi podąża drwina. Według zatwardziałych mięsarian bez białka zwierzęcego nie zbuduje się nie tylko mięśni i siły, lecz także mózgu i inteligencji. Nie bez znaczenia jest również aspekt przemocy – „prawdziwy” mężczyzna potrafi sam sobie upolować krwisty stek, nawet jeśli polowanie ogranicza się do odwiedzenia działu mięsnego w supermarkecie. Idąc tą logiką, na gruncie kulinarnym bycie mężczyzną musi się wiązać z czyjąś śmiercią i towarzyszącą jej przemocą. Dopóki chodzi o śmierć zwierząt innych niż ludzkie, mięsożerne społeczeństwo nie ma się pozornie czym przejmować. Pozornie, bo – jak już kiedyś o tym pisałam, omawiając serial „Dahmer: Potwór” (tekst znajdziecie w „Vege” 12/2022-1/2023) – w ślad za krzywdą zwierząt idzie krzywda ludzi. Przemoc wobec domowych pupili jest markerem przemocy wobec ludzkich członków rodziny: często ją poprzedza, bywa, że jest jej formą (groźby typu „skrzywdzę twojego ukochanego psa”).
Eskalacja
Finał eskalacji toksycznej, przemocowej męskości mogliśmy oglądać w przywołanym na początku miniserialu „Dojrzewanie” Jacka Thorne’a i Stephena Grahama. 13-letni chłopiec (w tej roli Owen Cooper), nasycony manosferycznymi treściami i odrzucony przez swoją rówieśniczkę, dokonuje na niej brutalnego mordu. To filmowa fikcja, jednak inspirowana wieloma podobnymi wydarzeniami.
Jak opowiadała w swoim podcaście „Pierwsza Młodość” Karolina Korwin-Piotrowska, „Dojrzewanie” wywołało głębokie poruszenie pośród brytyjskich rodziców. Wielu z nich to właśnie w tym serialu po raz pierwszy spotkało się z nazwiskiem Tate. Przerazili się. To najczęściej „normalni” ludzie – kochający swoje dzieci, dbający o ich dobrostan i edukację, niestosujący wobec nich przemocy. Ich synowie chłoną jednak szkodliwe wzorce z sieci, a potem mordują swoje koleżanki.

Przemocy w manosferze sporo miejsca poświęcają w swojej książce Herzyk i Wieczorkiewicz. Czytając ją, czułam, że znaleźliśmy się w bardzo ciekawym i niepokojącym momencie historii – autorki pisały o sytuacji, w której identyfikujący się z tym ruchem anonimowi mężczyźni masowo namawiali talibów, którzy przejęli władzę w Afganistanie, do mordowania kobiet trudniących się pracą seksualną. To jedna z niedźwiedzich przysług, jakie wyświadczył nam ogólnodostępny internet – kilka dekad temu sfrustrowani panowie mogliby się co najwyżej cieszyć z doniesień medialnych o takich incydentach. Obecnie mogą próbować wpłynąć na ich wystąpienie.
Niuanse
Przeciwstawienie manosfery „idealnym” kobietom byłoby kolosalnym uproszczeniem. One są tak samo zdolne do przemocy jak mężczyźni, choć rzeczywiście powstanie i rozwój manosfery były powiązane z backlashową reakcją na ruch „Me Too”. Powiem więcej – relacja pomiędzy tymi zjawiskami sama w sobie jest bardzo skomplikowana i z pewnością warta osobnych studiów. Widać to bardzo wyraźnie na przykładzie skandalu, który rozegrał się wokół jednego z najsłynniejszych polskich youtuberów Krzysztofa Gonciarza. Zwrot „rozegrał się” nie jest do końca precyzyjny, bo ten dramat wciąż trwa, a śledzą go dziesiątki tysięcy osób. Zaczęło się w 2023 r. od afery Pandora Gate, w którą Gonciarz, przynajmniej do czasu, nie był zamieszany.
Przypomnijmy, o co chodziło: znani youtuberzy Sylwester Wardęga i Mikołaj Tylko (w sieci znany jako Konopskyy) ujawnili, że inni popularni twórcy – pełnoletni – mieli nawiązywać jako relacje intymne z fankami poniżej wieku zgody. Mówiąc wprost – z 12, 13 i 14-letnimi dziewczynkami. W sieci zawrzało, a słów potępienia nie szczędził nawet ówczesny polski premier Mateusz Morawiecki. Na tej fali grupa dziewczyn, które w przeszłości pozostawały w relacjach intymnych z Gonciarzem, zrobiły na niego callout, czyli opowiedziały publicznie o rzekomych nadużyciach, których miał się wobec nich dopuszczać. Nie wspomniały, że wszystkie były w tym czasie pełnoletnie, a domniemane grzechy Krzysztofa, kiedy zaczynamy analizować screeny i nagrane na niego filmy, to niechęć do wejścia w stały związek z jedną z zaangażowanych osób i głupi, acz konsensualny żart z czekaniem na dziewczynę na lotnisku z kartką z napisem „pojemnik na spermę”. Screeny prywatnych rozmów, które byłyby dla niego najbardziej obciążające, zostały, co udowodnił, pocięte i zmanipulowane. Na tle ogólnokrajowego oburzenia nikt się jednak nie bawił w niuanse.
Gdyby nie ogromna siła Gonciarza, jego dalekozasięgowe kanały w social mediach i grupa ludzi, którzy postanowili go wesprzeć, youtuber byłby publicznie skończony. Stało się inaczej. Krzysztof postanowił zawalczyć o swoje życie i godność, czego efektem jest wieloodcinkowy serial na YouTube zatytułowany „Perseusz”. Format, który do tej pory nie istniał, pionierski i – nie bójmy się tego słowa – znakomity. Influencer rozprawia się przy jego pomocy z osobami, które go pomówiły, wskazuje, że ich ofiary nie kończą się na nim, i że te kobiety krzywdzą bez skrupułów także inne kobiety.
Zemsta ryb
W pierwszym odruchu polska manosfera zapłonęła od ekscytacji, a wśród najbardziej aktywnych widzów „Perseusza” nie brakowało wyznawców „red pillu”. Jednak Gonciarz – znany wcześniej z bardzo udanych akcji wspierających Czarne Protesty – nie poszedł na łatwiznę i nie został guru „red pillu”. W odcinku, po którym wszyscy spodziewali się centralnego uderzenia w jego byłą partnerkę i – wszystko na to wskazuje – organizatorkę całej tej kampanii oszczerstw, postanowił pokazać, że Katarzyna Mecinski nie oszczędza nikogo, kto staje na drodze do realizacji jej celów, niezależnie od płci. Przedstawił historię byłej przyjaciółki Mecinski, którą ta również skrzywdziła, choć w sposób dużo mniej jednoznaczny niż Krzysztofa. Zniesmaczeni redpillowcy, kiedy narracja youtubera przestała wspierać ich tezy, wrócili do swoich internetowych dziur.
Historia Gonciarza i jego prześladowczyń, jak wspomniałam, jeszcze się nie skończyła – trwają batalie sądowe, w tym jedna na terenie Stanów Zjednoczonych, a jak wiadomo, sądy działają dużo wolniej niż internet i opinia publiczna. Wygląda jednak na to, że w oczach tej ostatniej youtuber został oczyszczony. Co z tego, skoro do grona jego prześladowczyń dołączają kolejne i zdaje się, że cykl pomówień i reakcji na pomówienia nie ma końca? Choćby autor „Perseusza” tego nie chciał, oczerniający callout stał się dla jego twórczości formacyjny i trudno sobie wyobrazić, że kiedyś się od niego uwolni i wróci do kręcenia wystudiowanych filmików o Japonii, z czego wcześniej był znany.
Przytaczam historię Gonciarza nie tylko ze względu na to, że doskonale ilustruje, jak nieprzewidywalne rzeczy mogą wyniknąć, kiedy skonfrontujemy „red pill” z #metoo, i nie tylko po to, aby udowodnić, że kobiety też potrafią być przemocowe. Jest w niej bowiem zaszyty, na pewno pomimo intencji autorskich, wątek mięsariański. O tym, że do sieci trafił oczerniający film, Krzysztof dowiedział się w trakcie łowienia ryb. Nie umiem przejść obojętnie obok tej informacji i nie skomentować całkiem głupio – może gdybyś wtedy nie krzywdził ryb, to ciebie też by nie skrzywdzono. Karma wraca, czyż nie?
Oczywiście, odrzucenie wędki nie uchroniłoby youtubera przed zemstą odrzuconej kochanki i zakusami chciwej wspólniczki, bo, jak się wydaje, to właśnie takie motywacje napędziły jego callout. Warto jednak zwrócić uwagę, że wśród sojuszników, którzy wspierali Krzysztofa od początku, znalazł się zadeklarowany weganin Jaś Kapela. Połączyła ich Hanna Zagulska – była dziewczyna Jasia, która grała pierwsze skrzypce, jeśli chodzi o rozprzestrzenianie obrzydliwych plotek na temat Gonciarza w rodzaju „on krzywdzi dzieci”. Wspólny wróg dobrze działa na więzi, ale według mnie wspólne wartości jeszcze bardziej. Czy Jaś rozmawiał kiedyś z Krzysztofem o zjadaniu zwierząt i o tym, że łowienie ryb to okrutna praktyka? Nie wiem, ale po cichu liczę, że nawet jeśli nie, to kiedyś do tego dojdzie. Weganizm bardzo by skorzystał na zasięgach Gonciarza.
- Tekst: Jolanta Nabiałek
- Tekst ukazał się w numerze 7-8/2026 Magazynu VEGE

