Gwiazdą numeru wakacyjnego jest Beata Prycel (na Insta @dr_becia): lekarka weterynarii na co dzień zajmująca się psami i kotami. W swojej praktyce kieruje się troską o zwierzęta, łącząc wiedzę z empatycznym podejściem do pacjentów i ich opiekunów. Z miłości do zwierząt 10 lat temu przeszła na weganizm. Wolny czas spędza na siłowni, łącząc dbanie o zdrowie z aktywnym stylem życia.
Czy lekarz weterynarii Beata Prycel i znana na Instagramie Doktor Becia to ta sama osoba? Czy jesteś taka sama w lecznicy i w mediach społecznościowych?
Tak, to dokładnie ta sama osoba. Prywatnie, w pracy, no i na Instagramie – wszędzie jestem taka sama. Ja po prostu nie potrafię udawać. Od samego początku działalności w internecie stawiam na autentyczność i szczerość wobec moich odbiorców. Również w gabinecie jestem dość bezpośrednia, wybieram przyjazną, swobodną atmosferę. Uważam, że wtedy opiekunowie moich pacjentów są bardziej otwarci, chętniej współpracują i są po prostu ze mną szczerzy.
Jak pojawił się pomysł na edukację w mediach społecznościowych i kim są Twoi odbiorcy?
Ugięłam się pod naciskiem ze strony partnera i siostry, którzy od dawna mnie namawiali na założenie Instagrama. Zanim założyłam konto, myślałam, że nie mam nic interesującego do powiedzenia. Zastanawiałam się, kto właściwie miałby mnie słuchać i oglądać. Pomysły na treści właściwie same zaczęły wpadać mi do głowy. Okazało się, że dość szybko, bo w ciągu kilku miesięcy, udało mi się zbudować wspaniałe grono odbiorców. Są to głównie opiekunowie psów i kotów, a poza nimi osoby związane z behawiorystyką, dietetyką i – rzecz jasna – weterynarią, czyli lekarze, technicy i studenci tego kierunku.
Dlaczego zdecydowałaś się akurat na Instagram, a nie np. YouTube albo blog ekspercki?
Nawet nie myślałam nad innymi opcjami. Instagram był dość oczywistym wyborem, bo wiem, jak go obsługiwać, jak tworzyć rolki, wrzucać posty i tworzyć stories. Łatwiej mi tam budować społeczność i wchodzić w interakcję z odbiorcami. Nie miałabym głowy do tworzenia długich materiałów na YouTube, z kolei blog to sporo pisaniny. Wolę przekazywać wiedzę w sposób treściwy, krótko i na temat.
Twój internetowy przekaz jest bardzo pozytywny. Czy mimo to spotkałaś się kiedyś z hejtem?
Na szczęście spotykam się z hejtem dość rzadko. Zwykle ogranicza się on do głupich komentarzy pod postami, szczególnie tymi bardziej viralowymi, które trafiają do ludzi spoza mojej bańki. Właściwie nie wiem, czy w ogóle powinnam nazwać to hejtem – to raczej krytyka, ale moim zdaniem niekonstruktywna. Zwykle brakuje tym osobom argumentów i ograniczają się do dowodów anegdotycznych. Przykładowo pod rolką o tym, że nie powinno się wypuszczać kotów samopas, ludzie pisali, że ich kot przez 10 lat wychodził i jakoś nic mu nie było, a ja jestem jakaś nienormalna, bo trzymam kota w chałupie.

Wyjaśnij, proszę, czemu to najbardziej odpowiedzialna decyzja.
Główne zagrożenia dla kotów wychodzących samopas to przede wszystkim wypadki komunikacyjne, spotkania z dzikimi zwierzętami i psami, no i z ludźmi o złych intencjach. Dodatkowo istnieje ryzyko zatruć, zarażenia pasożytami i zakażenia wirusami – przede wszystkim FeLV (wirusem kociej białaczki), FIV (kocim odpowiednikiem wirusa HIV) i wirusem wścieklizny. Wymieniać można długo. Faktem jest, że koty wychodzące żyją średnio dwa razy krócej niż te niewychodzące.
Jakie Twoje posty są najbardziej nośne? Pod którymi dostajesz najwięcej komentarzy?
Bywa różnie. Najbardziej niosą się treści, na które ludzie reagują i przesyłają je swoim znajomym. Szeroki odbiór mają też posty kontrowersyjne, np. dotyczące szczeniaków z pseudohodowli, doodli (miksów pudla z innymi rasami, np. golden retrieverami, maltańczykami lub cocker spanielami), nieodpowiedzialnych opiekunów czy właśnie wspomniana wcześniej rolka na temat wypuszczania kotów samopas (lub na polko, jak to się mówi w Krakowie).
Czy zaobserwowałaś, że nadal wśród opiekunów istnieje tendencja do diagnozowania zwierząt online, na grupach dyskusyjnych albo nawet u lekarzy, ale przez wiadomości wysyłane na social mediach?
Tak, oczywiście, jest tego masa na psiarskich i kociarskich grupach na Facebooku. Kiedyś widziałam post, w którym diagnozowano u psa mastocytomę lub inny straszny nowotwór, a to była… landrynka wklejona w sierść. Na szczęście słychać też głosy rozsądku i coraz więcej osób komentuje „wet na cito”. Ciągle jednak znajdą się mądrale, które uważają, że każdy wet to konował, że nie obchodzi nas dobro zwierząt i śpimy na kasie, lepiej psu lub kotu podać jakieś magiczne ziółka lub przemyć zmianę skórną rumiankiem, a biopsja powoduje wzrost nowotworu…
Mnie też się zdarza otrzymywać wiadomości w stylu „Mój pies jest słaby i nie chce jeść, co mam zrobić?”. Na szczęście dzieje się to sporadycznie, za to częściej otrzymuję prośby o płatną konsultację wyników badań albo leczenia, ale tutaj mam już gotową formułkę: takie konsultacje on-line są po prostu niezgodne z prawem.
Zakładam, że skoro prowadzisz konto edukacyjne na Instagramie, lubisz dzielić się wiedzą. Czy tak samo jest poza internetem?
Tak, bardzo to lubię. Jakiś czas temu miałam przyjemność poprowadzić dla opiekunów psów szkolenie z pierwszej pomocy, a także kilka wykładów dla studentów International Veterinary Students Association (IVSA). Cieszy mnie kontakt ze studentami, może dlatego, że ciągle czuję się jak 20-latka i uwielbiam ich energię oraz ciekawość. Bardzo lubię pokazywać weterynarię taką, jaka jest w rzeczywistości, w praktyce, a nie w książkach i na wykładach na studiach. Nawet zastanawiałam się nad pracą na uczelni, jednak myślę, że z moją osobowością bym się tam nie odnalazła. Z natury jestem buntowniczką i nie byłoby mi łatwo podporządkować się hierarchii uczelni.

Kogo sama obserwujesz w sieci?
Sporo jest takich osób, głównie związanych z weterynarią, zoodietetyką i behawiorystyką. Nie będę jednak wymieniać, bo jeszcze o kimś zapomnę i się na mnie obrazi.
Zastanawiałaś się, kim byś była, gdybyś nie poszła na weterynarię? Rozważałaś inne ścieżki kariery?
Będąc dzieckiem, oglądałam dużo seriali kryminalnych (do tej pory mi to zostało), przez moment marzyła mi się praca prokuratorki lub lekarki sądowej. Szybko o tym zapomniałam. Uczyłam się w liceum w klasie o profilu biologiczno-chemicznym, zdawałam rozszerzoną maturę z biologii i chemii, ale miałam chyba jakiś późny bunt nastoletni i zdecydowałam się pójść na… filologię romańską, a docelowo wykładać literaturę francuską. Później jednak stwierdziłam, że mój ścisły umysł się do tego nie nadaje i po obronie licencjatu poszłam na weterynarię.
W kwietniu rozmawialiśmy z Rafałem Jankiewiczem znanym jako Pomazany Trener. Jak się poznaliście?
Na Rafała trafiłam, scrollując TikToka. Nie planowałam wcześniej z nikim nawiązywać współpracy treningowej, ale jak go zobaczyłam, to pomyślałam „o, swój chłop”. Współpracowaliśmy przez 1,5 roku, niestety około dwa miesiące temu musiałam z tego zrezygnować ze względu na natłok obowiązków, przez które musiałam trochę zluzować z treningami i trzymaniem michy.
Udowadniasz, że dieta roślinna nie jest przeszkodą do intensywnych treningów na siłowni. Dlaczego się na nią zdecydowałaś? Chyba nie chodzi o samą dietę, prawda?
Weganizm to dla mnie oczywisty wybór jako osoby kochającej zwierzęta. Nie wyobrażam sobie innej ścieżki. Nie jem mięsa od 2009 r., jestem weganką od 2016 r. Przeszłam weganizm niedługo po tym, jak wyprowadziłam się z domu rodzinnego na studia i zaczęłam sama sobie gotować i robić zakupy. Tak jak wiele osób ja też uwielbiałam ser i jajka, ale mam w sobie za dużo empatii, żeby je jeść. Z kolei mięso po prostu mnie brzydzi.
Co je na co dzień weganka, która nie tylko intensywnie trenuje, lecz także ma wymagającą pracę?
Kurczę, nie wiem, czy powinnam być wzorem do naśladowania, bo nie za bardzo lubię gotować i jem w kółko pięć tych samych potraw, których zrobienie wymaga minimum wysiłku. Sięgam np. po owsianki z wegańskim skyrem i owocami, tofu z warzywami i kaszą czy tortille z warzywami i kotletami sojowymi, tzw. kartonikami. Często też korzystam z wegańskich gotowców.
Jak spędzasz czas, kiedy nie pracujesz, nie edukujesz w internecie i nie trenujesz?
Niestety mało mam takiego czasu tylko dla siebie. Poza pracą, Instagramem i treningami trzeba jeszcze ogarniać mieszkanie i zwierzęta, gotować. Spędzam też sporo czasu, szkoląc się i jeżdżąc na konferencje. W wolnym czasie staram się czytać książki, próbuję jeszcze od paru miesięcy skończyć Red Dead Redemption 2 na PS4 (gram w tę grę już trzeci raz)…
Z badań wynika, że lekarze weterynarii to grupa zawodowa, która jest bardzo narażona na kryzysy psychiczne. Zgadzasz się z tym?
Zdecydowanie. Większość lekarzy i lekarek weterynarii to perfekcjoniści i z natury osoby bardzo wrażliwe. Jesteśmy obciążeni pracą z trudnym klientem i cierpieniem zwierząt – nie wiem, co gorsze w tym zestawieniu. Trudno jest się od tego odciąć, szczególnie jeśli wolny czas poświęcasz na czytanie nowinek w literaturze i jeżdżąc na szkolenia w ramach weekendowej rozrywki… Prowadzenie Instagrama też mi w tym na pewno nie pomaga.
To jak dbasz o zdrowie swojej głowy?
Najważniejsze jest posiadanie jakiejś pasji poza weterynarią. W moim przypadku to m.in. siłownia. Łapię też często hiperfokus na różne tematy, np. ostatnio były to ośmiotysięczniki, chociaż z chodzeniem po górach mam niewiele wspólnego.

Opiekujesz się psem Winylem i kotką Kaszą. Przedstaw nam je i zdradź, skąd pomysł na ich imiona.
Winyl to 14-letni bullterrier standard, a Kasza to ośmioletnia kotka znajdka. Najukochańsze zwierzaki na świecie, nie wyobrażam sobie bez nich życia. Mój facet kolekcjonuje winyle, stąd imię psa, a Kasza została tak nazwana jeszcze w domu tymczasowym. Pomyślałam, że to fajne imię dla kota, brzmi oryginalnie i bardzo dźwięcznie.
Na zakończenie wyjaśnij czytelnikom – jako lekarka weterynarii i weganka w jednej osobie – czy koty naprawdę nie powinny być na diecie roślinnej.
Jedzenie mięsa jest dla kota naturalne, bo jest bezwzględnym mięsożercą i ma organizm przystosowany do czerpania składników odżywczych właśnie z mięsa, nie z roślin. Kot ma wysokie zapotrzebowanie na białko zwierzęce, a w naturze właściwie nie spożywa węglowodanów.
Jestem weganką, która karmi kota dietą BARF (ang. biologically appropriated raw food – odpowiednio zbilansowana dieta składająca się z surowego mięsa, podrobów i suplementów). Brzydzi mnie to jak cholera, ale jestem odpowiedzialna za swoje zwierzę i chcę, żeby żywiło się w sposób możliwie naturalny i zdrowy.
- Rozmowa: Joanna Wlazło
- Zdjęcia: Karol Bagiński
- Za udostępnienie lokalu dziękujemy: 6. Dzielnica, ul. Piotrkowska 102, Łódź
- Tekst ukazał się w numerze 7-8/2026 Magazynu VEGE

