Pierwszy miesiąc prenumeraty cyfrowej za 5 złzamawiam

Logowanie

Nie jesteśmy minizoo

czerwiec 25 2026

Naszą rozmówczynią jest Edyta Polak: absolwentka Wyższej Szkoły Pedagogicznej. Z Korabiewicami związana od 12 lat, z czego od 11 lat współtworzy to miejsce jako pracownik. Prywatnie mama adoptowanej ze schroniska Kłębuszki.

Na początek musimy rozwiać pewną plotkę: podobno jeśli ktoś nie będzie się uczył, to skończy tak jak Ty? Prawda?

(Edyta się śmieje, bo ta historia teraz już ją tylko bawi) Mieliśmy kiedyś wolontariuszy w stajni, chyba z technikum. Chłopaki zaczęły sobie żartować i jeden do drugiego powiedział, że jak się nie będzie uczył, to skończy – wskazał na mnie – jak ta pani w schronisku.

Dodam, że „pani” – jak to w pracy – była w stroju nieformalnym, kurtka typu waciak, gumowce i jeszcze machała widłami, przerzucając koński gnój?

Z pewnością tak było. I pani w schronisku powiedziała wtedy wolontariuszowi, że 90 proc. pracowników ma wyższe wykształcenie. Chłopcy przestali żartować i już im nie było do śmiechu.

Czyli Twoje wykształcenie…

…jest wyższe. Wyższe pedagogiczne. Kierunek pedagogika wczesnoszkolna i przedszkolna.

Co robisz w schronisku z takim wykształceniem?

Kocham zwierzęta.

Do tej miłości za chwilę wrócimy, ale teraz drugie „podobno”. Można usłyszeć, że korabkowa zagroda to minizoo. Są tu przecież i owieczki i kózki i kaczuszki, kurki, gąski…

Nie, stanowczo nie jesteśmy minizoo. Zwierzęta są tutaj u siebie w domu, a nie na pokaz ani dla zabawy. Oczywiście ludzie mogą wejść, pogłaskać np. kozę, ale nie jesteśmy nastawieni na masowe wycieczki, którym towarzyszy hałas, przepychanki i stres. Niczym nie dokarmiamy naszych zwierząt i nie pozwalamy na to. Są po przejściach, traumach, odebrane ze złych warunków, często potrzebują specjalistycznego jedzenia. Kozy jedzą tylko siano. Dostają też witaminy. Nie muszą być dokarmiane owsem, bo nie produkują mleka, ani utuczone, bo nie skończą nigdy na talerzu. Schronisko jest ich domem. Chcą, to podejdą do człowieka, nie chcą – nie podejdą.

Mówisz, że nie produkują mleko, więc to kolejna zagadka. Mleko. Ludzie pytają, co robicie z mlekiem, które dają krowy, owce, czy kozy?

Nic nie robimy, bo nasze zwierzęta nie dają mleka.

Już widzę to zdziwienie w oczach, że jak to…

Mnóstwo ludzi reaguje zdziwieniem, dowiadując się, że zwierzęta nie dają mleka. Ale przecież kobieta też na co dzień, sama z siebie, tego nie robi. Każdy ssak musi mieć potomstwo, żeby produkować mleko.

Żeby nie było potomstwa, zwierzęta muszą być kastrowane. Wszystkie psy i koty w schronisku kastrujemy, suczki i kotki są sterylizowane. To element zapobiegania bezdomności. A jak jest ze zwierzętami gospodarskimi?

Nikt nie prowadzi sterylizacji samic na tak dużych zwierzętach jak konie czy krowy. Kastrowane są samce. Konie, byki, kozły, barany. Nie jesteśmy gospodarstwem rolnym ani producentem, tylko azylem, schronieniem. Na świecie jest wystarczająco dużo zwierząt potrzebujących pomocy i nie musimy powoływać do życia nowych.

A co z jajkami?

Kury znoszą jajka, to naturalny proces sterowany hormonami i nie mamy na to wpływu. Jajka od naszych kur zjadają nasze psy i lisy, które również mamy w schronisku.

Skąd trafiają do schroniska psy, każdy w mniejszym lub większym stopniu wie. Ale krowy? Konie? Kury? To już często zagadka. Tłumaczę podczas wycieczek po schronisku, że zwierzęta gospodarskie w większości również padły ofiarą człowieka. Czy tak jest?

Tak. Większość zwierząt mamy z interwencji. Były zaniedbywane przez ludzi, pozostawione same sobie w złych warunkach, ktoś się nad nimi znęcał.

Krowa Flora miała taką przeszłość.

Była – jako młoda jałóweczka – jedną z atrakcji na fermie dyń podczas Halloween. Miała objawy zapalenia płuc i biegunkę, była mocno wychudzona i odwodniona, kaszlała. U nas wyrosła na piękną krowę. Mamy też zwierzęta – krowy, kaczki, kury – które ktoś uratował, ale nie mógł się nimi zajmować. Zabrał je i potem zastanowił się, co dalej z nimi zrobić.

Uratował, czyli…?

Przykładowo wykupił z rzeźni albo przejął po śmierci sąsiada czy rodziny, chociażby kury lub kaczki. Mamy krowę, którą dziewczyna wykupiła od swojego wujka, nie wiedziała, co dalej z nią zrobić i szukała dla niej schronienia. Nie jest łatwo znaleźć miejsce dla krów, które potrzebują solidnego zabezpieczenia, ogrodzenia, żeby nie uciekły.

Z interwencji pochodzi większość kóz i owiec?

Tak. Mieliśmy dwie większe interwencje. Jedną na warszawskiej Białołęce, gdzie odebraliśmy 15 psów i 15 kóz. Te drugie były w ciąży, w bardzo złym stanie. Druga interwencja była w Tarczynie. Tam też odebraliśmy 15 zwierząt, które biegały luzem, bo ktoś, kto miał się nimi zajmować, nie robił tego. Zostawiono je samym sobie i sąsiedzi zaczęli je dokarmiać. Trzeba je było zagonić do wielkiej stodoły, odłowić i przywieźć do schroniska.

Jedna z gwiazd Korabiewic, Rudolf, też jest ofiarą człowieka. W innym stopniu, ale też. Wszyscy się zachwycają, jaki śliczny osiołek.

Rudolf nie jest osłem, tylko mułem, miksem kucyka z osłem. Te zwierzęta zazwyczaj są połączeniem konia normalnych rozmiarów z osłem. Rudolf jest mały, mniejszy niż osioł i do tego ma trudny charakter. Na pastwisku musi być z dużymi końmi, a nie np. z kucykami, które są od niego trochę większe, dlatego że nie lubi mniejszych zwierząt i jest w stosunku do nich agresywny.

Jak trafił do schroniska?

Jako zwrot z adopcji. Zaatakował mniejsze od siebie zwierzęta.

A druga gwiazda? Ogromny byk Fernando?

Fernando miał być bykiem mięsnym. Tam, gdzie stał, niedaleko była stajnia. Przyjeżdżały do niej dziewczyny i zaczęły się nim zajmować. Bardzo go polubiły, wręcz pokochały, i jak nadszedł czas, żeby trafił do rzeźni, to postanowiły go uratować – wykupić, wykastrować i znaleźć mu miejsce, gdzie będzie bezpieczny. Ogłaszały się, a my odpowiedzieliśmy na ten apel, zwłaszcza że nasz poprzedni byk Memuś właśnie od nas odszedł i mieliśmy miejsce na dużego byka.

„Dużego” to lekkie niedopowiedzenie. Jakim cudem Fernando jest tak ogromny?

One wszystkie tak by wyglądały, ale w wieku 18 albo 24 miesięcy trafiają do rzeźni, więc nie są w stanie dorosnąć do takich rozmiarów jak Fernando, który waży ponad tonę.

Schronisko w Korabiewicach to miejsce, gdzie można zobaczyć, jak wygląda starość zwierząt gospodarskich, kiedy mają szansę jej dożyć. Na tym też polega jego wyjątkowość.

Tak, tu zwierząt nikt nie zjada, mogą dożyć sędziwego wieku, podczas gdy np. świnie w hodowli żyją zazwyczaj sześć miesięcy. Tu można zobaczyć prawdziwego byka, który żyje spokojnie, nie jest przeznaczony na mięso. Fernando ma 10 lat. Nasze zwierzęta są w większości leciwe. Najstarszy koń miał 34 lata. Mieliśmy prawie 20-letnią krowę i 14-letnie świnie, które ważyły ponad 200 kg. Wcześniej mieliśmy jeszcze takie, które ważyły ponad 300 kg.

Powiedziałaś, że pracujesz w schronisku, bo kochasz zwierzęta. Mówi tak praktycznie każdy. Co to dla ciebie znaczy?

Kocham, czyli nie zjadam. Przede wszystkim. Pewnie dlatego pracuję tu, gdzie pracuję. Ze zwierzętami gospodarskimi, które nie skończą w rzeźni, których nikt nie zje. Gospodarstwa rolne to wykluczają, bo nawet jeśli zwierzęta „dają tylko mleko”, to i tak kończą w rzeźni. Dlatego jestem tu.

Nie jesz mięsa?

Nie, przestałam z dnia na dzień, kiedy zobaczyłam, jak się robi parówki.

Jesteście związani emocjonalnie z waszymi zwierzętami?

Nie kładą się nam na kolanach jak psy, ale słuchają nas, przychodzą na wołanie, dają się drapać, przytulać. Jest ich dużo, dlatego nie możemy im poświęcić tyle czasu, ile by potrzebowały, ale wszystkie traktujemy jak swoje zwierzęta. Związujemy się z nimi i każde odejście traktujemy jak odejście własnego podopiecznego.

Płaczecie?

Zdarza nam się. Ale zwracamy też uwagę na dobrostan podopiecznych. Nikt nie chciałby żyć w bólu i cierpieniu, a jeśli przestaje chodzić, na pewno nie chciałby tylko leżeć. Jeśli jest to duże zwierzę, np. ogromny koń, którego nie jesteśmy w stanie przełożyć na drugą stronę, a on nie może się podnieść, no to trzeba pomóc mu odejść.

Pamiętam, jak kiedyś zagwizdałaś i przybiegły do Ciebie wszystkie krowy, które stały na końcu pastwiska.

To jest właśnie ta więź. Do nas przychodzą. Ktoś inny może sobie na nie gwizdać i nic. Jestem już z nimi 12 lat, polubiłyśmy się na tyle, nawiązałyśmy taką relację, żeby mnie słuchały. Przeprowadzamy je na inne pastwiska i wystarczy, że zawołamy, a one przechodzą, wiedzą, gdzie iść. Ale też musimy zachować ostrożność i uważać. To są duże zwierzęta i nawet niechcący mogą zrobić krzywdę, a nawet zabić. Przy każdym, nawet małym piesku, trzeba uważać, bo zawsze coś się może wydarzyć. Jeśli przebywa się z tonowym bykiem – wiadomo, trzeba uważać jeszcze bardziej.

Z każdym zwierzakiem gospodarskim można nawiązać więź? Nawet z kurą? Gęsią?

Tak, nawet z kurą czy gęsią. Te drugie nigdy nas nie atakują, a innych przechodzących tak.

Potwierdzam. Atakowały.

Chodziły sobie swobodnie po podwórku, ale musieliśmy je zamknąć, bo obcych dziobały. Nas nie przepędzały. Pokrzyczały, pogadały, ale na tym koniec.

Do którego gatunku zwierząt gospodarskich jest ci najbliżej?

Do kóz. Mają takie diabelskie oczy, ale są milutkie. Niektóre kozy z tej interwencji z Białołęki były trochę oswojone i przychodziły na mizianie i przytulanie.

Mnie fascynują owce. Może dlatego, że z całą rodziną jesteśmy wręcz psychofanami „Baranka Shauna”. Owce wydają mi się nieco szurnięte.

Nasze owce są raczej wycofane i strachliwe, bo dużo złego je spotkało od ludzi.

Co?

Jedne były porzucone w lesie, nikt się do nich nie przyznawał, ale też mieliśmy owce odebrane interwencyjnie. Właściciel zamknął je w stodole i zniknął. Część z nich poumierała, część trafiła do różnych fundacji, m.in. do nas.

A krowy? Lubię krowy. Jest w nich coś, co wzbudza sympatię. Jak moja córka była mała, miała ulubioną krowę w okolicy i szła na spacer się do niej przytulić.

No tak, są miłe, leżą, przeżuwają, wyglądają na zrelaksowane.

A czy nasze takie są?

Nasze są. Nic nie muszą, wszystko mogą. Mają stały dostęp do siana, do wody, mają wiatę i swoje towarzystwo.

Ale to chyba dotyczy wszystkich naszych zwierząt gospodarskich? Konie wyglądają, jakby nigdy i nigdzie nie było im lepiej.

Niektórym na pewno tak. Są konie, które miały kiedyś właścicieli, ale trafiły do nas, bo ludzie nie mogli albo nie chcieli się nimi zajmować.

Mamy konie, które wymagały drogiego leczenia, a właściciel nie chciał za to płacić. Po leczeniu zwierzę miało szansę na powrót do zdrowia, no ale to wszystko było drogie. Leczenie konia na wrzody dwa lata temu kosztowało ok. 10 tys. zł. Myślę, że teraz ceny są wyższe, a mieliśmy podopiecznych z wrzodami, z astmą… Z powodu kosztów ludzie rezygnują z walki o ich zdrowie.

Przechodzimy do prozy życia, od której w schronisku się nie ucieknie. Leczenie psów bywa drogie, czasem bardzo. Leczenie zwierząt gospodarskich, szczególnie tych największych, to jakieś kosmiczne kwoty. A przecież nasi podopieczni są leczeni.

Szczególnie leczenie koni jest drogie. Dojazdy, leki, zabiegi, czasem korzystanie z lecznicy zewnętrznej. Nasze zwierzęta mają swoich lekarzy. Pani weterynarz na miejscu nam pomaga, ile może. Podopieczni są pod opieką weterynaryjną. Są odrobaczani, przed tym badane są ich kupy, żeby wiedzieć, na co trzeba je odrobaczać, jakie mają pasożyty. Zabezpieczamy ich też przeciwko muchom. Przyjeżdża kowal. To są ogromne koszty.

Dodam, że widok kury, gęsi czy kozy w schroniskowej lecznicy nie jest niczym nadzwyczajnym i wszyscy się już do tego przyzwyczailiśmy.

Zostajemy przy prozie życia. Praca, którą wykonujecie, jest ciężka fizycznie.

Tak, to ciężka praca. 365 dni w roku, praktycznie 24 godziny na dobę, bo tak się składa, że nasze zwierzęta najczęściej potrzebują pomocy weterynaryjnej w środku nocy albo w święta. Jeśli potrzeba, przyjeżdżamy i jesteśmy z nimi.

Nigdy nie miałaś myśli, żeby jednak znaleźć sobie lżejszą pracę? W tym roku w zimie w stajni zamarzły krany. Żeby napoić konie, wodę trzeba było nosić w kubłach. Na zewnątrz -15 st. C. Tu jest duży teren, każdy krok to była niemal walka o życie.

Miałam taką myśl, ale nie w tym roku, tylko na samym początku pracy. Nie było wody ani działających traktorów. Teraz warunki się poprawiły. Poza ekstremalnymi przypadkami mamy wszędzie wodę i Mikołaja (pracownik stajni, pasjonat wszelkich maszyn – przyp. red.), który naprawia traktory tak, że odpalają w każdych warunkach. 10–11 lat temu mieliśmy jeden na całe schronisko wysłużony traktor, który często nie działał. Była zimna, odczuwalna temperatura -20 st. C i wtedy myślałam, żeby iść do domu. No ale nie miał się kto zająć zwierzętami, więc zostałam.

Można zaryzykować stwierdzenie, że teraz są tu luksusy. Jak było jak zaczynałaś pracę?

Pierwsza myśl – błoto. Wszędzie błoto. U psów błoto, przed lecznicą błoto…

Tu jest gliniasty teren. Mieszkam niedaleko i śmieję się, że mogłabym założyć pracownię garncarską.

Tak, błoto dominowało. W zimie do stajni trudno było dojechać czymkolwiek poza traktorem. Gdy musieliśmy kiedyś przewieźć konia do szpitala, to trzeba go było doprowadzić do drogi, bo żaden samochód by tu po niego nie wjechał. Teraz mamy utwardzone ścieżki, rozprowadzoną wodę na terenie schroniska. Kiedyś mieliśmy wodę tylko w jednym miejscu w stajni i koło lisów. Napełnialiśmy wodą baniak 1 tys. l i jechaliśmy na betony (miejsce, gdzie mieszka większość psów; nazwa pochodzi od betonowych ogrodzeń między boksami – przyp. red.), gdzie traktor tonął albo zapadał się kołami i baniak się przewracał. Wtedy trzeba było go napełniać jeszcze raz.

Widziałam zdjęcia. Robią wrażenie.

Tak samo poiliśmy nasze zwierzęta. Musieliśmy zatankować zbiornik i przejechać po wszystkich pastwiskach, także tych na zewnątrz. Teraz i tam mamy wodę.

Ile osób pracuje w stajni?

Cztery na stałe. W weekend mamy pomoc.

A ile jest zwierząt, nie licząc psów i kotów?

Około 80 z kurami i kaczkami.

Czy Wasza praca to praca dla każdego?

Tylko dla wytrwałych. Mówię, że dla najlepszych.

Największe minusy?

Gdy odchodzą zwierzęta. To jest ten minus. I może jeszcze mało kasy, bo chcielibyśmy zrobić sporo rzeczy.

Co na przykład?

Chcielibyśmy postawić nową stodołę, zbudować wiatę na siano, założyć podgrzewane poidła w dużej stajniach. W mniejszej mamy takie poidła i tam nawet w największe mrozy w tym roku była woda. Może tylko przez dwa dni nie. W dużej stajni brakowało jej ponad miesiąc.

Marzy nam się też obora z prawdziwego zdarzenia. Czochradła dla krów, żeby zapewnić im rozrywkę. Krowy i kozy bardzo lubią się czochrać. I jeszcze ocieplenie stajni…

To znamienne, że mówiąc o potrzebach, nie wspominasz w ogóle o Waszym pomieszczeniu. Mówisz o zwierzętach, nie o ludziach. A Wasz – nie wiem, jak to nazwać – pokój przylegający do stajni, wymagałby remontu.

Nasza końciapa. Zrobiliśmy ją sami, swoimi rękami, wcześniej tu były boksy i nic dla ludzi. Mamy marzenie, żeby w zimie było tu trochę cieplej i żeby była łazienka, żebyśmy nie musieli chodzić do lecznicy.

Wasza końciapa jest rzeczywiście jedyna w swoim rodzaju. Dużo miejsca zajmują w niej legowiska dla psów. Skąd u Was psy?

Mamy trzy stajenne psy. Aslan mieszka w boksie koło stajni, a dwa pozostałe w końciapie. Zaczęło się ponad trzy lata temu. W schronisku panował kaszel kenelowy. Przyszła do nas na chwilę starsza sunia, żeby się ochronić przed chorobą. Mamy tu troszkę cieplej niż na zewnątrz, bo działa ogrzewanie, więc ona u nas zamieszkała. Gdy znalazła dom, wzięliśmy kolejną, która też ma już swoich stałych opiekunów. Udało nam się wyadoptować siedem psów. Teraz w końciapie mieszkają Dexter i Orta.

A największe plusy tej pracy? Poza tężyzną fizyczną, rzecz jasna.

Praca na łonie natury ze zwierzętami, dla których tu jesteśmy.

Co jest wyjątkowego w zwierzętach gospodarskich?

Są duże, silne, niezależne. Gdyby chciały, mogłyby po nas przejść i nawet tego nie zauważyć, a jednak tego nie robią. Współpracują z nami i chyba trochę nas szanują.

Dziękuję za rozmowę i zadam tradycyjne pytanie: możemy pożyczyć traktor na 12, bo musimy sprzątnąć śmieci na betonach?

Możecie, tylko najpierw wyrzućcie gnój z przyczepy, bo nie zdążyliśmy.