Kocia wdzięczność z przymrużeniem oka. Fragment książki „Chyba nie jestem Bogiem” (wydawnictwo Znak).
Od lat obserwuję świat zza tego okna i właściwie nie ma znaczenia, czy panuje upał, czy mróz, czy pada deszcz, czy świeci słońce: dwunodzy nieustannie pozostają w ruchu. Przemieszczają się albo na własnych nogach, albo w tych okropnych, przeraźliwie hałaśliwych pudłach na kołach. Początkowo jedynie podejrzewałem, dokąd się tak spieszą, lecz z czasem nabrałem pewności, że karma nie rośnie na drzewach – ktoś musi na nią polować.
Doszedłem zatem do wniosku, że dwunodzy robią to wszystko dla nas, kotów. Każda z tych osób na zewnątrz z pewnością ma jakiegoś kota, któremu codziennie musi dostarczyć porcję karmy, i właśnie dlatego wszyscy są w wiecznym pędzie.
Zresztą powiedzmy to sobie otwarcie: granulki karmy są niezwykle drobne i prawdopodobnie znakomicie się kamuflują. Kiedy już dwunogim uda się je schwytać, upychają je w plastikowych torbach, z których te nie mogą uciec, a gdy w końcu trafiają do nas, są już całkowicie bez życia.

Nigdy nie widziałem żywej karmy i często zachodzę w głowę, jak ona właściwie wygląda na wolności – no dobrze, „często” to może lekka przesada; powiedzmy, że zdarzyło mi się o tym pomyśleć dwa lub trzy razy w życiu, bo niespecjalnie mnie to absorbuje. W zupełności wystarcza mi fakt, że znajduję ją w misce zawsze wtedy, gdy jestem głodny. Nie potrafię zrozumieć, w jaki sposób owa karma się porusza: być może podskakuje albo pełza? Mogłaby się też toczyć, choć uznaję to za mało prawdopodobne. A co, jeśli pływa? Albo lata? Właściwie mogłaby pływać, ale w latanie nie wierzę. Widziałem już w życiu wszystko – gołębie, wróble, kruki, nietoperze, muchy, pszczoły i komary. Sądzę, że gdyby granulki karmy latały, z pewnością bym to zaobserwował.
Niezależnie od ich wyglądu czy tego, co robią, darzę wielkim szacunkiem dwunogich, którzy na nie polują. Mama i tata nigdy nie pozwolili, by karmy zabrakło – ani mnie, ani Felkowi, ani nawet mamie Mimi (zanim odeszła i już nie wróciła). Uznałem więc za słuszne okazanie im mojej wdzięczności. Właśnie dlatego przed chwilą przyniosłem im jaszczurkę schwytaną na balkonie (który w upalne noce bywa otwarty).
Zadbałem o to, by jej nie uśmiercić, dzięki czemu była naprawdę świeża. Wciąż jeszcze nieco krwawiła, gdy zostawiłem ją na ich poduszce.
Muszę przyznać, że nie spodziewałem się tak gwałtownego wybuchu radości: gdy tylko ją zobaczyli, oboje wrzasnęli ze szczęścia i zerwali się z łóżka. Kłócąc się o jaszczurkę i wymachując rękami, błyskawicznie wybiegli z pokoju ze zdobyczą w dłoni – zapewne po to, by niezwłocznie ją zjeść.
Powiedzieli mi wprawdzie, że nie powinienem był tego robić, ale mamo, tato: to nie był żaden obowiązek! To była czysta przyjemność, dar prosto z serca. Widzę wasz entuzjazm, dlatego obiecuję, że od czasu do czasu będę przynosił wam kolejne.
- Stefania Gander, Chyba nie jestem Bogiem, Znak
- Tłumaczenie: Julia Ratajczak-Jeziorska
- Tekst ukazał się w numerze 7-8/2026 Magazynu VEGE

