Pierwszy miesiąc prenumeraty cyfrowej za 5 złzamawiam

Logowanie

Znajdź swoje „dlaczego”

maj 25 2026

Gwiazdą z okładki numeru czerwcowego jest Romana Urbanek (na Instagramie znana jako Romcia Fit) – twórczyni roślinnych przepisów (romcia_fit) i etyczna weganka. Trenuje siłowo i promuje zdrowy styl życia. Z wykształcenia filolożka angielska, łączy pasję do kuchni roślinnej z aktywnością i opieką nad adoptowanym psem Tytusem.

W swoim instagramowym nicku pojawia się człon „fit”. Co to dla Ciebie znaczy? Chodzi o styl życia, jedzenie, a może jeszcze coś innego?

„Fit” w moim nicku to swoisty kompas. Zaczęło się to wiele lat temu, kiedy zaczęłam świadomie podchodzić do jedzenia i aktywności fizycznej. Wcześniej po prostu polegałam na tym, co jadało się w domu i co kupowało się w sklepie, bez większej refleksji.

Tworząc ten profil, zaczęłam pisać swoją własną historię i wzięłam odpowiedzialność za to, jak żyję i co wybieram. Wraz z tym przyszła też wiedza. Zaczęłam rozumieć, co naprawdę mi służy, a co tylko wygląda na opakowaniu, jakby miało mi służyć. Dziś to dla mnie styl życia, ale nie w sztywnym, perfekcyjnym wydaniu. Bardziej w takim, w którym dbam o siebie na kilku poziomach jednocześnie. Jest ruch i trening, jest świadome jedzenie roślinne, które daje mi energię i dobrze wpływa na ciało. Ale „fit” to dla mnie też głowa: balans, regeneracja, radzenie sobie ze stresem i odpuszczanie, kiedy trzeba.

Pierwsze posty na Twoim koncie pochodzą z 2019 r. Już wtedy przedstawiałaś się jako weganka i pokazywałaś z adoptowanym Tytusem. Kiedy podjęłaś te ważne decyzje?

Tak, to był przełomowy moment w moim życiu. Pod koniec 2018 r. trafiłam w internecie na dziewczynę z USA, która jadła roślinny zamiennik mięsa. Dla mnie było to coś zupełnie nowego. Nigdy wcześniej się z tym nie spotkałam. Zainteresowała mnie na tyle, że zaczęłam słuchać, jak opowiada o swojej zmianie diety na roślinną. Wspomniała wtedy o słynnym wykładzie Gary’ego Yourofsky’ego.

Jestem osobą, która lubi zgłębiać tematy, które ją ciekawią, więc szybko znalazłam ten wykład na YouTube i go obejrzałam. Po tym dniu moje życie się zmieniło. Mam wrażenie, że spadły mi klapki z oczu i nie mogłam już żyć tak jak wcześniej. Od razu podjęłam decyzję, że kończę z jedzeniem mięsa, a po kilku miesiącach byłam już w pełni na diecie roślinnej. Mój mąż, wtedy jeszcze narzeczony, obejrzał ten wykład razem ze mną i również przeszedł na dietę wegańską.

 

Jeśli chodzi o Tytusa, to zobaczyłam post adopcyjny w lokalnym schronisku. Na zdjęciach był chudy i wystraszony, ale mimo to od razu coś mnie w nim poruszyło. Zakochałam się i poczułam, że to ten moment. Mijało wtedy siedem lat od śmierci mojego ukochanego psa i wiedziałam, że jestem gotowa znów otworzyć serce, tym razem dla Tytusa. Dostrzegłam w nim mojego Kubusia, mieli bardzo podobne pyszczki.

Wielokrotnie piszesz o tym, że jesteś weganką z powodów etycznych, dla dobra zwierząt. Mam rozumieć, że to Gary Yourofsky zmienił Twoje życie?

Wcześniej wiedziałam, że istnieje coś takiego jak wegetarianizm, ale o weganizmie praktycznie nie słyszałam. Zawsze byłam osobą bardzo wrażliwą i empatyczną, jednak nie dostrzegałam wcześniej zależności, nie widziałam, przez jaką gehennę przechodzą zwierzęta i z jakim okrucieństwem wiążą się produkty odzwierzęce. Ten wykład sprawił, że nagle wszystko stało się dla mnie jasne. Od samego początku w grę wchodził tylko aspekt etyczny. Tak jest do dziś i wiem, że to się nigdy nie zmieni.

Jak ważne są dla Ciebie inne aspekty weganizmu, m.in. ekologiczny i zdrowotny?

Z czasem, wraz z pogłębianiem wiedzy, zaczęłam dostrzegać także inne aspekty – zdrowotny i ekologiczny. Dziś wiem, jak duże znaczenie ma dieta roślinna dla naszego organizmu i jak bardzo może odciążyć środowisko. To ważne elementy, które tylko utwierdzają mnie w moim wyborze. Natomiast fundament pozostaje niezmienny – etyka i dobro zwierząt zawsze będą dla mnie na pierwszym miejscu, bo mogę żyć zdrowo i szczęśliwie, nie dokładając się do ich krzywdy.

Czy nigdy nie miałaś okresów zwątpienia?

Nigdy. W moim przypadku weganizm to nie chwilowa decyzja ani etap, tylko coś, co naprawdę płynie w moich żyłach. Nigdy nawet na moment się nie zawahałam, bo opiera się to u mnie na bardzo solidnym fundamencie – etyce. Kiedy znasz całą prawdę, nie da się jej wymazać ani zapomnieć. To coś, co zostaje z Tobą na zawsze i wpływa na każdy kolejny wybór.

Właśnie tym w mojej opinii różni się weganizm od samej diety roślinnej. Jeśli ktoś kieruje się wyłącznie kwestią jedzenia, łatwiej o zwątpienie czy powrót. Weganizm etyczny to coś znacznie głębszego. Często powtarzam, że z takiego podejścia nie da się zawrócić, a jeśli ktoś to robi, to prawdopodobnie nigdy nie było to dla niego nic więcej niż dieta. Bardzo zwracam na to uwagę w rozmowach i pilnuję, żeby ta granica nigdy się nie zatarła.

Co Twoim zdaniem może utrudniać innym ludziom przejście na weganizm i jakie rady miałabyś dla tych, których coś powstrzymuje?

Myślę, że największą barierą bywa brak otwartości i zdecydowania, a także strach przed zmianą i wyobrażonymi trudnościami. Rozumiem, że nie dla każdego to jest łatwy krok, bo każdy startuje z innego miejsca i ma inne doświadczenia.

Często problemem jest też brak silnego „dlaczego”. Bez niego łatwo się wycofać przy pierwszych przeszkodach albo po prostu odpuścić. Dlatego moja rada jest prosta: znajdź swoje „dlaczego” i oprzyj na nim swoje decyzje. To ono daje siłę, kiedy pojawiają się wątpliwości. Reszta przychodzi z czasem, wraz z wiedzą, doświadczeniem i codziennymi wyborami.

Potrawy, jakie pokazujesz na swoim Instagramie, wyglądają bardzo apetycznie, a ci, którzy korzystali z Twoich przepisów, mówią, że równie dobrze smakują. Czy od początku diety roślinnej potrafiłaś dobrze gotować?

Zdecydowanie nie. Na początku to była raczej metoda prób i błędów niż świadome gotowanie. Od dziecka obserwowałam mamę w kuchni i zawsze mnie to interesowało. Lubiłam eksperymentować i sprawiało mi to przyjemność, ale w momencie przejścia na dietę roślinną musiałam się na nowo otworzyć i nauczyć wielu rzeczy od podstaw. Z czasem zaczęłam rozumieć, że wiele przepisów w ogóle nie wymaga składników odzwierzęcych. Nawet tak proste rzeczy jak ciasto na naleśniki – nie trzeba dodawać jajka, wystarczy odrobina oleju i odpowiednie proporcje, żeby wszystko wyszło idealnie. To był dla mnie zupełnie nowy świat, nowe składniki, smaki i połączenia. Z każdym kolejnym przepisem rosła moja pewność w kuchni. Dziś gotowanie sprawia mi ogromną przyjemność i jest formą kreatywnego wyrażania siebie. Myślę, że kluczem było to, że dałam sobie przestrzeń na naukę i nie bałam się popełniać błędów.

Cały czas czekam na wegański sękacz. Czy Tobie brakuje czegoś na diecie roślinnej? A może wszystko zostało już zweganizowane i teraz wystarczy z tego korzystać?

Mnie dziś już niczego nie brakuje. Jeśli mam na coś ochotę, po prostu to robię albo znajduję roślinną alternatywę. Rynek bardzo się rozwinął i mamy naprawdę świetne produkty, często o dobrych, prostych składach, od serków wiejskich przez twarożki migdałowe aż po mascarpone. Mogłabym wymieniać bez końca. Do tego dochodzi kreatywność w kuchni, bo kiedy rozumiesz, jak działają składniki, okazuje się, że naprawdę wiele rzeczy da się odtworzyć albo nawet zrobić w swojej własnej, lepszej wersji.

 

Skąd czerpiesz pomysły na przepisy, które regularnie publikujesz na Instagramie?

Pomysły przychodzą do mnie w najbardziej nieoczywistych momentach, czasem na spacerze, czasem kiedy zobaczę jakieś danie i od razu myślę, jak można je łatwo zweganizować. Bardzo często kieruję się też po prostu tym, na co mam ochotę. Jeśli coś chodzi mi po głowie, to idę w tym kierunku i zaczynam kombinować w kuchni. To taki miks spontaniczności, inspiracji z otoczenia i własnych zachcianek i właśnie to sprawia, że te przepisy są autentyczne.

Zdradź nam sposób na to, jak być jednocześnie kreatywną i konsekwentną w swoich działaniach. Co sprawdza się w Twoim przypadku?

U mnie kluczem jest połączenie luzu z systematycznością. Kreatywność potrzebuje przestrzeni, więc nie zamykam się w sztywnych ramach i pozwalam sobie na spontaniczność. Pomysły często przychodzą same, kiedy nie próbuję ich na siłę wymyślać. Czasami wystarczy, że spojrzę na jakiś składnik w sklepie, a już mam kilka przepisów w głowie.

Z drugiej strony konsekwencja to już decyzja. Traktuję to, co robię, poważnie, więc nawet jeśli nie zawsze mam wenę, działam dalej i trzymam się swojego rytmu.

Pomaga mi też to, że mam jasno określone „dlaczego”. To ono napędza mnie do działania i sprawia, że nie odpuszczam. Myślę, że najważniejsze to znaleźć swój balans między dyscypliną a swobodą. Dzięki temu można być jednocześnie kreatywnym i konsekwentnym.

Poza przepisami pokazujesz też swoje treningi. Od kiedy ćwiczysz i co Cię przekonało do aktywności fizycznej?

Moja przygoda z treningiem zaczęła się około 2015 r. Wtedy mój brat zaraził mnie i mojego dzisiejszego męża pasją do treningu siłowego. Na początku ćwiczyłam w domu z podstawowym sprzętem i dzięki zawziętości i konsekwencji osiągałam swoje cele sylwetkowe. Pamiętam, jak dużą satysfakcję dało mi wypracowanie sześciopaku na brzuchu.

Z czasem zaczęłam chodzić na siłownię i tak, z większymi i mniejszymi przerwami, trwa to do dziś. Dziś czerpię z tego ogromną radość, choć nie zawsze mi się chce i to jest zupełnie normalne. Dlatego tym bardziej doceniam to, że mam obok siebie największego motywatora – mojego męża. Wspieramy się nawzajem, pchamy do przodu i codziennie staramy się być lepsi. Jestem za to naprawdę wdzięczna.

Chyba łączy nas to, że nasz ulubiony trening cardio to spacery z psem.

Tak, to prawda. Spacery z Tytusem to nieodłączny element naszego dnia. Kochamy je równie mocno jak on. Uwielbia eksplorować i za każdym razem cieszy się jak dziecko, co tylko dodaje temu wszystkiemu jeszcze więcej radości. Kiedy Tytus pojawił się w naszym życiu, wszystko się zmieniło. Do dziś pamiętam dzień jego adopcji. Z radości skakał tak wysoko, że sięgał moich ramion, a ja nie byłam w stanie wydobyć z siebie słowa ze wzruszenia. To był moment, który zostanie ze mną na zawsze.

Kiedy go adoptowaliśmy, wydawało mi się, że jestem świadoma tego, jakie trudności mogą się pojawić, ale rzeczywistość to zweryfikowała. Tytus był bardzo lękliwy, podejrzewam, że wiele przeszedł, choć nie znam jego historii, bo został znaleziony gdzieś w polu. Był wychudzony, bał się każdego głośniejszego dźwięku, miał silny lęk separacyjny i okazał się psem reaktywnym. To wszystko sprawiło, że kochamy go jeszcze mocniej. Nauczył nas, że kiedy pojawiają się trudności, to nie jest moment, żeby odpuszczać, tylko żeby walczyć i być jeszcze bardziej zaangażowanym. Dziś spacery z nim to nie tylko forma aktywności, lecz także moment wyciszenia, bliskości i taka codzienna przypominajka, co jest naprawdę ważne. Tytus to dla mnie ktoś więcej niż pies – to członek rodziny i ogromna część mojego życia.

Kolejną pasją, którą się dzielisz w mediach społecznościowych, są podróże. Co Cię skłania do powrotów do Grecji i jak sobie radzisz w kraju sera feta i musaki?

Tak, kocham podróże i chciałabym je odbywać zdecydowanie częściej. Niedługo ponownie wracam na Korfu, w którym się zakochałam, choć przyznam, że wiele greckich wysp zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Uwielbiam tamtejszą gościnność, życzliwość, uśmiech ludzi i ten specyficzny, spokojny klimat.

Jeśli chodzi o jedzenie, to nie mam absolutnie żadnego problemu. Grecja to przede wszystkim świetnej jakości owoce, strączki i grillowane warzywa, które same w sobie smakują niesamowicie. Zakochałam się też w prostych, ale genialnych połączeniach jak sałatki z kuskusem perłowym czy makaronem orzo. Przywiozłam ze sobą ogrom inspiracji. W większości miejsc, które odwiedziliśmy, zupy, sosy czy inne dania są jasno oznaczone jako wegańskie, a jeśli coś nie jest, po prostu dopytujemy albo dopasowujemy do siebie. Dzięki temu w ogóle nie czuję się tam jak outsider, tylko jak u siebie. Nigdy nie jestem głodna – wręcz przeciwnie, zdarza się, że wracam z dodatkowymi kilogramami.

 

Jaki kraj był dla Ciebie największym wyzwaniem pod względem roślinnego jedzenia?

Szczerze mówiąc, nie trafiłam jeszcze na miejsce, które byłoby dla mnie dużym wyzwaniem. Może dlatego, że z czasem nauczyłam się, jak sobie radzić w różnych sytuacjach i nie polegać tylko na gotowych opcjach. Zawsze stawiam na prostotę: warzywa, owoce, strączki, dodatki, które są dostępne praktycznie wszędzie. Do tego dochodzi komunikacja – nie mam problemu, żeby dopytać albo poprosić o modyfikację dania dla siebie. Myślę, że dużo zależy też od nastawienia. Jeśli ktoś jedzie z przekonaniem, że będzie ciężko, to faktycznie może tak to odczuwać. Ja podchodzę do tego bardziej elastycznie i traktuję to jako część podróży. Dzięki temu nawet w mniej oczywistych miejscach jestem w stanie dobrze zjeść i nie czuję się ograniczona.

Gdzie i dlaczego chciałabyś jeszcze wrócić, a jaki kierunek stanowczo odradzasz?

Zdecydowanie wróciłabym na Korfu. To miejsce ma w sobie coś wyjątkowego: połączenie gór, turkusowej wody i wszechobecnej zieleni robi ogromne wrażenie i sprawia, że naprawdę trudno się nim znudzić. Wciąż mam przed oczami jedną z najbardziej romantycznych kolacji w moim życiu tuż nad brzegiem Morza Jońskiego. Woda niemal sięgała naszych stóp, a roślinne jedzenie, które nam podano, przebiło wszystko, czego wcześniej próbowałam. To były chwile, do których naprawdę chce się wracać.

Jeśli chodzi o kierunki, które budzą mój wewnętrzny sprzeciw, na ten moment nie zdecydowałabym się na podróż do Turcji ze względu na doniesienia dotyczące traktowania bezdomnych zwierząt. To dla mnie bardzo ważny temat i coś, co mocno wpływa na moje decyzje podróżnicze.

W jakich miejscach podejście do zwierząt zrobiło na Tobie najlepsze wrażenie?

Największe wrażenie robią na mnie nie tyle konkretne miejsca, ile ludzie i ich codzienne zachowania. To drobne rzeczy: ktoś, kto zatrzyma się, żeby pogłaskać psa, wystawi miskę z wodą czy zareaguje na zwierzę w potrzebie. Podczas podróży zauważyłam, że w wielu miejscach rośnie świadomość, a z nią wrażliwość na los zwierząt, co bardzo mnie cieszy. Szczególnie dobrze wspominam Grecję, gdzie w wielu miejscach widziałam właśnie taką codzienną troskę. Naturalną, niewymuszoną, po prostu obecną. To nie są wielkie gesty, tylko małe działania, które robią ogromną różnicę. I to właśnie takie momenty utwierdzają mnie w przekonaniu, że empatia wobec zwierząt może być czymś zupełnie naturalnym.

Jakie są Twoje wymarzone kierunki podróży?

Najbliżej mi do kierunków śródziemnomorskich. Kocham tamtejszą kuchnię, klimat i styl życia. Słońce, świeże warzywa, prostota i smak to coś, co zawsze mnie przyciąga. Bardzo ważna jest dla mnie także bliskość natury. Wybieram miejsca pełne zieleni, wody, przestrzeni i spokoju, a nie te typowo industrialne czy zatłoczone. Moje wymarzone podróże to takie, w których mogę zwolnić, nacieszyć się otoczeniem i jednocześnie czerpać inspiracje, zarówno kulinarne, jak i życiowe.

 

Na zakończenie podziel się też innymi marzeniami. Wypowiadane mają większą szansę się spełnić!

Moje największe marzenia są związane z poprawą dobrostanu zwierząt i wizją świata, w którym naprawdę uczymy się współistnieć, a nie dominować. Chciałabym, żeby ludzie byli na co dzień bardziej uważni, kierowali się empatią i potrafili dostrzegać konsekwencje swoich wyborów. Może to brzmi górnolotnie, ale wierzę, że każda zmiana zaczyna się od pojedynczych decyzji i że z czasem możemy realnie wpływać na rzeczywistość.

Poza tym, jak chyba każdy, marzę o zdrowiu dla siebie i mojej rodziny, bo to jest fundament wszystkiego.

  • Rozmowa: Aś Wlazło
  • Zdjęcia: Zofia Wicher-Grodzka
  • Tekst ukazał się w numerze 6/2026 Magazynu VEGE