Miłość do zwierząt może być zarówno ich największym sprzymierzeńcem, jak i – paradoksalnie – źródłem cierpienia. Granica przebiega tam, gdzie kończy się empatia, a zaczyna projekcja.
Jest w tym coś głęboko ludzkiego, gdy pochylamy się nad zwierzęciem i mówimy: „kocham”. Problem zaczyna się wtedy, gdy to słowo zamiast chronić, zaczyna zniekształcać rzeczywistość, a bywa i tak, że przeradza się w znęcanie.
Realia
Mądra miłość do zwierząt nie jest uczuciem prostym ani tym bardziej wygodnym. To nie jest czułość oparta na dostrzeganiu miękkości futra i dużych oczu. To postawa, która wymaga wiedzy, pokory i gotowości do konfrontacji z tym, że zwierzę nie zawsze chce tego co my. Ma własny świat, własne potrzeby i własną logikę działania, która często nie ma nic wspólnego z ludzką emocjonalnością. Kochać zwierzę mądrze to według mnie uznać jego odrębność. Nie próbować niczego wygładzić ani dopasować do naszych wyobrażeń. W tym tekście opowiem o moim stanowisku, przeżyciach i o tym, kiedy w mojej ocenie należy dać zwierzęciu odejść. Bo w moim pojmowaniu to jest najwyższa forma okazania miłości.
Zagrożenie
W opozycji do tego stoi jednak zjawisko, które coraz częściej pojawia się w debacie o relacjach człowiek–zwierzę, czyli bambinizm, zwany też syndromem Bambiego. To sposób myślenia, który wydaje się niewinny, a nawet pełen dobroci. W końcu opiera się na współczuciu.
Problem w tym, że jest to podejście oparte na iluzji. Bambinizm zakłada, że zwierzęta są z natury łagodne, niewinne, bezbronne i podobne do nas, a świat przyrody zaczyna być wyidealizowany. W tej wizji nie ma miejsca na drapieżnictwo, walkę o przetrwanie, terytorializm czy cierpienie wpisane w naturalne procesy. Właśnie dlatego bambinizm bywa tak niebezpieczny. Odbiera zwierzętom ich rzeczywistą naturę.

Zamiast widzieć lisa jako dzikiego drapieżnika, widzimy w nim „roczulającego rudzielca”. Zamiast rozumieć, że sarna zostawia swoje młode w trawie, by je chronić, uznajemy koziołki za porzucone i wymagające ratunku. Zabieramy zwierzęta z naturalnego i bezpiecznego dla nich środowiska, a potem bezmyślnie pakujemy w takie, które jest dla nich szalenie niebezpieczne. Zamiast zauważyć, że kot załatwia się poza kuwetą, bo z jakiegoś powodu cierpi, coś komunikuje, ma z czymś problem, interpretujemy to jako „złośliwość” albo „foch”. Ignorujemy mowę psa, przekraczamy wszelkie granice i nie szanujemy jego potrzeb gatunkowych, a potem dziwimy się, że nas pogryzł.
Miłość na opak
Pies ubrany w kolejne warstwy ubranek, noszony na rękach, a nie wyprowadzany na spacer, karmiony „ludzkim jedzeniem”, które mu szkodzi, to nie jest obraz miłości. To obraz niezrozumienia. Mądra miłość nie polega na tym, żeby zwierzę było traktowane po ludzku. Ono powinno być szczęśliwe po swojemu. Dla psa oznacza to możliwość eksploracji, węszenia, ruchu, kontaktu z innymi psami, życie w sposób, który daje mu szansę na podejmowanie samodzielnych decyzji (kiedy jest to możliwe, poczucie bezpieczeństwa itd. Dla kota może to być zapewnienie odpowiedniej przestrzeni, kontroli nad środowiskiem, możliwości realizowania instynktu łowieckiego poprzez zabawę. Dla dzikiego zwierzęcia to brak ingerencji człowieka.
Właśnie tu pojawia się jeden z najtrudniejszych aspektów mądrej miłości: powstrzymanie się od działania. W świecie, który uczy nas, że reagowanie jest zawsze dobre, brak interwencji bywa odbierany jako obojętność. Tymczasem w wielu przypadkach to właśnie ingerencja jest największym błędem. Zabranie „porzuconego” młodego zwierzęcia, dokarmianie dzikich populacji w sposób zaburzający ich naturalne zachowania albo dokarmianie czymś, co im szkodzi, oswajanie zwierząt, które powinny pozostać dzikie – to wszystko przykłady działań wynikających z emocji, a nie z wiedzy. Mądra miłość wymaga więc czegoś więcej niż tylko dobrych intencji. Wymaga edukacji, zrozumienia biologii, etologii, potrzeb gatunkowych. Wymaga przyjęcia do wiadomości, że zwierzę nie jest projekcją naszych uczuć, tylko odrębną istotą.
W naszej głowie może powstać wizja siebie jako wybawiciela, bo „uratowaliśmy” porzucone małe koźlę z wysokiej trawy. W rzeczywistości jego mama go właśnie szuka, bo odebrano jej dziecko. Gdzie tu jest miłość i pomoc?
Jest w tym jeszcze jeden głębszy wymiar. Mądra miłość oznacza zgodę na to, że natura nie jest „ładna”. Zawiera w sobie brutalność, cierpienie i śmierć. Drapieżnik zabija ofiarę, a słabsze jednostki nie zawsze przeżywają. Bambinizm próbuje ukryć tę rzeczywistość i zastąpić ją bajkową narracją, w której wszystko ma szczęśliwe zakończenie. Problem w tym, że działając według tej zasady, zaczynamy podejmować decyzje, które są sprzeczne z realnymi potrzebami zwierząt. Miłość, która nie widzi rzeczywistości, nie jest miłością, lecz fantazją.
Dlatego tak ważne jest, by w relacji ze zwierzętami znaleźć równowagę między empatią a rozsądkiem. Ta pierwsza jest potrzebna, bo sprawia, że w ogóle chcemy pomagać, dostrzegamy cierpienie, nie jesteśmy obojętni. Jednak empatia bez wiedzy może prowadzić do cierpienia zwierzęcia i zapłacenia ceny – śmierci.
Nie musisz mieć psa
W przypadku zwierząt domowych najczęstszym przypadkiem znęcania według mnie jest w zasadzie sam fakt posiadania zwierzęcia, którego nie należy mylić z opieką. Obskurne kojce dla psów, wychodzące koty, które giną na milion okrutnych sposobów, zwierzaki w szkołach narażone na nieprawdopodobny stres, brak kastracji, czipowania, leczenia, za małe klatki dla gryzoni, źle przystosowane i za małe akwaria, beznadziejne warunki w sklepach zoologicznych, zakładanie kotom nakładek na pazury, farbowanie i przebieranie psów… Tak można wymieniać godzinami. Wiecie, że nie ma obowiązku posiadania zwierzęcia, prawda?
Traktuję opiekę nad istotą pozaludzką jako przywilej. Bardzo drogi i absorbujący. Jeśli wiesz, że nie stać cię na żywienie i profilaktykę, to co będzie z leczeniem w razie potrzeby? Po co ci ten pies albo kot? Oczywiście nie mówię tutaj o ignorowaniu zwierząt w potrzebie, bezdomnych, na ulicach, ale o odpowiedzialności za decyzje, które podejmujemy świadomie. Bo czym innym jest ratowanie życia istocie w kryzysie, a czym innym sprowadzanie jej do domu bez przygotowania, wiedzy i zaplecza. Pomoc nie może kończyć się na impulsie, musi mieć ciąg dalszy w postaci realnej opieki.

Mądra miłość to także umiejętność powiedzenia sobie „nie jestem w stanie zapewnić temu zwierzęciu dobrego życia”. To trudne, bo uderza w nasze ego, w potrzebę bycia „tym dobrym”. Ale prawda jest taka, że dobre intencje nie karmią, nie leczą i nie zapewniają bezpieczeństwa.
Zwierzę nie żyje naszą narracją o ratowaniu – ono żyje w konkretnych warunkach, które albo są dla niego odpowiednie, albo nie.
Czasem największym aktem troski jest znalezienie dla zwierzęcia lepszego miejsca, wsparcie finansowe organizacji, pomoc systemowa zamiast adopcji, gdy nie ma na to warunków. Czasem to edukowanie innych, reagowanie na złe praktyki zamiast powielania ich u siebie.
Przede wszystkim wiedza
Miłość do zwierząt nie polega na tym, żeby mieć ich jak najwięcej, tylko żeby te, które są pod naszą opieką, naprawdę miały dobrze. Bezmyślność w pomaganiu objawia się na wiele sposobów.
Czasem zaczyna się od decyzji, która jest słuszna, np. wyłapanie bezdomnej kotki na kastrację. Niedawno zgłosiła się do mnie kobieta z prośbą o pomoc w opłaceniu kastracji dla bezdomnej kotki. Ustaliłyśmy, że pani przetrzyma ją po zabiegu i da czas na poszukanie dla niej domu, żeby nie musiała wracać na ulicę. Po kilku dniach od zabiegu odezwała się, że zwierzę źle oddycha i nie je. Na miejscu okazało się, że przebywało w kotłowni. Brudne od węgla, ledwo oddychające w szarym od dymu pomieszczeniu. Finalnie okazało się że kotka zatruła się dymem i ma poparzone drogi oddechowe. W ten sposób mam kolejną podopieczną. Szpital, komora tlenowa, walka o życie, tysiące wydanych złotych. Czy nie powinno być tak, że została zabrana z ulicy, żeby była bezpieczna? Zamiast tego trafiła do miejsca, które niemal ją zabiło. Kobieta chciała dobrze, napaliła w piecu, żeby kotce było ciepło… Trzeba to powiedzieć wprost: nawet działania, które są słuszne, mogą skończyć się tragedią, jeśli stoją za nimi tylko emocje, a nie realne możliwości i myślenie.
Wraz z wiosną pojawiają się „uratowane” mioty, maleńkie kocięta zabrane z działek, piwnicy, od kotki sąsiadów, bo kocica zginęła pod kołami samochodu… W końcu dla niektórych kastracja jest zła, domy niewychodzące tak samo. I co się dalej dzieje? Ludzie działają odruchowo: biorą kociaka do domu, kupują butelkę, próbują karmić. Tylko że to nie jest proste dokarmianie. To opieka neonatologiczna, która wymaga wiedzy, doświadczenia i stałej kontroli malucha. Kocięta karmione krowim mlekiem dostają biegunek, odwodnienia i szybko słabną. Jeśli nie dostaną odpowiedniego dogrzania, a noworodki nie utrzymują temperatury ciała, zapadają w hipotermię. Nikt nie sprawdza, czy się wypróżniają i jak, a przecież bez stymulacji często nie są w stanie tego zrobić same. W efekcie „ratunek” kończy się śmiercią, której można było uniknąć, gdyby zamiast działać impulsem, zatrzymać się i poszukać wiedzy lub pomocy.
Podobny schemat widzę przy ptakach, szczególnie młodych jerzykach. Leżą na ziemi, nieporadne, więc od razu pojawia się przekonanie, że trzeba je ratować. Trafiają do kartonów, są wożone przez pół miasta, przekazywane do ośrodków oddalonych od miejsca, w którym żyły.

Tymczasem jerzyk to ptak przystosowany do życia w powietrzu – jego skrzydła są długie, a nogi bardzo krótkie. Z ziemi często nie jest w stanie sam wystartować, bo potrzebuje wysokości i przestrzeni. To nie znaczy, że jest ranny. W wielu przypadkach wystarczy bardzo prosta rzecz: wyjść na otwartą przestrzeń, wziąć ptaka na dłoń i unieść ją lekko do góry. Jerzyk, mając punkt startu, sam odlatuje. To działa, bo dajemy mu to, czego mu brakowało – wysokość i możliwość rozłożenia skrzydeł. Dopiero jeśli nie reaguje, nie próbuje odlecieć albo widać wyraźne objawy urazu, podejmowanie dalszych kroków i kontakt z ośrodkiem mają sens.
To są proste rzeczy, ale wymagają zrozumienia, że nie każde znalezione zwierzę potrzebuje naszego ratunku. Czasem najbardziej odpowiedzialnym działaniem jest danie mu szansy, by poradziło sobie zgodnie ze swoją naturą. Mądra miłość to właśnie połączenie tych dwóch elementów – zdolności odczuwania i jednoczesnego myślenia. To gotowość, by czasem powiedzieć sobie „to, co czuję, niekoniecznie jest tym, czego potrzebuje to zwierzę”. To oznacza reagowanie, gdy naprawdę jest to konieczne, a niereagowanie, gdyby ingerencja mogła przynieść więcej szkody niż pożytku.
W świecie, który coraz bardziej oddala się od natury, łatwo ulec pokusie jej uproszczenia. Łatwo uwierzyć, że wszystko da się sprowadzić do kategorii dobra i zła, że każde cierpienie można wyeliminować, a każda historia może mieć happy end. Zwierzęta jednak nie żyją w tej narracji – żyją w rzeczywistości, która jest bardziej złożona, bardziej surowa i wreszcie bardziej autentyczna.
Rozstanie
Kilka tygodni temu pożegnałam mojego ukochanego kota Creeda. Miał 6 lat. Został znaleziony w lesie przez przypadkową osobę. Schronisko odmówiło wtedy jego przyjęcia. Finalnie trafił do mnie i od tego momentu był pod moją opieką na dobre i na złe. Niestety to „złe” stanowiło dużą część naszego wspólnego czasu. To nie była bajkowa historia o uratowanym kocie, który żyje sobie spokojnie i szczęśliwie. To była walka z wieloma chorobami, stałe monitorowanie stanu zdrowia, reagowanie na kolejne problemy. Nie będę się rozpisywać o szczegółach chorób ani o kosztach, chociaż były ogromne, zarówno finansowe, jak i psychiczne. To nie jest sedno. Sednem jest moment, który przychodzi na końcu i którego wiele osób nie chce zobaczyć.
W pewnym momencie Creed przestał mieć komfort życia. To nie był chwilowy spadek formy, tylko stan, który nie dawał już realnych możliwości poprawy. Funkcjonowanie kota było ograniczone, cierpienie stało się stałym elementem jego codzienności. Dalsze leczenie przestało być leczeniem. To był ten moment, w którym kończy się walka o życie, a zaczyna się przedłużanie agonii. Eutanazja w takich przypadkach nie jest „pójściem na skróty”, tylko decyzją, która kończy cierpienie i powinna być traktowana jako element odpowiedzialnej opieki, a nie coś, czego za wszelką cenę trzeba unikać, bo „może jeszcze dzień, może jeszcze tydzień”.

Zbyt często widzę taką sytuację: zwierzę nie je, nie wstaje, nie ma siły się poruszać, nie reaguje na otoczenie, każdy dzień to dla niego niewyobrażalny wysiłek, a mimo tego jest utrzymywane przy życiu, dostaje kroplówki, dokarmia się je na siłę, chociaż kolejne próby „ratowania” nie mają realnych podstaw. Dlaczego to się dzieje? Bo opiekun nie jest gotowy na pożegnanie. Tylko że w tym wszystkim to zwierzę ponosi konsekwencje. Ono nie rozumie, że „robimy wszystko”. Ono odczuwa tylko to, co jest tu i teraz – ból, dyskomfort, brak sił.
Jeśli nie ma już perspektywy poprawy, to każdy kolejny dzień nie jest wartością, tylko wydłużaniem procesu umierania.
Codzienność
Prowadzę dom tymczasowy od kilkunastu lat. Trafiają do mnie zwierzęta w ciężkim stanie, po wypadkach, chore, zaniedbane. Leczę je, operuję, rehabilituję, walczę o ich sprawność i o to, żeby mogły normalnie funkcjonować. Właśnie dlatego uważam, że walka ma sens tylko wtedy, kiedy prowadzi do życia, które jest dla zwierzęcia znośne i komfortowe. Jeżeli tej perspektywy nie ma, a zostaje tylko ból, to dalsze utrzymywanie przy życiu nie jest przejawem miłości. Jest jej zaprzeczeniem. Mądra miłość nie polega na tym, żeby za wszelką cenę utrzymać życie. Polega na tym, żeby nie przedłużać cierpienia.
- Tekst i zdjęcia: Katarzyna Błaszczyk
- Tekst ukazał się w numerze 6/2026 Magazynu VEGE

