Pięć dni, góra tydzień. Tyle wystarczy, żeby zasmakować amsterdamskiego klimatu. To metropolia idealna na szalony wypad z przyjaciółką. Wspaniałe miasto – gdyby nie ci morderczy rowerzyści…
Trochę podróżuję po świecie, ale jeszcze nigdy nie byłam w miejscu, gdzie rowerzyści mieliby wobec mnie mordercze zamiary. Do czasu, kiedy w kwietniu tego roku postanowiłam zwiedzić Amsterdam. Miasto totalnie zielone w kilku co najmniej znaczeniach: prymatu ruchu rowerowego nad samochodowym (i pieszym, niestety, też), satysfakcjonującego poziomu roślinności, no i wreszcie coffee shopów.
Żyj i daj żyć innym
Na pierwszy rzut oka wydaje się, że Amsterdam kieruje się właśnie taką dewizą. Począwszy od intuicyjnie zorganizowanego transportu publicznego, na zwyczajnej ludzkiej życzliwości kończąc. Zatrzymałyśmy się w sieciowym, budżetowym hotelu i zaraz na wstępie recepcjonista powiedział mi, że mam fajną koszulkę – a był na niej napis „Respect for the animals”. Miasto zapunktowało także roślinnymi opcjami w hotelowej restauracji i „wegańskim zakątkiem” w trakcie śniadań.


Poruszałyśmy się głównie metrem – w mieście funkcjonuje tylko pięć linii, ale na uznanie zasługuje fakt, że zostały pociągnięte w całkiem przemyślany sposób, przynajmniej w kwestii łączenia północnej część miasta (gdzie nocowałyśmy) z jego centrum. Jeśli już o transporcie mowa, muszę wspomnieć o amsterdamskiej rowerozie. Nigdzie nie widziałam tak wielu rowerów. Nigdzie też nie widziałam, żeby terroryzowały one pieszych i zastawiały całe połacie chodników. Poza nimi transportowym fenomenem są tutaj mikroautka. Z wyglądu przesłodkie, ale jak dowiadujemy się od miejscowych, bywają postrzegane jako przekleństwo stolicy Holandii. Ponoć bogaci uczniowie lubią podjeżdżać nimi pod szkoły. Podobno w Holandii są też złodzieje – tak twierdzą lokalsi. Jeśli o mnie chodzi, widziałam te niezabezpieczone rowery, których nikt nie kradł, więc nie bardzo w to wierzę.
Motyl atencjusz i inne zwierzęta
Warto wspomnieć, że Holandia całkowicie wyeliminowała problem psiej bezdomności i to nie tak, jak państwo sobie na pewno od razu pomyśleli, czyli poprzez eutanazję, ale dzięki rygorystycznemu prawu, edukacji społeczeństwa i przede wszystkim powszechnej sterylizacji.
Koty wychodzące w Holandii istnieją. Wiem, bo wiedziałam, a nawet głaskałam. Oba napotkane przeze mnie były raczej przyjazne i w ogóle nie bały się człowieka. Kolejne dwa spotkałam w Muzeum Kotów – bo taki przybytek Amsterdam posiada w swojej ofercie. Samo muzeum nie jest duże, ale bardzo ciekawe, szczególnie jeśli jesteśmy zatraconymi kociarzami. Zobaczymy tam wszystkie możliwe konteksty, w jakich może się pojawić motyw kota: plakaty, figurki, reklamy, a także sztuka, w tym drobne prace samych Rembrandta i Van Gogha. Koci rezydenci okazali się niezwykle asertywni, na własne oczy widziałam, jak jedna z odwiedzających dostała bęcki od takiego, który nie chciał być głaskany.
Ze zwierząt najbardziej zapamiętam napotkane w ogrodzie botanicznym motyle. Jeśli sądzicie, że takie coś jak motyl atencjusz nie istnieje, to wierzcie mi na słowo – jednemu takiemu podstawiłam aparat fotograficzny prosto pod trąbkę. Przysięgam, że prężył się i mizdrzył do zdjęcia.
Był też jeden bardzo smutny motyw zwierzęcy, nie gdzie indziej niż w samym Rijksmuseum. Klatka dla ptaszka wykonana z tej pięknej, biało-niebieskiej, holenderskiej porcelany. Jako gadżet – prześliczna. Jako mieszkanie dla kogokolwiek, nawet dla kolibra – standard patodeweloperski. Patrzyłam na nią i zastanawiałam się, jak dużo cierpienia ta maleńka klatka musiała pomieścić w przeszłości.

„Wszyscyśmy z płócien Rembrandta”
„… to tylko kwestia światła” – śpiewał dawno temu Jacek Kaczmarski, a Rembrandt to niewątpliwie, obok Van Gogha, kulturalna wizytówka Amsterdamu. Oglądana na żywo w Rijksmuseum „Straż Nocna” – właśnie odnawiana – robi wrażenie: ogromna, słynna, a przy niej dwie kustoszki z komputerami usiłujące zakonserwować ją przy użyciu najnowszych technik. Obraz wielokrotnie był atakowany fizycznie – najdotkliwiej w 1975 r. Bardzo pasowałoby w tym miejscu, gdyby motywacje ataków były ekologiczne (zielone!); mogłabym wtedy odesłać Państwa do felietonu, w którym opowiadam się za niszczeniem zabytków i dzieł sztuki w takich celach (tekst „W obronie aktów wandalizmu wobec zabytków i dzieł sztuki” jest dostępny na stronie vege.com.pl). Niestety, nie tym razem – większość atakujących zmagała się z kryzysami psychicznymi.
Na mnie Rembrandt robi zdecydowanie większe wrażenie niż Van Gogh – jestem w tej mniejszości, która nie lubi impresjonizmu i jego odprysków. Co innego Rembrandt, i to nie ten ze „Straży Nocnej” czy nawet „Mleczarki”. Najpiękniej jego zabawę farbą i światłem widać na autoportrecie, na którym jest już starym mężczyzną. Materiały edukacyjne Rijksmuseum świetnie zresztą tłumaczą, jak czytać obrazy, na co zwracać uwagę, w których miejscach płócien widać złudzenia optyczne. Takie pomoce powinno mieć każde muzeum.
Gdy opuścimy Rijksmuseum, możemy się udać w kierunku domu zamieszkiwanego niegdyś przez malarza. Przed domem jest plac, a na nim – pomnik artysty. Na głowie Rembrandta odchody gołębi oraz same ptaki – myślę, że to zemsta za kanarki więzione w patodeweloperskich klatkach. Naprzeciwko Rembrandta znajduje się lustrzana, współczesna rzeźba Ronalda A. Westerhuisa z 2018 r. Ma bardzo skomplikowaną metaforykę, ale dla turysty ważniejsze będzie, że można sobie z nią zrobić kolejną fajną fotkę.
Jeszcze ciekawostka kulturalno-lingwistyczna: w hotelach, restauracjach, coffee shopach i innych komercyjnych przybytkach menu i napisy są prawie zawsze wyłącznie po angielsku. Inaczej z dobrami publicznymi, jak wspomniane pomniki. Ich opisy są tylko po holendersku. To wszystko razem na pewno na coś wskazuje: nie umiem tej tezy udowodnić, ale wyczuwam brak kompleksów.

Raj dla psychonautów
Mogłabym spróbować opisać Amsterdam, nie nawiązując do coffee shopów, ale byłby to obraz zafałszowany. Zapach marihuany jest w tym mieście wszechobecny, głównie za sprawą turystów. Dla obywateli przybytki z THC z racji swojej powszechności prawdopodobnie nie są aż tak atrakcyjne, słychać nawet głosy niezadowolenia, że Holandia jest rajem dla narkoturystów. Ja nie nazwałabym ich narkoturystami, bardziej psychonautami. Powody do nawiedzania Amsterdamu mają dwa – jednym jest marihuana, drugim – grzyby psylocybinowe. Lokali oferujących te drugie nie zwiedzałam, ale coffee shopy żywo mnie interesowały.
Ja wiem, że to teraz kapitalizm i komercja, niemniej robi wrażenie. Najstarszy coffe shop – The Bulldog The First Coffeshop – działa od lat 70. XX wieku. Marihuana, co ciekawe, de iure nie jest w tym kraju legalna, ale tolerowana, przy czym od 1976 r. tolerowana do tego stopnia, że można ją sprzedawać w specjalnych barach i sklepach (coffee shopach właśnie). De facto – w Amsterdamie nic złego nie powinno nas spotkać za nabycie jointa z jawnego źródła (za zakup od ulicznego dealera można zapłacić sporą grzywnę) i wypalenie go nad kanałem (choć bezpieczniej zrobić to na miejscu).

Ta półlegalność, wyczekiwana, zanim weszła w życie, zbudowała wokół konopi indyjskich w Holandii romantyczną legendę wielkiej wspólnoty ludzi palących zioło, mających w sercu samo dobro, a na twarzy tylko uśmiech. Lokale chętnie wykorzystują tę aurę komercyjnie, a sieć Bulldog (mają lokale na całym świecie, także knajpy, restauracje i sklepy z gadżetami) w tym przoduje.
Wieńcząc ten oraz inne holenderskie tematy – jakkolwiek rodowici Holendrzy by się na to zżymali – ogólnodostępna marihuana i turyści przyjeżdżający, aby się nią raczyć, to wizytówka Amsterdamu. Można załamywać ręce nad tą narkotykową sławą, a można ją wykorzystać do szerzenia idei wielkiej ludzkiej wspólnoty, która woli być na haju niż w okopach wojennych. Czy to nie piękne?
- Tekst i zdjęcia: Jolanta Nabiałek
- Tekst ukazał się w numerze 6/2026 Magazynu VEGE

