Pierwszy miesiąc prenumeraty cyfrowej za 5 złzamawiam

Logowanie

Nie nazywaj tego życiem

kwiecień 27 2026

Mama śpiewa mi kołysanki, kiedy kopię podekscytowany bliskością narodzin i zarażam swoją emocją dwunastkę rodzeństwa, która już dołączyła do tańca w brzuchu. Jeszcze nie wiem, czym jest życie na zewnątrz, ale moja potrzeba ruchu sprawia, że biegam, nie mogąc się wybiegać, wyobrażam sobie łąki, których nigdy nie widziałem i śpię w cieniu drzew, których nie znam. Moja pamięć genetyczna obiecuje mi słońce, które nigdy mnie nie oświetlało, przyjazną przestrzeń pełną powietrza i kwiatów. Jestem zamierzonym i oczekiwanym życiem, festynem komórek, neuronów i emocji. Na razie wszystko jest tu ciepłe i wygodne, a bicie serca mamy to kołysząca muzyka. Nie mogę się doczekać tego, co nadejdzie. Jaka będzie biel księżyca i jak wysokim tonem zaśpiewa szczygieł? Jak smakuje wiosna, której jeszcze nie znam?

Narodziny to był chłód. Nie pamiętam, ale czułem. Mama leży przy mnie, podłoga jest twarda i zimna. Czuję chłód. Szukam węchem mamy, jej dotyku, jej skóry, zapachu, kojącego bicia jej serca, które już nie jest takie samo jak moje. Głód popycha mnie do jej sutków. Jestem nowo narodzonym prosiakiem, a podłoga jest zimna i twarda, ale mama leży przy mnie. Po nasyceniu się ciepłym mlekiem zasypiam i tak będzie przez kilka dni, do momentu rozpoczęcia zabaw z rodzeństwem. Myślę, że mama nie biega z nami z powodu klatki, która krępuje jej ciało, o którą ciągle się potyka i która uniemożliwia jej nawet obrót. Czasami, kiedy kładzie się, żeby nas nakarmić, przygniata jednego z moich braci prętem lub po prostu na nim leży, bo jeśli nas nie widzi, nie wie, że nas przygniata. A jeśli się zrani lub złamie kości i nie będzie mogła chodzić, ludzie pracujący na fermie rzucą ją na ziemię i umrze szybko, kwicząc przeraźliwie, albo będzie to trwało kilka minut lub godzin, umrze być może w agonii w kontenerze, nie wiadomo… Zobaczymy, jak wierzga nogami i nie będziemy rozumieć, że to śmierć. Im to nie przeszkadza. Tymczasem, kiedy ssiemy, mama wciąż śpiewa nam kołysanki ochrypłym głosem i strach ustępuje na kilka godzin.

W pomieszczeniu panuje okropny smród. Przychodzą ludzie, którzy tu pracują, chwytają nas za tylne łapy, wyrywają nam kły cęgami, obcinają ogony nożyczkami i jądra nożem, bez znieczulenia, na to nie ma czasu. Ból jest nieznośny, nigdy wcześniej nie doświadczyłem czegoś podobnego, całe moje ciało drży, krzyczę na próżno, nikt nie zwraca uwagi na moje skargi. Ból przenika do głowy, ale to dopiero początek strachu. Mój naturalny pęd do ludzi zamienia się w przerażenie i nieufność. Jestem przerażoną istotą i taką zostanę przez resztę mojego krótkiego życia. I przez resztę mojego nędznego życia będę marzł.

Niektórzy z mojego rodzeństwa zmarli, osłabieni z powodu złych warunków higienicznych. Zabrali moje siostry. Niektóre czeka ten sam los, co moją matkę: będą jeść, rodzić i zostaną zabite, gdy przestaną być produktywne, a może niektórym z nich zacznie wypadać pochwa i szyjka macicy i wtedy zabiorą je do rzeźni. Jednak większość z nas zostanie sprzedana, aby stać się pożywieniem dla ludzi, którzy będą się nieprzyzwoicie uśmiechać, przeżuwając nasze maleńkie ciała. Nazywają nas prosiętami mlecznymi, ponieważ nadal pijemy mleko matki. Jesteśmy bezbronnymi, bezradnymi, niezwykle delikatnymi dziećmi. Jesteśmy niemowlętami.

Mama z sąsiedniego boksu zmarła. Zjadła szczura zatrutego trucizną, którą rozkładają w kątach sali porodowej. Co tydzień giną dziesiątki myszy. Bawi nas obserwowanie ich, takie ruchliwe, niespokojne i podekscytowane, chcielibyśmy się z nimi bawić. Gdyby rozcięli skórę tej mamy, mięso byłoby niebieskie. Pracownice ją zabierają ze wszystkimi dziećmi, które nie są w stanie bez niej przeżyć. Ich małe ciałka są rozbijane jak lalki o ściany i podłogi, szczęśliwcy umierają natychmiast, inne maluchy są kopane, deptane, aż słychać jak trzeszczą kości ich głów. Niektóre z nich być może wyrzucą cienkim strumieniem oddechu coś na kształt ostatniego zdania, epitafium dla króciutkiego życia…
Przybyli grupą i siłą wrzucili nas do skrzyń, oddzielili nas wszystkich od mamy. Mama krzyczy, skarży się, woła nas. Wołamy mamę z desperacją. Nigdy więcej jej nie zobaczymy. Żegnaj, mamo, bardzo cię kocham.

Jest mi strasznie zimno. Zabrano nas do pustych betonowych pomieszczeń, zimnych i twardych jak miejsce, w którym się urodziłem. Smaku mleka matki nie ma, teraz z powodu stresu desperacko jemy dziwną, bezkształtną, okropną masę. Kłują nas w szyję, zmuszają do jedzenia i wypróżniania się w tym samym miejscu, to obrzydliwe, nikt by tego nie zrobił, dlaczego nam to robią? Próbujemy zrozumieć, co zrobiliśmy źle, za co nas karzą. Polewają nas wodą pod ciśnieniem, żeby nas umyć i wyczyścić podłogę. Przepychamy się przerażeni z jednego miejsca na drugie. Stoimy sparaliżowani w kątach. Straciłem prawie wszystkich moich braci, bo zmieszali nas z innymi. Niektórzy mają ogromne narośle wielkości głowy, krwawiące rany, opuchnięte i zaczerwienione od ropy guzy, skaleczenia i siniaki od uderzeń i kopniaków pracowników fermy. Często biją nas pałkami z byle powodu. Wczoraj zginęło dwoje mojego rodzeństwa, jednego zabrali na wpół zjedzonego, drugiego wrzucili do kontenera. Dręczy nas nieznośny stres. Mamo, gdzie jesteś?

Frustracja, nuda, niewola, nic więcej tu nie ma. Niektórzy z nas wykazują oznaki szaleństwa, kręcą się w kółko, uderzają o betonowe ściany, kołyszą głowami w górę i w dół, w prawo i w lewo, obgryzają ogony i uszy. Myślę, że tracimy rozum. Gryziemy nogi aż do krwi. Wariujemy. W zeszłym tygodniu zatrzymały się wentylatory w hali tuczu. Trwało to zaledwie kilka minut, ale smród stał się nie do zniesienia. Amoniak, dwutlenek węgla i dusząca wilgoć spowodowały bezdech i drgawki u niektórych moich towarzyszy. Pięciu z nich zmarło. Gdyby nie naprawiono awarii natychmiast, wszyscy byśmy się udusili.

Mówią, że świnie żyją. Nazwanie tego życiem to obraźliwie hojne określenie. Zapalenia skóry z wyciekami, nowotwory, fizyczne urazy spowodowane zamknięciem, infekcje ran spowodowane odchodami, czerwonka, kokcydioza, parwowirus i wiele innych chorób zmuszają do bezustannego szczepienia nas. Uderzenia, strumień wody pod ciśnieniem, ciemność i cuchnące powietrze. Najokrutniejsza egzystencja, jaką można sobie wyobrazić. Moglibyśmy żyć nawet 20 lat, ale przedwczesna śmierć kończy nasze życie już w wieku 6 miesięcy. Mord dokonany na dzieciach to traktowanie dzieci niczym konsumpcyjny, gastronomiczny albo seksualny towar.

Jest bardzo głośno. Zmuszają nas do szybkiego opuszczenia boksów, przechodzimy przez korytarze, oni popychają nas i krzyczą. Biją nas po kolanach, żeby nie pozostały siniaki na skórze i żeby klienci się nie skarżyli. Popędzają nas, aż dochodzimy do ciężarówek. Powietrze na zewnątrz jest tak czyste, że aż boli. Widzimy słońce. Widzimy drzewa. Czy to było życie?

Przez wiele godzin wieziono nas w metalowej skrzyni, która nieustannie się poruszała. Widziałem słońce, wdychałem zapachy, wiele zapachów, wszystkie były inne i cudowne. Nie wiem, jak długo to trwało. Wszyscy tutaj są obcy, tylko jeden z moich braci pozostał w skrzyni, więc przytuliłem się do niego, dla pocieszenia. Boimy się tak bardzo, jak to tylko możliwe. W kółko szepczemy imię mamy.

Metalowa skrzynia zatrzymała się i otworzyli tylne drzwi. Krzyczą na nas, popychają i bardzo nas straszą. Jeden z naszych towarzyszy upadł i złamał tylne nogi. Wyciągnęli go linami na zewnątrz i strzelili mu w głowę. Kopał nogami powietrze przez kilka minut, a potem przestał się ruszać i zabrali go, zawiesili na hakach, żeby go rozćwiartować. Resztę zmuszają do przejścia przez niekończące się korytarze. Rozdzielają nas w kolejce. Powietrze cuchnie krwią, wnętrznościami, ciętymi kośćmi. Jeden po drugim znikają przede mną za metalową ścianą. Jestem sparaliżowany strachem. Nadchodzi moja kolej. Popychają mnie do bardzo wąskiej kabiny. Ktoś trzyma moją głowę za pomocą czegoś w rodzaju zacisku, a w moim mózgu rozpętuje się piekło niczym uderzenie rozgrzanego do czerwoności młotka elektrycznego, wszystko eksploduje, wszystko przepada. Upadam gdzieś na podłogę, moje wspomnienia się rozmywają. Mamo, gdzie jesteś? Zostań ze mną, mamo.

Czuję, jak podnoszą mnie za tylne łapy, czuję ostry ból w kostkach, podnoszą mnie i wrzucają do wrzącej wody, nadal żyję, mam drgawki, katharsis wszystkich bólów pokrywa moją rozpaloną skórę i spalone nerwy. Moje kończyny i moje narządy poddają się, ostatni promyk świadomości w końcu gaśnie. Wyzwolenie z całego tego horroru. Mamo, już idę do ciebie. Mamo, już jestem z tobą.

Nie będzie po mnie kwiatów, księżyców do podziwiania, myszek do zabawy, nie będzie tęczy, mostów ani lepszego miejsca, moje ciało zostanie rozszarpane przez wstrętnych kanibali, a ja straciłem jedyną szansę na życie. Mogłem żyć, ale tego, co miałem, nie mogę nazwać życiem.

Na każdej fermie hodującej jakiekolwiek zwierzęta przeznaczone do spożycia naruszane są przepisy dotyczące zdrowia, „dobrostanu”, bezpieczeństwa biologicznego, podstawowych zasad etycznych oraz standardów najlepszych i najbardziej zaawansowanych humanitarnych procedur. Z lenistwa, z oszczędności, nieudolności, pogardy, zaniedbania, głupoty, niezdolności. Przepisy to jedynie placebo, nie mają na celu minimalizacji cierpienia zwierząt, lecz uspokojenie wyrzutów sumienia zdegenerowanej ludzkości za pomocą tanich eufemizmów, takich jak „szczęśliwe” kurczaki. To się dzieje we wszystkich fermach świata. Połowa świń w rzeźniach jest gotowana żywcem. Krowy drżą, kiedy wiszą do góry nogami na hakach, a przeraźliwy ból rozdziera im ścięgna kostek. Miliony zwierząt trafiają do rzeźni jako niepełnosprawne lub z urazem. Tysiące krów nosi w sobie płody w momencie uboju. Nienarodzone zwierzęta są natychmiast zabijane.

Świńskie matki są zmuszane do rodzenia bezustannie. Dwa, cztery porody rocznie, a po maksymalnie siedmiu miotach są zabijane, wtedy ich mięso trafia do małych, ludzkich usteczek, które i tak są większe niż ludzkie sumienie. Samice w hodowli zwierząt służą temu samemu celowi, co kobiety w fundamentalizmie religijnym i męskim konserwatyzmie – mają być matkami i to jest jedyny sens ich istnienia. Silnie patriarchalna wizja, która ogranicza i uprzedmiotawia, redukując je tym samym do ich możliwości i wyników.

Według organizacji Igualdad Animal istnieje siedem strategii stosowanych przez przemysł mięsny w celu poprawy wizerunku i polegają one na obwinianiu poszczególnych pracowników, którzy podobno stanowią wyjątek w całym procesie, klasyfikowanie fermy jako „rzadki zły przykład”, nazywaniu głośnych przypadków „pojedynczymi incydentami”, wskazywaniu osób publikujących zdjęcia tych codziennych zdarzeń (na każdy udokumentowany przypadek przypada milion ukrytych), dziecinnym przyznaniu się do błędu i przysięganiu, że się nie powtórzy, odwracaniu uwagi za pomocą wyreżyserowanych zdjęć lub kosmetycznych zmian na samej fermie, „które działają dobrze, jak większość”, a na koniec na pozywaniu do sądu tych, którzy ujawniają ich zbrodnie.

Wszystko, co mówią, to kłamstwo; cała propaganda dotycząca humanitarnej hodowli zwierząt to kłamstwo. W Europie śmiertelność świń od momentu narodzin aż do uboju sięga nawet 20 proc., co oznacza, że 38 z 140 mln świń trafia co roku na śmietnik, jest rozdrabnianych na nawóz, palonych lub… nigdy się nie dowiemy, co się z nimi stało. Ich życie to śmieć. Nie można nazwać życiem tego, co przeżywają z powodu ludzkich, faszystowskich zachcianek. Nie możemy pozwolić, by społeczeństwo kręciło się wokół dziecinnych, indywidualnych „lubię to” czy „tego nie lubię” – nasza zbrodnicza natura zawsze znajdzie sposób, by się ujawnić. Tym bardziej konieczne jest wprowadzenie zakazu hodowli, spożywania mięsa i wykorzystywania zwierząt.

  • Tekst i ilustracje: Xavier Bayle
  • Tłumaczenie: Agnieszka Władzińska
  • Tekst ukazał się w numerze 5/2026 Magazynu VEGE