Pierwszy miesiąc prenumeraty cyfrowej za 5 złzamawiam

Logowanie

Nie próbuj być ideałem

marzec 28 2026

Gwiazdą okładki wydania kwietniowego jest Rafał Jankiewicz: sportowiec, doświadczony trener online, weganin z miłości do zwierząt i założyciel społeczności VeGang. Twórca internetowy promujący trening siłowy, weganizm i zdrowy tryb życia pod pseudonimem Pomazany Trener.

Mam prawie 30 tatuaży, a przy Tobie wypadam blado… Opowiedz o swoich.

Można powiedzieć, że masz więcej, bo ja mam tylko jeden, za to na całym ciele, a przynajmniej zbliżam się w tym kierunku. Tak całkiem serio, to ciężko byłoby je policzyć, ponieważ mam też sporo coverów (tatuaże, które zasłaniają stare – przyp. red.). Pierwszy tatuaż zrobiłem jakieś dwa tygodnie przed swoimi 18. urodzinami, wcześniej nie byłoby takiej możliwości, ponieważ babcia by mnie pewnie wyrzuciła z domu. Doskonale pamiętam ten dzień: umówiłem się wcześniej w jakimś przypadkowym salonie tatuażu na zrobienie samej liczby 7 na ręce powyżej nadgarstka. Powodem był fakt, że od dziecka grałem w piłkę i moi najwięksi idole mieli ten numer na koszulce. Ostatecznie wyszedłem z salonu z siódemką i gwiazdką w tym samym miejscu, ale na drugiej ręce.

Nie uważam, że każdy tatuaż koniecznie musi mieć jakieś znaczenie, choć mam tatuaże dość wymowne, mające dla mnie znaczenie, którego nietrudno się domyślić, np. napisy na twarzy, ale większość mojego ciała zdobi blackwork, który po prostu pasuje mi jako stylistyka. Tak tworzę tego swojego awatara, podchodząc do tego w ten sposób, że moje ciało to płótno i mogę namalować na nim, cokolwiek zechcę.

Tatuaże porównuje się do chipsów albo do kotów – podobno trudno poprzestać na jednym. Ja wybieram koty, a Ty?

A ja pieski, jeśli jest trzecia opcja (śmiech). Czy jednak jest tak, że trudno poprzestać na jednym? Nie chcę odpowiadać za kogoś innego, za to ja od dziecka miałem w głowie plan na całe ciało, chociaż bardzo długo mówiłem, że całe prócz twarzy, co – jak widać – zmieniło się po czasie.

Jakie najciekawsze lub najbardziej absurdalne komentarze usłyszałeś na swój temat?

Z absurdalnymi komentarzami na swój temat spotykam się, od kiedy tylko pamiętam. Przez większość czasu oczywiście dotyczyły wyglądu, bo nie chodzi tu już nawet o tatuaże, ale o to, że zawsze w pewnym sensie wyróżniałem się wśród rówieśników. Byłem pierwszym z kolczykiem w uchu, pierwszym z farbowanymi włosami, pierwszym w różowej koszulce itd.

Natomiast teraz, gdy od lat jestem weganinem i mówię o tym dosyć głośno, cały ten hejt jest podzielony na mój wygląd i sposób życia, którym jest weganizm. Trudno podać jakiś przykład, który zachowałbym w pamięci, bo raczej nie przywiązuję do tego wagi, ale najmocniejsze komentarze to te, gdy ktoś życzy mi śmierci, i to nie z fejkowych kont. Piszą to ludzie, którzy często mają zdjęcia profilowe ze swoimi dziećmi. To jest nie tyle absurdalne, ile wręcz przerażające.

Czym jest dla Ciebie weganizm, bo zakładam, że czymś więcej niż dietą?

Kiedyś nagrałem film, w którym powiedziałem, że weganizm to dieta, jeśli zwrócimy uwagę na pierwotne znaczenie słowa „dieta” (diaita) z czasów Pitagorasa. Definicja diety kiedyś była inna, bo współcześnie zostało to spłycone do odżywiania. Jeśli spojrzymy na to szerzej, weganizm to sposób życia, w którym staramy się wykluczyć na tyle, na ile jest to możliwe, wykorzystywanie zwierząt. Dotyczy więc to każdego aspektu. Dla mnie to jedyna słuszna droga w życiu, jest ze mną już ponad dziewięć lat i tak będzie aż do końca moich dni.

Co Cię zainteresowało najpierw: weganizm czy treningi? A może przebiegało to równolegle?

Zdecydowanie sport, bo jest ze mną całe życie. Od dziecka trenowałem piłkę nożną, a gdy skończyła się moja przygoda, to w wieku 21 lat trafiłem na siłkę i tam zostałem. Weganizm pojawił się dużo później, niż bym tego chciał, ale jak to mówi jeden z moich tatuaży „Más vale tarde que nunca” (hiszp. „lepiej późno niż wcale” – przyp. red.).

Co bardziej boli: robienie tatuaży czy reżim dietetyczny związany z celami treningowymi?

Trudno porównać jedno z drugim. Ból związany z tatuażami jest bardzo indywidualny, z mojego doświadczenia mogę tylko powiedzieć, że każdy kolejny boli chyba bardziej i może też to zauważasz, że gdy już nie ma adrenaliny czy wręcz podniecenia związanego z nowym tatuażem, ten ból jest większy. Jeśli chodzi o reżim dietetyczny, to także jest bardzo indywidualna kwestia. Ja nie należę do tych osób, które uważają, że dieta to musi być 100 proc. albo nic. Wręcz przeciwnie, mam do tego elastyczne podejście i tego też uczę swoich podopiecznych, którzy nie są zawodowymi sportowcami.

Co najchętniej jesz na co dzień, a co byś jadł, gdyby nie liczyły się kalorie i makroelementy? Wolisz przygotowywać posiłki w domu czy jeść na mieście?

Po ponad 10 latach liczenia kalorii i makro przestałem to robić i nie planuję do tego wracać. Po tylu latach treningu nie mam już konkretnych celów związanych z sylwetką czy progresem siłowym. Bawię się treningiem i testuję różne rzeczy, które będę mógł potem wykorzystać w pracy z podopiecznymi, bo to na nich i ich progresie się skupiam. Co do jedzenia, to zazwyczaj jem podobnie: mam swój schemat trzech posiłków dziennie i najczęściej pojawiają się tam owsianki, koniecznie tofucznica i ogólnie soja (to najważniejszy produkt w mojej diecie), jednak nie odmawiam sobie różnych słodkości czy posiłków na mieście. Wolę jednak mimo wszystko jeść w domu i takie wyjście na miasto raz w tygodniu albo na dwa w zupełności mi wystarcza.

Jakie masz podejście do cheat meali, czyli pozwolenia sobie na zaplanowane odstępstwo od diety?

Nie lubię tego określenia, bo z góry narzuca, że mamy jakiś „oszukany posiłek” i przeważnie kończy się tak, że skoro wpadł jeden nieplanowany, to nie ma już sensu tego dnia wracać do planu diety, tylko hulaj dusza. Spotkałem się z tym, i to mnóstwo razy. Jeśli nie jesteś zawodowcem, który zarabia na swojej sylwetce, to po prostu korzystaj z życia i nie działaj na zasadzie 100 proc. albo nic, o której wcześniej wspominałem. Jestem zwolennikiem stałego podejścia 80/20 czyli w 80 proc. trzymasz się planu, a 20 proc. masz przeznaczone na urozmaicenie. To dobre podejście zwłaszcza dla głowy, a w konsekwencji przeważnie da też lepsze efekty treningowe.

Skąd czerpiesz wiedzę o żywieniu i treningu?

Prawda jest taka, że uczę się właściwie codziennie od dobrych 12 lat, gdy zacząłem się interesować treningami. Zaczynałem od różnych forów internetowych i YouTube’a, później jeździłem na szkolenia stacjonarne, a do dzisiaj ciągle kupuję jakieś webinary, szkolenia i ebooki.

Regularnie przeglądam badania na Pubmedzie. Dostęp do wiedzy w tej chwili jest tak łatwy, że wystarczy odrobina chęci, a mimo tego mam wrażenie, że ludzie i tak nie chcą się uczyć i chcieliby wszystko mieć podane na tacy. Jeśli potrafisz dobrze szukać na YouTube, to czerpiąc wiedzę tylko z tej platformy, możesz stać się lepszym trenerem od 90 proc. zatrudnionych na siłowniach.

Co jako sportowiec sądzisz o netflixowym dokumencie „The Gamechangers”?

Widziałem go tak dawno temu, że nie pamiętam go już za dobrze, ale pamiętam, że miałem dwa spostrzeżenia. Jedno dotyczące tego, że dzięki temu, że powstał i odbił się tak szerokim echem, mógł zachęcić sporo osób do diety roślinnej, co jest ogromnym plusem. Drugie – był generalnie mocno przerysowany i typowo netflixowy.

Pokazujesz się nie tylko z hantlami, lecz także… z Hantlem. Opowiedz o nim.

Hantel, a właściwie to Hantelek, bo to jeszcze dzieciak. Mój synek i oczko w głowie, o którego moja partnerka „walczyła” ze mną dobre dwa lata, bo ja nie za bardzo chciałem kupić psa. Nie ukrywam, że dla mnie psy to najcudowniejsze stworzenia na tej planecie. Co do Hantelka, ten mały potworek idealnie do nas pasuje. Kolorystycznie dobrał się do mnie, więc od razu wiadomo, że to mój synek (śmiech).

Na Instagramie pokazujesz również swoje obrazy. Co Ci daje sztuka?

To akurat jedna z rzeczy, której nie poświęcam zbyt wiele czasu. Można powiedzieć, że to dosyć świeża pasja. Ubzdurałem sobie w pewnym momencie, że chcę spróbować zacząć malować. Zważywszy na to, że nie potrafię rysować, było to dla mnie ciekawe wyzwanie. W życiu robiłem tak dużo różnych rzeczy, które do siebie nie pasują, a jeszcze wiele takich pewnie wpadnie mi do głowy i będę chciał je realizować. Szkoda tylko, że przy moim pracoholizmie i nadmiarze pracy nie mam na to wszystko za dużo czasu. Malowanie też na razie odstawiłem na boczny tor, ale zapewne jeszcze niejeden obraz w życiu namaluję.

Gdzie można Cię spotkać poza studiami tatuażu i siłownią? Jak spędzasz wolny czas?

Wolny czas? A co to takiego (śmiech)? Moim wolnym czasem mogę nazwać ten na treningu. Większość czasu spędzam w domu, pracując przy komputerze, a poza siłownią najłatwiej można mnie spotkać na spacerze z psem gdzieś obok domu.

Na czym polega współpraca z Tobą i czego wymagasz od osób, które się na nią decydują?

Teraz wypadałoby się dobrze zareklamować (śmiech). Współpraca ze mną jest bardzo rozbudowana, bo zawiera nie tylko plan treningowy i żywieniowy, lecz także to, co jest dla mnie bardzo istotne – stały, praktycznie codzienny kontakt z każdym podopiecznym. U większości osób bardzo dużą wagę przywiązuję do zdrowia i podejścia, które niestety często w pewnym sensie trzeba „naprawiać”. Dopiero potem jest wygląd.

Jak to wygląda w skrócie? Podopieczny dostaje arkusz online, który zawiera sporo zakładek, komunikujemy się przez WhatsApp lub mailowo w zależności od rodzaju pakietu. Podopieczni wysyłają mi filmy ze swoich treningów, które ja szczegółowo analizuję, korygując technikę i planując kolejne kroki, a co tydzień muszą mi składać szczegółowy raport. Tak to wygląda w skrócie.

Jakich osób masz najwięcej wśród klientów?

Pracuję głównie z początkującymi, ale też średnio zaawansowanymi. Są to osoby, które przeważnie przychodzą, mając jeden z trzech celów: schudnąć, zbudować masę mięśniową lub stać się silniejszym. Zamiast skupić się na starcie na jednym konkretnym, nadrzędnym, chcieliby od razu osiągnąć wszystko naraz. Praca z początkującymi bez wątpienia wymaga więcej poświęconego czasu niż z osobami z doświadczeniem, dlatego nie przyjmuję zbyt dużej liczby klientów.

Czy każdy może liczyć na takie efekty sylwetkowe jak Twoje przy założeniu, że będzie konsekwentny i zdyscyplinowany? Silna wola i samozaparcie wystarczą?

To kwestia bardzo indywidualna i finalnie za efekty zawsze najbardziej odpowiada genetyka. Takie efekty jak ja mogą osiągnąć osoby po dwóch latach stażu, a będą i takie, które nigdy nie dojdą do tego poziomu, zakładając w obu przypadkach pełną determinację i dyscyplinę. Warto tutaj dodać, że ja do budowania sylwetki mam beznadziejną genetykę i dlatego przez te wszystkie lata trenowania raczej nie skupiałem się na samym wyglądzie. Mnie od zawsze bardziej kręciło dźwiganie ciężarów. Nigdy za to nie patrzyłem na kogoś innego i po prostu zawsze robiłem swoje. Takie podejście polecam każdemu, bo jeśli będziesz patrzeć na innych, to możesz szybko zwariować.

Silnej woli i uporu raczej Ci nie brakuje.

Oj tak, mam całkowitą pewność, że to akurat moje mocne strony. Jeśli dzisiaj bym stwierdził, że przez rok będę jadł codziennie taki sam posiłek pięć razy dziennie albo robił dokładnie to samo na każdym treningu, to po prostu bym tak robił. Na szczęście nie muszę. Te cechy przydają mi się na wielu płaszczyznach życia, nie tylko tych związanych z treningiem czy żywieniem. Gdyby nie one, to prawdopodobnie nie byłbym w tym miejscu, w którym jestem teraz.

Czym jest VeGang?

VeGang to zamknięta grupa na Discordzie dla wegan i przyszłych wegan, której jestem twórcą. To dosyć świeża sprawa, teraz jesteśmy na etapie budowania społeczności i bazy wiedzy. W VeGangu dzielę się swoją wiedzą i poświęcam rozbudowie tego projektu bardzo dużo czasu, bo czuję w tym swoją misję. Pragnąłem miejsca z dala od social mediów i wszechobecnego hejtu, w którym zbiorą się ludzie o podobnych poglądach. Już teraz sama grupa jest bardzo rozbudowana pod kątem zróżnicowania kanałów tematycznych – od treningu i diety po aktywizm i działanie na rzecz zwierząt. Mam nadzieję, że w przyszłość VeGangu wyjdzie daleko poza Discord, a my zrobimy razem wiele dobrego dla weganizmu i zwierząt.

Jakie masz plany na najbliższy czas? Będą kolejne tatuaże?

Rozwój, rozwój i jeszcze raz rozwój. Poza tym chcę dalej wspierać zdrowych i silnych wegan, skupić się mocno na VeGangu, promować ciągle weganizm w social mediach, a w tym nadmiarze pracy znajdować czas dla Weroniki i Hantelka. Co do tatuaży, niebawem, bo pod koniec kwietnia wlatuje kolejny mocny blackwork, więc jak nie chcecie tego przegapić, to wpadajcie do mnie na Instagram.

Czego Ci życzyć, a jakie Ty miałbyś przesłanie do czytelników „Vege”?

Czego mi życzyć? Zdrowia, bo ono zawsze jest najważniejsze, a z resztą rzeczy już sam sobie poradzę, jak zawsze. Dla czytelników krótkie przesłanie: nie czekaj na odpowiedni moment, bo on nigdy nie nadchodzi. Przejdź na weganizm już teraz, bo to jedyna słuszna droga. Nie próbuj jednak być idealnym, bo nie o to ani w życiu, ani w weganizmie chodzi.

 

WSPIERAM10 zł WSPIERAM25 zł WSPIERAM50 zł