Pierwszy miesiąc prenumeraty cyfrowej za 5 złzamawiam

Logowanie

Konsekwentnie oddany

luty 24 2026

Karierę uniwersytecką zamienił na pracę w szpitalu w Gabonie. Z czasem zaczął coraz głośniej mówić o pomaganiu zwierzętom. Sylwetka Alberta Schweitzera.

Oslo, 4 listopada 1954 r. Na ulice miasta wyszli studenci i studentki z pochodniami. Oddają w ten sposób hołd laureatowi pokojowej Nagrody Nobla, który właśnie odwiedził stolicę Norwegii. Nie mógł być obecny na samej gali noblowskiej rok temu, ponieważ koordynował budowę wioski dla 250 trędowatych. Nagrodę przyjął w jego imieniu ambasador Francji, a sam laureat przyjechał, gdy tylko było to możliwe . Rzadko zresztą opuszczał miejsce swojej pracy, czyli szpital w Lambaréné w Gabonie. Nawet gdy wyjeżdżał z Afryki, i tak wciąż pracował, zbierając pieniądze na pomoc chorym. Mowa o Albercie Schweitzerze, niemiecko-francuskim lekarzu, teologu, muzykologu, organiście, pacyfiście, działaczu na rzecz praw zwierząt, a także jednym z największych autorytetów moralnych XX w.

Przytłoczony szczęściem

Urodził się jako syn pastora w alzackiej rodzinie, w której mówiło się w dialekcie górnoniemieckim oraz po francusku. Chodził do wiejskiej szkoły razem z synami chłopów, co wywarło duży wpływ na jego dalsze losy. Schweitzer pochodził z bogatszego domu, był lepiej ubrany i odżywiony, jednak nie było to dla niego powodem do dumy. Wręcz przeciwnie: wstydził się lepszej sytuacji materialnej swoich rodziców i starał się upodobnić do reszty chłopców.

Dzieciństwo wspominał jako idealne. W jego domu panowała miłość i zgoda, co zestawiał z często dramatyczną sytuacją kolegów. Czytając jego wspomnienia z tego czasu, można odnieść wrażenie, że miał wręcz wyrzuty sumienia z tego powodu: „Moja młodość była szczególnie szczęśliwa […]. Czułem się przytłoczony ciężarem tego szczęścia i zastanawiałem się, czy mam prawo uznać ten dar za naturalny”.

Żródło: Bundesarchiv, Bild 183-D0116-0041-019

Sam o sobie mówił, że nieśmiałość i wycofanie odziedziczył po matce, a po ojcu żywiołowość. Od samego początku odczuwał głęboką więź z naturą. Gdy w wieku 9 lat został wysłany do szkoły, do której musiał iść 3 km pod górkę, cieszył się z możliwości doświadczania przyrody.

Bardzo przeżywał, gdy w 1885 r. trafił do liceum w Mulhouse, bo czuł się tam oddzielony od roślin i zwierząt. W tej rozłące nie pomagało to, że u wujostwa, u których wówczas mieszkał, plan dnia był dopracowany co do minuty. Szczególną wagę przykładano do ćwiczeń gry na fortepianie. Niewątpliwie nie można było odmówić młodzieńcowi talentu: w wieku 16 lat Albert zastąpił swojego nauczyciela, grając na nabożeństwie, a w wieku 17 lat dał swój pierwszy publiczny koncert – zagrał „Requiem” Brahmsa. Muzyka nie była jednak jego jedynym hobby: interesowała go także historia, teologia i filozofia. Rozwój pasji umożliwiło Schweitzerowi pójście na Kaiser-Wilhelms-Universität w Strasburgu. Z tą uczelnią związał się nierozerwalnie na ponad 10 lat. Od samego początku wybrał podwójny kierunek naukowy: teologię i filozofię, ale chodził też na zajęcia z muzykologii. W lipcu 1899 r. napisał pracę filozoficzną na temat miejsca religii u Kanta. Uznał jednak, że może żyć tak jak dotychczas, czyli korzystając z dóbr kultury i rozwijając swoje pasje, jedynie do 30. roku życia, a potem powinien całkowicie poświęcić się „bezpośredniej służbie”.

Zwrot

Schweitzer początkowo chciał pomagać ludziom na miejscu, w Europie. Myślał nad założeniem sierocińca, a także pomagał ubogim rodzinom i bezdomnym. Ostatecznie jednak zdecydował się na zostanie lekarzem misyjnym w Afryce. Skłoniło go do tego ogłoszenie „Potrzeby misji w Kongo” z miesięcznika Paryskiego Towarzystwa Misyjnego. Jego kierownik skarżył się, że ma za mało personelu, aby rozwinąć działalność w Gabonie. Schweitzer poczuł wtedy, że to jest to, w czym znajdzie spełnienie. Uważał, że wina europejskich kolonizatorów jest tak duża, że świadczenie dobra rdzennym mieszkańcom to wręcz obowiązek Europejczyków. Mówił, że chciał „zostać lekarzem, by móc pracować bez słów”.

Jego krewni i przyjaciele nie odebrali dobrze tej decyzji. Myśleli, że za jej podjęciem mógł stać zawód miłosny. Największe zdziwienie wywoływał jednak nie sam plan Schweitzera wyjazdu do Afryki, ile podjęcie się przez niego tak trudnych studiów jak medycyna w późniejszym wieku niż inni studenci, tym bardziej że osiągał spore sukcesy jako teolog, filozof i muzyk. Jego decyzja o skręceniu w inną ścieżkę kariery wynikała jednak także ze względów praktycznych: Paryskie Towarzystwo Misyjne odrzuciło jego kandydaturę na zwykłego misjonarza. Uważano, że w swoim przesłaniu jest zbyt skupiony na miłości do bliźniego, a za mało na samej wierze i praktykowaniu jej.

Schweitzer nazywał teologów, którzy odrzucali wdrażanie słów Jezusa w życie, „ludźmi uchodzącymi za chrześcijan”. On zaś odczuwał głębokie współczucie dla każdego stworzenia oraz żywił przekonanie, że szczęśliwi ludzie wiele zawdzięczają mniej uprzywilejowanym i dlatego mają obowiązek im pomagać. Mówił: „Odkąd pamiętam, myśl o całym nieszczęściu na świecie była dla mnie źródłem bólu”.

Wyjazd

W 1912 r. Schweitzer uzyskał uprawnienia lekarskie. W tym samym roku otrzymał tytuł profesora teologii za „godne pochwały osiągnięcia naukowe”, a także poślubił Helenę Bresslau, swoją przyszłą wspólniczkę w założeniu szpitala. Jeszcze przed zawarciem małżeństwa Helena pomagała mu przy wykańczaniu rękopisów, przeprowadzaniu korekt drukarskich i przygotowywaniu wszystkich innych publikacji.
Podróż do Lambaréné rozpoczęli w Wielki Piątek 1913 r. Na miejscu Schweitzer zobaczył więcej cierpienia lokalnych mieszkańców, niż podejrzewał. Tym bardziej cieszył się, że pomimo niechęci najbliższych do jego decyzji dopiął swego i dotarł do Gabonu. Zawiódł się jednak na innych misjonarzach, którzy nie stworzyli nawet prowizorycznego budynku na szpital. W związku z tym za takowy musiał posłużyć tymczasowo kurnik przy domu mieszkalnym państwa Schweitzerów. Z czasem zbudowano domek z blachy falistej, a następnie więcej chatek bambusowych. Miejscowi chorowali przede wszystkim na malarię, trąd, śpiączkę, dyzenterię, zapalenie płuc, choroby serca i przepuklinę.

Gdy wybuchła I wojna światowa, Schweitzerowie zostali objęci obserwacją jako obywatele Niemiec. W 1917 r., ze względu na zły stan zdrowia, małżeństwo zostało przewiezione do obozu internowania we Francji (Gabon był francuską kolonią). Byli wyczerpani ciężką pracą i cierpieli na anemię tropikalną. Zdrowie uniemożliwiło im powrót do Lambaréné nawet po zakończeniu wojny. W 1919 r. na świat przyszło ich jedyne dziecko, córka Rhena.

Nie próżnując

Doktor nie poświęcał czasu spędzonego we Francji na odpoczynek: zapraszany na wykłady o swojej pracy w Lambaréné, zbierał datki na dalszą działalność szpitala, a grając na organach, zarabiał na utrzymanie rodziny. W 1924 r. postanowił sam wrócić do Afryki. Helena ze względu na słabe zdrowie pozostała z córką w Europie. Angażowała się za to w pomoc dla szpitala na odległość i dokształcała się w zakresie medycyny tropikalnej.

Niestety po siedmiu latach nieobecności w szpitalu Albert Schweitzer zastał w Lambaréné jedynie budynek z blachy falistej. Zresztą nawet po doprowadzeniu terenu do lepszego stanu stara siedziba nie spełniała wymagań coraz większej rzeszy pacjentów. W związku z tym Schweitzer poświęcił kilka lat na stworzenie nowej siedziby, wdrożył nowy personel i zostawił placówkę pod opieką innych lekarzy. Wrócił do Europy, gdzie spędzał czas z rodziną, koncertował, a także zbierał datki na dalsze funkcjonowanie swojej misji życiowej.

Po dwóch latach wrócił do Lambaréné, tym razem z Heleną, która musiała jednak szybko opuścić Afrykę ze względu na zły stan zdrowia. Ich małżeństwo już tak wyglądało do końca: oboje poświęceni wspólnej misji, będący dla siebie wsparciem, ale mieszkający przez większość czasu osobno. Helena przyczyniła się w ogromnym stopniu do przetrwania szpitala, ponieważ nagłaśniała działalność męża poprzez wykłady i trasy promocyjne. Ostatni raz przebywała w Lambaréné w latach 1956–1957. Zmarła w Zurychu, ale jej prochy zostały złożone na przyszpitalnym cmentarzu w Lambaréné.

Życie pośród życia

W 1915 r., podczas podróży po Afryce, Schweitzer zobaczył promienie słońca migocące na wodzie, wokół tropikalny las oraz stado hipopotamów wygrzewających się na brzegach rzeki. W tym momencie przyszła mu do głowy myśl, z której jest najbardziej znany: „Jestem życiem, które chce żyć pośród innego życia, które chce żyć”. Twierdził, że etyka jest nieograniczoną odpowiedzialnością za wszystko, co żyje, i nie miał na myśli tylko ludzi. Wielokrotnie w pracach filozoficznych i teologicznych Schweitzera pojawiały się zwierzęta, które zresztą w samym Lambaréné były pacjentami tak jak ludzie. W szpitalu pojawiały się małe osierocone szympansy, których matki najczęściej padały ofiarą myśliwych. Poza nimi pojawiały się owce, psy, koty, a nawet wąż boa. Weranda doktora była z kolei lokum dla dwóch dzikich świń – Tekli i Izabeli. Myśliciel często zaczynał listy od wymienienia zwierząt, które akurat mu towarzyszyły przy pisaniu. Faworytami doktora bezsprzecznie były koty. Mówił: „Istnieją dwa sposoby na ucieczkę od nędzy życia: muzyka i koty”.

Schweitzer sprzeciwiał się wszelkim formom niepotrzebnego okrucieństwa, co było dla niego wypełnieniem słów Jezusa o miłości do bliźniego, a także idei ahimsy, czyli zasady moralnej rozprzestrzenionej w dżinizmie, hinduizmie oraz buddyzmie, która nakazuje poszanowanie wszelkiego życia. Zastanawiał się: „Nastanie czas, gdy społeczeństwo nie będzie już dłużej tolerować rozrywki opartej na złym traktowaniu i zabijaniu zwierząt. Nastanie taki czas, lecz kiedy? Gdy dojdziemy do wniosku, że polowanie – przyjemność zabijania zwierząt dla sportu – będzie traktowane jak umysłowa herezja?”.

Poza tym myśliciel unikał jedzenia mięsa, gdy tylko to było możliwe, ale na ściśle bezmięsną dietę przeszedł pod sam koniec życia. Rok przed śmiercią pisał: „Tak, powoli zaczynam zdawać sobie sprawę z tego, że zabijanie i spożywanie zwierząt stanowi poważny problem. Można przedstawić wiele argumentów przeciwko temu, ale także wiele argumentów za tym. Problem ten stał się widoczny dopiero niedawno. Moim zdaniem my, którzy opowiadamy się za ochroną zwierząt, powinniśmy całkowicie zrezygnować ze spożywania mięsa i otwarcie się temu sprzeciwiać. Ja tak właśnie postępuję”. Już wcześniej Schweitzer był przekonany, że wegetarianizm jestem spełnieniem idei szacunku dla życia. Mówił, że zabijanie i generalnie zadawanie cierpienia powinno być ograniczone jedynie do najwyższej konieczności.

Spuścizna

Albert Schweitzer starał się pod każdym względem wypełniać ideę niekrzywdzenia wszelkiego życia. W związku z tym po drugiej wojnie światowej stał się orędownikiem walki przeciwko zbrojeniom nuklearnym. Poruszył ten temat w swojej przemowie noblowskiej. Chociaż unikał zaangażowania politycznego, to właśnie dla tej kwestii zrobił wyjątek. Wojna się skończyła, jednak miał przeczucie, że to nie było to apogeum ludzkiego zła. Twierdził, że świat znajduje się w momencie upadku moralnego. W 1947 r. pisał: „Dryfujemy na rwącym potoku powyżej wodospadu, nie spostrzegając, że prąd staje się coraz silniejszy i że wkrótce nie będziemy w stanie ujść czekającej na dole zagładzie”.

Myśliciel zmarł 4 września 1965 r. w wieku 90 lat, w Lambaréné. Został pochowany obok swojej żony na przyszpitalnym cmentarzu. Dzieło przeżyło ich samych: szpital funkcjonuje do dziś. Obecnie opiekę nad nim sprawuje założona w 1974 r. Fondation Internationale de l’hôpital Albert Schweitzer à Lambaréné. Strażniczką pamięci została Rhena Schweitzer Miller, która tak jak rodzice wybrała drogę lekarki i działaczki humanitarnej. Kontynuowała rodzinną misję w Afryce i nie tylko.

Nie tylko Rhena podtrzymywała pamięć o Albercie Schweitzerze: aby wymienić wszystkie instytucje, organizacje, stowarzyszenia, centra pomocy czy stypendia noszące jego imię, należałoby napisać kolejny artykuł.

Na potrzeby tego wymienię tylko Albert Schweitzer Stiftung für unsere Mitwelt, znaną w Polsce jako Fundacja Alberta Schweitzera, której misją jest likwidacja hodowli przemysłowej, ograniczenie produkcji i konsumpcji produktów zwierzęcych oraz szerzenie wegańskiego stylu życia. W latach 2017–2024 miała swój oddział w Warszawie.

  • Tekst: Afra Wierska
  • Tekst ukazał się w numerze 3/2026 Magazynu VEGE