Gwiazdą okładki marca jest Mahasatya Artur Janczak: urodzony w Krasnymstawie wegetarianin z wyboru, biegacz z powołania. Od 22 lat student medytacji na ścieżce Sri Chinmoya.
Co znaczy Mahasatya?
To moje imię duchowe, pod którym jestem znany w społeczności Sri. Oznacza najwyższą, ostateczną prawdę, której poszukuję.
Medytujesz i biegasz od wielu lat.
Dla mnie pokonywanie długich dystansów jest rodzajem medytacji w ruchu. W tej chwili nie jestem w stanie medytować przez wiele godzin, ale potrafię biegać lub chodzić przez prawie 17 godzin dziennie w wyścigu takim jak 3100 mil (5 tys. km). Kocham to, co robię i wiem, jak wiele ten bieg znaczył dla mojego nauczyciela medytacji Sri Chinmoya.
Czego Cię nauczył?
Dążąc do ciągłej samotranscendencji, jesteśmy w stanie sprowadzić to, co w nas najlepsze, i odnaleźć swoją ścieżkę prawdziwej satysfakcji. Mój nauczyciel propagował nie tylko bieganie, lecz także inne aktywności, np. muzykę, poezję, malarstwo, literaturę. W bieganiu najważniejszym aspektem było przekraczanie siebie. Wszyscy chcemy robić postęp w życiu, być lepszymi ludźmi. Bieganie jest narzędziem, które w tym pomaga. Sięgnę po bezpośredni cytat Sri Chinmoya: „Wewnętrzny biegacz daje zewnętrznemu biegaczowi płacz, wewnętrzną tęsknotę, by zrobić coś dobrego i stać się kimś dobrym”.

Jak zaczęła się Twoja ścieżka śladami Sri Chinmoya?
Miało to miejsce w 2003 r. Poznałem mojego nauczyciela na jednym z Koncertów Pokoju w Paryżu. Od 2007 r. regularnie uczestniczę w dwutygodniowych zgrupowaniach trzy razy w roku w Nowym Jorku. Ładujemy w ten sposób nasze duchowe baterie.
A Twoja biegowa przygoda?
W moim przypadku wyglądało to opornie. Generalnie biegałem krótkie dystanse – 10 km to było maksimum. Od kiedy zacząłem medytować, stopniowo moje biegowe osiągnięcia zaczęły się mnożyć. Pierwszy maraton ukończyłem w 2007 r.
A jak przeszedłeś od dystansu 42 km do dystansów ultra?
Niezwykłym doświadczeniem było moje dziesięciotygodniowe uczestnictwo w biegu Peace Run w USA w 2014 r. – wtedy narodził się ten pomysł. W 2015 r. zrobiłem pierwszy sześciodniowy bieg, potem dziesięciodniowy… Znajomość kilku biegaczy, którzy trenowali już biegi wielodniowe, pomogła mi wejść na poziom ultra.
Czym dla Ciebie są biegi ultra?
Mają dla mnie wiele aspektów.
Gdy mam problemy czy stres, to biegi ultra są dla mnie zaworem, przez który mogę to wypuścić. Ponadto pomagają w pokonywaniu słabości, w kształtowaniu charakteru, w budowaniu silnej woli i cierpliwości. Biegi ultra uczą pokory, wdzięczności i doceniania prostych, zwyczajnych rzeczy, które spotykają nas w codziennym życiu. Nie biegam, aby zbierać oklaski czy imponować komukolwiek.
Od lat jesteś zaangażowany w biegi Sri Chinmoy Oneness-Home Peace Run.
Peace Run wykracza daleko poza bieganie – daje każdemu szansę na wyrażenie swojej tęsknoty za pokojem. Bycie w drodze, niosąc pochodnię pokoju, jest niezwykle wzbogacającym i satysfakcjonującym doświadczeniem. Łączenie się z ludźmi wokół i idea – tęsknota za bardziej pokojowym światem – jest piękna i inspirująca. W Polsce biegamy zazwyczaj w czasie wakacji, więc najczęściej odwiedzamy kolonie i obozy letnie. To bardzo budujące widzieć, jak entuzjastycznie ludzie odbierają nasz bieg i jak wielu osobom zależy na pokoju na świecie.
Skąd pomysł o imponującym dystansie 3100 mil, czyli 5 tys. km?
Biegacze często nie mają na to jednoznacznej, jasnej odpowiedzi. Pomysł udziału w wydarzeniu „3100 Mile Race” nie pochodzi z zewnątrz, jest raczej inspiracją, podszeptem, głębokim uczuciem wibrującym gdzieś głęboko w naszych sercach i duszach. Dusza, ten inicjator, ten wewnętrzny biegacz, przez lata przygotowuje nas do tak wyjątkowego doświadczenia.
W 2019 r. przebiegłeś ponad 1016 km w ciągu 10 dni. Co się dzieje przy tak dużych dystansach?
Po kilku dniach wchodzimy w stan spokojnego myślenia. Myśli są nadal obecne, ale stopniowo się wyciszają. Umysł przestaje przeszkadzać. Gdy pojawiają się mniejsze lub większe fizyczne kontuzje, staram się nie skupiać uwagi na problemach, ale na sposobach ich rozwiązania. Podczas tak długiego biegu pojawia się rywalizacja – przede wszystkim z samym sobą – bo wśród biegaczy rozwija się poczucie braterstwa. Poznaję ludzi na głębszym poziomie, kim naprawdę są. Razem docieramy do sedna samych siebie.
Kiedy uwierzyłeś, że możesz przebiec 5 tys. km?
W 2015 r. pomagałem chłopakowi z Irlandii, który brał udział w swoim pierwszym biegu na 3100 mil. Był to równocześnie rok, w którym biegacz z Finlandii Ashprihanal Aalto pokonał rekord świata na tym dystansie – 40 dni z kawałkiem. Jego średnia wynosiła 67 mil dziennie. Obserwowanie tego zjawiska było dla mnie czymś niesamowitym. Po każdej przerwie w ciągu dnia nie zaczynał biegu od okrążenia na wyczucie swojego rytmu, tylko biegł na maksa. Obserwowanie tego na żywo dało mi wiarę we własne możliwości.
Jak wygląda kwalifikacja na ten bieg?
Polegała na pokonaniu minimum 1 tys. km w ciągu 10 dni. Podstawą jest utrzymanie stabilności w biegu. Organizm musi się przyzwyczaić do w miarę stałego wysiłku, by potem ukończyć bieg na 3100 mil.

W październiku 2025 r. ustanowiłeś rekord Polski w biegu na 5 tys. km. Jak przygotowywałeś się do takiego wyczynu?
Przygotowania do tego biegu trwały około 8 lat. Trening był nie tylko fizyczny, musiałem się też przygotować mentalnie. Nabranie wiary w siebie, że mogę to zrobić, jest szalenie ważne. Największe wyzwanie to przełamanie oporu własnego umysłu. Wielu zawodników, których znam, jest w stanie ukończyć ten bieg – to umysł jest największą przeszkodą w podejmowaniu takich działań. Moim przygotowaniem był bieg w Australii, który zajął mi około 1,5 miesiąca. Trzeba wybiegać pewne minimum, by czuć się komfortowo, pokonując te ok. 100 km dziennie.
Po takim biegu potrzebna jest zapewne dłuższa przerwa.
Regeneracja trwa zazwyczaj około roku – po takim dystansie zrobionym po raz pierwszy musiałem zbierać siły 13–14 miesięcy. Dopiero wtedy mogłem wrócić do biegania dłuższych dystansów.
Opowiedz o biegach z pochodnią.
Biegniemy w sztafecie. Pierwszy zawodnik pokonuje np. dwie mile z pochodnią, a potem następuje zmiana. Zwykle trwa to 30–40 min. Dwóch biegaczy na zmianę pokonuje dany dystans. Przykładowo w Australii każdy członek zespołu przebiegał około 10– 15, a czasem nawet 20 km. Każda grupa biegaczy – w zależności od ich liczby lub liczby vanów, które mamy do dyspozycji – pokonuje dany odcinek trasy. Codziennie zaczynamy bieg od punktu, do którego dotarliśmy poprzedniego dnia. Oprócz biegania mamy także różnego rodzaju wydarzenia, takie jak spotkania z uczniami, władzami miast, klubami sportowymi itp. Jako zespół pokonujemy 80–180 km dziennie. W przeszłości pochodnie były dość ciężkie, ale teraz są bardzo lekkie. To obciążenie około 0,5 kg. Nie ma wpływu na sam bieg.
Do mety dobiegasz z dwiema flagami. Dlaczego tak jest?
Jedna to flaga Polski, a druga to „victory flag”, flaga zwycięstwa. Przedstawia złotą łódź płynącą w kierunku złotego brzegu, co jest metaforą naszej ścieżki życiowej. Każdy z nas, czy jest tego świadomy lub nie, zmierza w tym kierunku.
Co Cię zmotywowało do przejścia na wegetarianizm?
Zdecydowałem się na to, gdy zacząłem medytować. Dieta wegetariańska odgrywa ważną rolę w życiu duchowym. Czystość jest bardzo ważna dla adepta. Musimy do niej dążyć w sferze fizycznej, witalnej i mentalnej. Kiedy jemy mięso i ryby, wkracza w nas agresywna świadomość. Nasze nerwy stają się pobudzone, niespokojne i agresywne, co może przeszkadzać w medytacji. Z drugiej strony, łagodne właściwości owoców i warzyw pomagają nam rozwinąć takie cechy jak prostota i czystość w naszym życiu wewnętrznym i zewnętrznym. Wewnętrznie – modlimy się i medytujemy, zewnętrznie – jedzenie, które otrzymujemy od Matki Ziemi również nam pomaga, dając nam energię.
Jak przyzwyczajałeś się do nowej diety?
Dla mnie przejście na wegetarianizm nie było niczym trudnym. Na początku musiałem jeść ogromne ilości pożywienia, co po jakimś czasie się unormowało. Moja dieta jest wegetariańska z ok. 70 proc. bazy wegańskiej. Ważne jest dla mnie, by pożywienie było organiczne, z produkcji ekologicznych.
Twoja wegetariańska droga trwa już ponad 20 lat. Co przez ten czas zaobserwowałeś?
Po jedzeniu mięsa czułem się ociężały, a po obfitym posiłku roślinnym dalej czuję się lekki. Wegetarianizm wzmocnił mój organizm. W czasie zmiany diety nie biegałem jeszcze tak intensywnie.
Co jest Twoim głównym paliwem w czasie biegów ultra?
Generalnie jemy wszystko, co nam się serwuje. Są to potrawy wegetariańskie. W czasie dnia biegowego mamy trzy główne posiłki i cztery mniejsze przekąski. Spożywamy do 10 tys. kalorii dziennie. Aby wzmocnić mięśnie, używam dodatkowych wysokobiałkowych produktów roślinnych.
Jakie roślinne dania królują w Twojej prywatnej kuchni?
Często gości u mnie sałatka grecka. Na śniadanie często jadam omlet z bananem albo owsianki. Wysoko cenię kuchnię włoską, bo można w prosty sposób stworzyć wartościowe dania. Kiedy mieszkałem w Londynie, to często jadałem dania indyjskie.

Pracujesz w szwajcarskiej firmie produkującej wegańskie produkty spożywcze. Celowo wybrałeś to miejsce pracy?
Nie planowałem tego. W czasie pandemii znajomy, inny uczeń Sri Chinmoya, zaproponował mi dołączenie do zespołu. Firma działa od około 40 lat. Początkowo to była mała manufaktura produkująca tofu, a później stopniowo się rozwijała – aktualnie produkujemy ok. 60 różnych wegańskich produktów. Ostatnio wprowadziliśmy np. natto, czyli japoński produkt na bazie fermentowanej soi.
Jak dbasz o kondycję?
Gdy uprawiałem biegi sześcio- lub dziesięciodniowe, to w tygodniu musiałem wybiegać ok. 150–200 km. Teraz ważniejsza jest regularność w ruchu – nie tylko bieganie, lecz także inne sporty. Ostatnie trzy, cztery miesiące przed długim dystansem biegam intensywniej w weekendy, np. maratony w sobotę i w niedzielę. Gdy teraz trenuje, biegam bardziej dla uspokojenia umysłu. Pomagają też ćwiczenia siłowe, wzmacniające, rozciąganie czy joga. Kluczowe jest też trenowanie małych mięśni stóp. Najsłabsze elementy ujawniają się w czasie biegu, więc trzeba się przygotowywać na wszystkich poziomach.
Jak są ze sobą u Ciebie powiązane bieganie i duchowość?
Nasze wewnętrzne bieganie pomaga nam w tym zewnętrznym. Poprzez modlitwę i medytację możemy rozwinąć intensywną siłę woli, a ta może nam pomóc osiągać bardzo dobre wyniki w sporcie. Medytacja jest ciszą, spokojem, podczas gdy świadomość biegania jest pełna dynamiki. W rzeczywistości ruch może być efektywny tylko wtedy, gdy wypływa z wewnętrznego opanowania.
Aspekt duchowy jest bardzo powiązany z bieganiem. Po kilku tygodniach wysiłku wchodzę w stan wyciszenia. Dotychczasowe problemy lub ból stają się drugorzędne.
Jak wygląda kwestia snu w czasie tych wielodniowych biegów?
Bieganie było bardzo ważne dla Sri Chinmoya. W latach 70 i 80. XX w., gdy miał ok. 40–50 lat, potrafił biegać do 200 mil tygodniowo. Często biegał w nocy. Sypiał tylko 2–2,5 godziny dziennie, a jego dzień był wypełniony różnymi zajęciami. Ja śpię około cztery godziny na dobę w czasie biegu. Okazuje się, że jest to w zupełności wystarczające. Dodatkowo w ciągu dnia robię dwie 10–15-minutowe drzemki.
Z jakimi wartościami łączysz bieganie?
Ono daje mi poczucie wolności i głębokiej satysfakcji z robienia czegoś, czego bym kilka lat temu nie rozważał. Budzi się we mnie głębokie poczucie jedności z ludźmi, inaczej postrzegam rzeczywistość. Jestem bardziej tolerancyjny i wyrozumiały w stosunku do innych.
Jak sobie radzisz z chwilami słabości czy zwątpienia w czasie biegu?
Każdy bieg przynosi nowe wyzwania. Ten na 5 tys. km odbywa się w Nowym Jorku, biegamy wokół Thomas Edison High School. Uczęszcza tam ponad 3 tys. młodzieży, więc ruch pieszy o niektórych porach dnia jest tak duży, że musimy biegać ulicą. Tym razem bardzo przeszkadzał mi hałas, do którego nie przywykłem w Szwajcarii. Co ranek medytuję i ćwiczę koncentrację. To bardzo mi pomaga. W ciągu dnia sprawdzało się u mnie słuchanie duchowej muzyki i audiobooków.
Jakie są Twoje sportowe plany na najbliższą przyszłość?
W 2026 r. planuję bieg dziesięciodniowy w Bułgarii organizowany przez Sri Chinmoy Marathon Team. Mam jeszcze propozycję biegu Peace Run w USA oraz kolejny bieg na 3100 mil. Zobaczę, jak to się ułoży. Muszę upewnić się, że będę miał zastępstwo w pracy, zależy to też od mojej kondycji. Jeżeli nie w tym roku, to w 2027 uda mi się powtórzyć to doświadczenie.
- Rozmowa: Jacek Balazs
- Zdjęcia: Jowan Gauthier
- Tekst ukazał się w numerze 3/2026 Magazynu VEGE

