Pierwszy miesiąc prenumeraty cyfrowej za 5 złzamawiam

Logowanie

Wybiórcza miłość

styczeń 21 2026

Łapeczki, koteczki, ogonki, brzuszki, całuski. Czasami jakoś tak się dzieje, że człowiek zaczyna mówić dziwacznie. Frazy typu „a cio to za łapuszki” same wychodzą z gardzieli, przeciskają się przez podniebienie i nie wiadomo dlaczego zaczyna się seplenić, i to jakimś takim dziwnym, szczebiotliwym głosem. „No moje ty kochanie”. A potem jeszcze osobnik homo sapiens domaga się koniecznie uwagi dla swojego „łapuszka kociuszka” lub „kłębuszka piesuszka”. Niech wszyscy zobaczą, jak on pięknie śpi albo – co za słodki widok – uszka myje!

Ci, którzy nie są kotozakręceni ani psiozakochani mają wówczas ten sam problem co ludzie, którzy napotkali na swojej drodze zakochanego rodzica prezentującego 101 zdjęć dzieciaka. W każdym przypadku jest ten sam odruch i symptom: mgła mózgowa posypana lukrem rozanielenia na widok istoty, którą się kocha. Nieważne płeć, gatunek, wiek.

Czasami ten stan przenosi się na inne istoty. I tak koto-zakręceni będą rozanielać się na widok każdego kota, czasami idzie to dalej i inne zwierzaki zaczynają budzić zachwyt. To samo dzieje się z psiozakochanymi, chomikowkręconymi, szczurkolubnymi czy papużkowziętymi. Nagle zwierzak wkracza w nasze życie i zawłaszcza wszelkie emocje, co doprowadza do seplenienia, stosowania zdrobnień i a jako skutku ubocznego – chęci zaopiekowania się całym światem zwierzęcym.

Wiem, co mówię. Próbowałam już różnych terapii, ale nic nie działa. Za każdym razem gdy widzę moja kocinkę, kotuszkę, kotunię, wydaję z siebie dziwny dźwięk i namawiam całe otoczenie, by wszyscy patrzyli, jak ona słodko śpi, je, myje ucho albo łapę. Dlatego proszę o wyrozumiałość, gdy będę w dalszej części wywodów pisać o łapuszkach, dupkach, ogonkach czy brzuszkach. To chroniczne i nie jest pewne, czy uleczalne.

Nie byłoby w tym nic złego, wydaje się to wręcz naturalne, zwłaszcza kiedy się zwierzę odratowało, odchuchało, wyleczyło. Po wielu nieprzespanych nocach, zabiegach i operacjach człowiekowi może się trochę zagubić w czułościach. I nic w tym złego, że potrafimy kochać zwierzęta tak po prostu, na całego. W końcu dajemy im to, co sami otrzymujemy: bezwarunkową miłość, oddanie, zrozumienie, przebaczenie.

Każda istota żyjąca potrzebuje pozytywnych emocji. Tulące się do nas gęsi, kury, krowy, kozy, świnie to nie tylko słodkie nagranie z mediów społecznościowych, ale rzeczywistość relacji społecznych i międzygatunkowych. Tak jak przedstawiciele naszego gatunku, pozaludzkie istoty potrzebują miłości. Problem leży w wybiórczości. Jedne kochamy, czasami do szaleństwa przejawiającego się w niepotrzebnych zwierzętom gadżetach, zabawkach czy ubrankach. Językowe igraszki jeszcze nie męczą samych zwierząt, mogą być tylko uciążliwe dla naszych rozmówców. Fatalnie, gdy za tym idzie nasze egoistyczne wyrażanie miłości. Całkiem zła staje się nasza miłość, gdy myślimy tylko o sobie i tylko sobie chcemy sprawiać przyjemność. Wówczas zaczynamy katować niewinne i bezbronne istoty.

Pies nie potrzebuje pozłacanych kaftaników, strojów św. Mikołaja czy wróżki. To dręczenie istot, za które jesteśmy odpowiedzialni. Oczywiście są psy, np. maltańczyki, które nie mają futra tylko włosy i dlatego potrzebują zimową porą wsparcia. Wówczas kaftanik czy skafander jest dobrą rzeczą, ale pod warunkiem że będzie odpowiednio skrojony i dostosowany do ruchów i ciała psa. Nasze potrzeby nie mogą być zaspokajane kosztem zwierzęcia.

Zabawiamy się lub rzutujemy na zwierzę ludzkie potrzeby, bez szacunku dla niego i respektowania jego indywidualności.

Problem leży w wyrażaniu naszych emocji. Erupcja uniesień nie zawsze idzie w parze z prawdziwą empatią czy próbą zrozumienia, kim jest osoba, którą tak bardzo kocham. Prawdziwa miłość – zresztą nie tylko ta, którą dajemy zwierzęciu – to miłość rozumiejąca. To miłość, która szanuje i chce poznać, zrozumieć, jakie są granice naszego ukochanego, naszej ukochanej. Wywieranie nacisku na psa czy kota nie wchodzi wówczas w grę, a chęć dostosowania się do jego zmieniających się wraz z wiekiem potrzeb staje się nadrzędna. Kochamy przecież najpierw malucha, a potem dojrzewającą, dorosłą, dojrzałą i starą istotę. Na naszych oczach przebiega cykl życia. Zrozumieć, jakie są potrzeby dojrzałej już osoby, czy jakie są wymagania jej/jego starości to rzecz najważniejsza w samym akcie kochania. Miłość – ta prawdziwa, a nie zagadana i zasłodzona nierealnym wyobrażeniem – to uczucie, które jest dla tych, których kochamy. I dotyczy to ukochanego psa, kota, świnki morskiej, a nawet gekona.

Potrafimy dostrzec wspaniałość zwierzęcia, do którego przyzwyczaiła nas kultura. To kulturowa akceptacja sprawia, że kota czy psa możemy kochać. Wszak to zwierzę zakwalifikowane jako towarzyszące, a więc jemu należy się miłość. Świnia czy krowa są już tylko zwierzętami hodowlanymi, a więc ich nóżki, ogonki i brzuszki nie budzą naszej czułości, co najwyżej apetyt na wołowinę czy wieprzowinę. Pojawia się paradoks zdrobnień – w jednym zdaniu możemy przejść z uwielbienia do nienawiści, nie zmieniając stylu wypowiedzi. I tak: „ukochana psinka stała obok, gdy jadłam wieprzowinkę”. Słodki widok, gdy „pieseczek prosi o szyneczkę”. Na jednej płaszczyźnie emocji rozwijają się tak naprawdę dwa skrajnie odległe od siebie uczucia: zaangażowania i obojętności, miłości i nienawiści. Adresatem tych uczuć niestety są zwierzęta, skazane na naszą ślepotę i nieustanne zakrzywianie rzeczywistości poprzez ograniczenie naszej percepcji.

Stronniczość emocji kształtowanych przez kulturę powoduje, że dokonujemy selekcji. Decydujemy, kto ma przeżyć, a kto zginąć. Jedne jadą do rzeźni, ponieważ nie potrafimy wyobrazić sobie śniadania bez wędlinki, a szyneczka czy paróweczki należą się nam i naszym dzieciakom (tym psim i kocim również). O zwierzętach hodowlanych nie myślimy w kategoriach miłości, dbałości o nie, nie budzą one naszych ciepłych uczuć. Dlatego bez zdenerwowania i przerażenia jesteśmy w stanie przyjąć do wiadomości, że w prawie polskim i europejskim można zabijać je zgodnie z ustalonymi normami. Ogłuszanie, porażanie, zarzynanie, wygotowywanie, maceracja – to wszystko dzieje się na naszych oczach.

Transparentność procedur zabijania zwierząt hodowlanych, jawność i przepisy prawne, kontrola sanepidu, tak samo jak dokumentacja z rzeźni czy hodowli wielkopołaciowych, dostępne są w sieci. Całe cierpienie i okrucieństwo wobec zwierząt hodowlanych zostaje sprowadzone do bagatelizującego stwierdzenia „taka kolej rzeczy”. Z zadowoleniem powtarzamy „zwierzęta zjadają zwierzęta” i to już pozwala nam tłumaczyć obojętność wobec ich śmierci.

Wybiórczość miłości, jaką obdarzamy zwierzęta, prowadzi do paradoksu. Wobec tych hodowlanych zachowujemy się tak jak wobec wszystkich istot skazanych na zagładę – milczymy. Najczęściej zasłaniamy się prawem, które pozwala na przycinanie dziobów, trzymanie w klatkach, zabijanie. Ze słów „humanitarne zabijanie” uczyniliśmy zasłonę dla naszego sumienia. Potem bierzemy na kolana ukochanego pieska, ubieramy go w strój wróżki i robimy kolejną rolkę na Tik oka. To schizofrenia moralna, w której rozjechały się w różne strony nie tylko słowa, lecz także uczucia. Całkiem naturalne jest odczuwanie emocji względem zwierząt. Miłość należy się psom, kotom, chomikom czy myszkom i jest zrozumiała. Bycie z kimś odsłania jego charakter. Codzienne bycie razem ukazuje nam osobowość tego, z kim mieszkamy.

Dlatego nie dziwi, że czasami wpadamy w skrajną formę miłości i zapychamy media społecznościowe filmikami śpiących kotów, biegających za swoim ogonem piesków, czy seplenimy do przyjaciół i znajomych, że nasza „kochaniusia-niusia” znów sobie tak słodko usiadła, położyła się czy wstała. Mgła mózgowa miłości to dobre uczucie. Wydziela się endorfina, robimy się szczęśliwi. Badania pokazują, że zwierzaki też to czują, dlatego na swój psi i koci sposób gaworzą razem z nami. Problem zaczyna się, kiedy nasza miłość robi się egoistyczna i ślepa.

„Jedne kochamy, inne zjadamy” to nie jest banalne stwierdzenie, tylko fakt. Wybiórczość naszej miłości sprawia, że nie widzimy krzywdy wszystkich tych istot, które zostały zaklasyfikowane jako te, które nie są przeznaczone do kochania. Kulturowo wyznaczyliśmy sobie ramy uczucia i podziały emocjonalne. Znieczulica została wmontowana bardzo głęboko w nasze myślenie, dlatego wobec zwierząt, których nie uznajemy za godne miłości, ze spokojem sumienia zachowujemy się podle. Gdy miłość jest egoistyczna, szkodzi też tym, których kochamy, nie widzimy bowiem w nich osoby, kogoś, a tylko obiekt naszych uczuć. Dlatego możemy realizować wszelkie fantazje łącznie z tatuowaniem kota czy farbowaniem psa.

Miłość jest dobra, piękna i prosta. Problem jednak leży w tym, że pięknej miłości, otwartej na innych, dostrzegającej w innych osoby – miłości, która nie ogranicza i nie piętnuje – trzeba się nauczyć. Nie jest to łatwe zadanie, zważywszy na kulturowe obciążenia. Ale może prawdziwa miłość jest wbrew kulturowym wzorcom?

  • Tekst: Joanna Hańderek
  • Ilustracje: Yana Makukh
  • Tekst ukazał się w numerze 2/2026 Magazynu VEGE