Powiedzenie, że jedyną stałą we wszechświecie jest zmiana, przypisuje się Heraklitowi, myślicielowi, który żył jakieś 2,5 tys. lat temu.
Mogę podejrzewać, że choć filozof pochodził z jednego z najbardziej ruchliwych miast swojej epoki, Efezu, po jednym dniu we współczesnym świecie wymagałby pomocy medycznej, zresztą jak wielu z nas. Zmiany bywają na lepsze, bywają na gorsze. Bywają też po prostu „na inne”.
Pod ich natłokiem możemy się kulić albo łamać, bo nasze mózgi mają te same funkcje co w neolicie. Nie przybyło nam żadne osprzętowanie, a próbujemy przetrwać i nie oszaleć w zupełnie innych warunkach. Przeciętny członek społeczności zbieracko-łowieckich miał według antropologów kontakt z ok. 150 osobami ze swojej grupy. Rozpoznawał ich twarze, mógł na nich do pewnego stopnia liczyć – oczywiście nie z każdą musiał się lubić i szczególnie chętnie wymieniać usługi, ale były one w jego kręgu.

Drogi takich grup krzyżowały się ponoć mniej więcej raz w roku. Jeśli jeździcie do pracy czy szkoły przez centrum np. Warszawy lub innego dużego miasta, to wasze zmysły (i mózgi) zarejestrują ok. 2,5 tys. twarzy. Większości nie spotkacie nigdy więcej. Doliczmy do tego (pozorne) kontakty za pośrednictwem mediów tradycyjnych i – dziś przede wszystkim – społecznościowych, a pojmiemy skalę zmiany w naszym życiu.
Najgorsze, że już nie wiemy, na kogo możemy liczyć. Podpowiadam: raczej nie na cyberznajomych, coraz rzadziej na przypadkowych przechodniów. Ze zdecydowanie większym prawdopodobieństwem na odpowiednik tej dawnej sto pięćdziesiątki. Dziś jest to piątka, może dwudziestka bliskich. Może dajmy im znać, że ich doceniamy?
- Tekst: Maciej Weryński
- Tekst ukazał się w numerze 2/2026 Magazynu VEGE

