…a Jan Lubomirski-Lanckoroński się odkleja.
Jest jednak coś superfajnego w tzw. dzisiejszych czasach. Pomyślcie tylko – jakieś 300 lat temu moi przodkowie Nabiałki za niewystarczająco uprzejme spojrzenie mogliby zostać zupełnie zgodnie z prawem obici przez przodków Jana Lubomirskiego-Lanckorońskiego. A dzisiaj – pyk – mogę się z tego pana ponatrząsać, wytknąć mu okrucieństwo i chyba nic mi nie grozi?
Nie wiem, co czyta się u Lubomirskich-Lanckorońskich w domu, ale mogę założyć, że nie jest to „Chamstwo” Kacpra Pobłockiego, ani nawet dużo popularniejsze „Chłopki” Joanny Kuciel-Frydryszak. No bo gdyby Pan Lubomirski-Lanckoroński przeczytał którąś z tych pozycji, to chyba wstyd byłoby mu biegać po mediach i wygadywać kocopoły, że jakaś kolęda należy do JEGO RODZINY i on się z nami, pospólstwem, łaskawie nią dzieli, prawda?
Prawda???
Wszystkie majętności Lubomirskich-Lanckorońskich, łączcie się!
Dla niewtajemniczonych nakreślmy szybko sytuację: od 17 marca 1921 roku, czyli od ponad 100 lat, w Polsce arystokracji NIE MA. Ta idiotyczna, skupiająca w sobie wszystkie możliwe patologie nierówności instytucja, została słusznie zniesiona przez Konstytucję Marcową i nikt jak do tej pory nie wpadł na (głupi) pomysł, żeby ją przywracać.
Nie szkodzi to jednak niektórym czystej krwi (deklaratywnie; jak jest naprawdę, to nie wiemy; krzyżowanie się ludzi w poprzek klas zachodziło zawsze) potomkom dawnych arystokratów kultywować faktu, że urodzili się w rodzinie, w jakiej się urodzili. Tak po mojemu – żadna ich zasługa, jeśli już, to prędzej przewinienie, ale niech będzie. Do grona tych, nazwijmy ich – kultywantów – zalicza się familia Jana Lubomirskiego-Lanckorońskiego, podobno księcia, ale nie będę stosować tego tytułu – lubię Konstytucję Marcową.
I tacy przedstawiciele różnych familii, jak Pan Jan, chętnie udzielają się w mediach, bo prosty lud jest ponoć złakniony wiedzy, jak spędzają święta, które płatki jedzą na śniadanie i jaki jest ich ulubiony sok. I w tychże mediach Pan Jan opowiadał niedawno, że znana nam wszystkim dobrze kolęda „Bóg się rodzi” to właściwie jego własność prywatna, ale z dobroci serca pozwala nam ją sobie pośpiewać w okolicach świąt. Szczególną uwagę zwrócił Pan Jan na fragment, w którym dzieciątko ma błogosławić „dom nasz i majętność całą, i wszystkie wioski z miastami” – przecież to chodzi o jego dom, jego majętność, jego wioski! Te wioski oczywiście wraz z zawartością. Szybko sprawdzam – Lanckorona leży w województwie małopolskim, ufff, na szczęście ta zawartość to nie moi prapradziadkowie.
Takie to rzeczy sobie nasz kultywant opowiadał portalom plotkarskim, a potem chyba poczuł się nieco dotknięty, że cała Polska się z niego śmieje. Szczególnie dotknął go śmiech profesora Michała Rusinka, który w swoim lekko kpiącym felietonie pisał, że okoliczności napisania przez Karpińskiego tekstu „Bóg się rodzi” były nieco bardziej złożone, a sam autor deklarował, że swoje pieśni religijne tworzy właśnie po to, żeby śpiewał je lud. Ponadto felietonista śmiał wychylić nos poza ramy swoich zainteresowań zawodowych i oprócz ciekawostek historycznych na temat kolędy, w swoim tekście poruszył też kwestię cierpienia gęsi.
Orzeszki ziemne i grosze Lanckorońskie
Poza przypisywaniem sobie prawa własności do kolędy „Bóg się rodzi”, Lubomirski-Lanckoroński dzielił się z mediami także innymi anegdotkami rodzinnymi, np. tą, że on w święta musi jeść foie gras, bo mu teściowa Francuzka każe.
Foie gras to taka potrawa z obtłuszczonych gęsich wątróbek. Żeby uzyskać odpowiednio tłuste wątroby gęsie, torturuje się te zwierzęta, wpychając im rury do gardeł i na siłę przekarmiając. Wiele restauracji, włączając w to sygnowane nazwiskiem Gessler, wycofuje się z serwowania tej potrawy pod wpływem nacisków obrońców zwierząt. Nasz kultywant w swoich wypowiedziach zresztą odniósł się także do nich – że nie dają mu za to foie gras biednemu spokoju.
Jeśli o mnie chodzi, to bardzo się cieszę, że Michał Rusinek wyściubił jednak nos poza poletko swoich zainteresowań i nazwał rzecz po imieniu – bezsensownym okrucieństwem. Tego już było jednak dla kultywanta za dużo – nie dość, że typ podważył prawo do własności kolędy, to jeszcze, choć kultywant oczekiwał „historyczno-literaturoznawczego tekstu, zabarwionego być może lekkim i ciętym dowcipem”, dostał tekst, w którym miłość do foie gras nazwana została po imieniu. Szczyt bezczelności, a przecież jeszcze Rusinek jest z Krakowa, tak jak Lubomirski-Lanckoroński, co powinno stanowić ostateczny argument za zakazem mówienia o etycznych wątpliwościach wobec potrawy z gęsiej wątroby.

Lubomirski-Lanckoroński odpowiedział więc długim listem do redakcji, który pewnie odnajdywał dowcipnym. Troszeczkę się powyzłośliwiał, że przecież Rusinek też udziela się w mediach plotkarskich, a wiedzę na temat familii, to powinien nie z wywiadów czerpać, ale z ich strony internetowej i kanałów w social mediach. Tam znajdzie zbiór obiektywnych informacji – że familia jest WAŻNA DLA KULTURY POLSKIEJ, bo daje hajsy na Polski Komitet Olimpijski i WOŚP.

Osobiście podejrzewam, że wdowie grosze to to nie są i że poziom życia Państwa Lubomirskich-Lanckorońskich szczególnie się od tych darów nie obniża. Jeszcze bardziej osobiście – to ja nie jestem przekonana, czy majątek, którym Państwo dysponują, został wypracowany przez nich siłą mięśni w kopalni albo siłą intelektu w korporacji. Podejrzewam, że go sobie po prostu odziedziczyli, a ich praca ogranicza się do bycia z niego dumnym i uszczknięcia jakichś promili na WOŚP.
Tymczasem gęsi, mimo trendu odchodzenia od serwowania foie gras, dalej cierpią. Choćby przez takich ludzi, jak Lubomirski-Lankoroński, którzy, choć nie lubią tej potrawy, to jednak zjedzą, bo boją się swojej teściowej. Tak na moje, to nie sądzę, żeby teściowa kultywanta była straszniejsza niż to, co robi się gęsiom. Myślę, że ciężko sobie w ogóle wyobrazić coś straszniejszego niż okrutne, fizyczne, zupełnie bezsensowne tortury. No ale co ja tam wiem, ja mam chłopsko-robotnicze korzenie. Panie – niech będzie – książę, dla teściowej i tradycji rzeczywiście warto?
PS. I o co Panu chodzi z tymi „orzeszkami ziemnymi”, które przeciwstawił Pan foie gras? To jakiś insajderski żart, którego jako dziewczyna z ludu i tak nie zrozumiem?
- Tekst: Jolanta Nabiałek

