Naszą rozmówczynią jest Katarzyna Topczewska – prawniczka, właścicielka własnej kancelarii adwokackiej, znana z ogromnego zaangażowania na społecznego. Świadczy pomoc prawną organizacjom zajmującym się pomocą pokrzywdzonym przestępstwem oraz organizacjom, których statutowym celem jest ochrona zwierząt. Aktywnie walczy o prawa kobiet. Jest stałym gościem sejmowych oraz senackich komisji i zespołów w charakterze eksperta, autorka wielu projektów ustaw.
Jaki jest Twój staż pracy na rzecz zwierząt? Ile to mogło być spraw i z kim przez ten czas współpracowałaś?
To zależy, o której pracy na rzecz zwierząt mówimy, bo zwierzętom pomagałam już jako małe dziecko razem z moją mamą, potem jako nastolatka byłam wolontariuszką w schronisku, a tematem prawnej ochrony zwierząt zainteresowałam się na studiach. Pierwsze sprawy sądowe o znęcanie się nad zwierzętami prowadziłam jako aplikantka adwokacka. Zaczynałam ponad 15 lat temu. Nie jestem w stanie zliczyć, ile od tego czasu poprowadziłam takich spraw, na pewno były to setki.
Wszystko zaczęło się od mojej pracy w Ministerstwie Sprawiedliwości. Pracowałam jako doradca wiceministra, brałam udział w tworzeniu przepisów, chodziłam do Sejmu na komisje – co prawda w zakresie prawa karnego i cywilnego, ale stwierdziłam, że jestem w najlepszym miejscu i momencie, aby realnie pomóc zwierzętom właśnie poprzez zmiany prawne. Zaczęłam przedstawiać ministrom i posłom moje pomysły, byłam regularnie zapraszana do parlamentu, gdzie poznałam przedstawicieli organizacji społecznych walczących o lepsze prawo dla zwierząt. Tak zaczęliśmy ze sobą współpracować.

Jak szeroki jest wachlarz spraw, w które byłaś zaangażowana?
W sądach walczyłam m.in. o karpie, konie pracujące na trasie do Morskiego Oka, zwierzęta z nielegalnych hodowli czy cyrków… Trudno mi wskazać, które sprawy są ważniejsze od innych, bo dla mnie każda jest tak samo istotna. Każda dotyczy jakiegoś cierpiącego, czującego zwierzęcia. Każda kosztuje emocje i jest wyjątkowa. Niech za przykład posłuży sprawa niedźwiadka Baloo, bo była pierwszą, kiedy dokonaliśmy interwencyjnego odbioru niedźwiedzia, krokodyla i żółwi z cyrku.
Pamiętam też sprawę hodowli pod Śremem, z której ewakuowaliśmy ok. 300 zwierząt różnych gatunków. To była największa taka interwencja w Polsce i jedna z większych w Europie. Po ośmiu latach od interwencji sprawa w sądzie nadal trwa. Dalej były sprawy 20 zagłodzonych koni odebranych z gospodarstwa w Cholewach – jedna z pierwszych, którą zaczęłam prowadzić jako aplikantka i skończyłam dopiero po 13 latach jako adwokat – czy też pobitego psa Fijo, bo wtedy pierwszy raz w Polsce wydano list gończy za osobą podejrzaną o znęcanie się nad zwierzętami. Wszyscy szukali wtedy sprawcy – w Polsce i za granicą. Wspominam też sprawę kotka Leniego, wieszanego za łapy na kablu, bo w niej zapadł najwyższy wyrok za znęcanie się nad zwierzęciem, które przeżyło – dwa lata bezwzględnego pozbawienia wolności.
Mogę tak wymieniać i wymieniać… Pamiętam wszystkie imiona moich zwierzęcych klientów, których miałam pod swoją opieką przez 15 lat.
Twoja praca to nie tylko rozprawy sądowe. Czym się jeszcze zajmujesz?
Od 12 lat prowadzę własną kancelarię adwokacką i zajmuję się sprawami karnymi i cywilnymi. Prowadzę też szkolenia dla przedstawicieli służb, urzędników, przedstawicieli organizacji społecznych i prawników. Jestem cały czas aktywna w Sejmie, gdzie walczę o ważne dla mnie sprawy.
Jakie emocje dominują w życiu prawnika, który od lat angażuje się w sprawy związane ze zwierzętami? Czy da się cieszyć z sukcesów, wiedząc, że wcześniej doszło do ogromnego cierpienia, a często nawet do śmierci zwierząt?
Prowadzenie tego rodzaju spraw jest bardzo obciążające. Pamiętam, kiedy na aplikacji adwokackiej uczono nas, aby nie angażować się emocjonalnie w sprawy klientów, aby zachowywać chłodny, adwokacki dystans. Tylko że jest to praktycznie niemożliwe, jeśli się kocha zwierzęta. Oczywiście nie mogę tego pokazywać i na sali sądowej muszę być opanowana, ale w środku bardzo to przeżywam. Wielokrotnie płakałam, oglądając filmy, które stanowiły materiał dowodowy.
Największą satysfakcję dają mi dwa momenty. Pierwszy, kiedy słyszę wyrok, że właściciel, który znęcał się nad swoim zwierzęciem, jest winny i zwierzę już do niego nie wraca. Drugi – kiedy widzę zwierzaka, o którego walczyłam w sądzie, w nowym domu. Kiedy jest szczęśliwy, zdrowy, zaopiekowany. Wtedy to są łzy szczęścia.
Jak czujesz się teraz, gdy wydaje się, że zakaz hodowli zwierząt na futra w Polsce jest coraz bliżej?
Byłam przy każdym wnoszonym do Sejmu projekcie, który zakładał zakaz hodowli zwierząt na futro. Przebyliśmy długą i trudną drogę. Środowisko futrzarzy potrafiło się posuwać do najgorszych ruchów, aby tylko utrzymać swój biznes. Przez lata regularnie padaliśmy ofiarami obrzydliwego hejtu w jego mediach, a warto wiedzieć, że ci ludzie mieli swoje portale internetowe i nawet własną telewizję. Mimo to nie przestawaliśmy próbować.

Brałam udział w pracach legislacyjnych nad „piątką dla zwierząt”, która taki zakaz przewidywała. Było bardzo blisko, bo w 2020 r. ustawa została przegłosowana przez Sejm i Senat, ale wtedy lobby futrzarskie znowu zadziałało i na ostatniej prostej dalsze procedowanie ustawy zostało przerwane. Dziś jesteśmy w historycznym momencie, bo ustawa o zakazie hodowli zwierząt na futro wyszła z parlamentu i oczekuje na podpis prezydenta. Mam nadzieję, że zwierzęta nie staną się ofiarami rozgrywek politycznych, a prezydent pokaże, że ma serce dla zwierząt, a także dla ludzi – tych, którzy przez sąsiedztwo ferm futrzarskich nie mogą normalnie żyć. Nie zapominajmy o tym, że fermy to cierpienie i zwierząt, i ludzi, a to wszystko tylko po to, aby garstka przedsiębiorców mogła czerpać z tego zyski.
Zdaniem aktywistów i osób, którym zwierzęta nie są obojętne, na korzystne zmiany w prawie trzeba bardzo długo czekać. Z czego to wynika?
Z wielu czynników. Czasami z powolności zmian społecznych. Czasami jest tak, że my jako społeczeństwo jesteśmy już na zmiany gotowi i się ich głośno domagamy, ale posłowie boją się je wprowadzać, bo jakaś silna grupa interesów czerpie zyski z cierpienia zwierząt albo może się to nie spodobać części elektoratu. Ważne zmiany wymagają odwagi.
Czym jest Kongres Praw Zwierząt?
To inicjatywa posłów i senatorów, aby o prawach zwierząt mówić w izbie wyższej parlamentu, a tym samym nadać im większą rangę. Podczas tego wydarzenia wypowiadają się prawnicy, naukowe autorytety, przedstawiciele służb, urzędów, działacze organizacji społecznych. To świetna inicjatywa ludzi. którzy się zgadzają, że zwierzęta zasługują na prawo, które będzie je najlepiej chronić. Zawsze po kongresie jest mnóstwo wniosków co do kierunków zmian legislacyjnych.
Czy Twojej perspektywy zmiany prawne mają przełożenie na realną sytuację zwierząt?
Tak, tylko muszą być skutecznie egzekwowane. Przykładowo, jeśli zakaz trzymania psów na łańcuchach zostanie podpisany przez prezydenta i wejdzie w życie, to realnie wpłynie na poprawę losu wielu psów, które spędzają całe swoje życie, cierpiąc na krótkim łańcuchu przyczepionym do budy, głównie na wsiach. Zakaz hodowli zwierząt futerkowych uchroni od śmierci 3 mln zwierząt rocznie, bo właśnie tyle zabija się ich w Polsce na futro. Niestety pod tym względem zajmujemy niechlubne pierwsze miejsce w Europie i drugie na świecie – po Chinach.
Na jakie zmiany Twoim zdaniem możemy liczyć w ciągu najbliższych lat? Co jest realne?
W obecnej sytuacji politycznej, kiedy rząd i prezydent są z różnych obozów, a i w koalicji rządzącej jest kilka partii różniących się światopoglądowo, trudno stwierdzić, co jest realne. Priorytetami na pewno są: zakaz trzymania psów na łańcuchach, zakaz hodowli zwierząt na futra, zakaz działania pseudohodowli, wprowadzenie obowiązkowego chipowania zwierząt i większa kontrola nad schroniskami. Mnie się jeszcze marzy zakaz uboju rytualnego, bo zabijanie zwierząt bez ogłuszania w XXI w. to czyste barbarzyństwo. Niestety, jeśli chodzi o liczbę zabijanych w ten sposób i wysyłanych na eksport zwierząt w Europie, także jesteśmy w czołówce. Widzę, że posłowie nie chcą w ogóle ruszać tego tematu.
Rozmawiamy w okresie świąteczno-noworocznym, więc zapytam Cię najpierw o życzenia. Jak chciałabyś, aby wyglądała sytuacja zwierząt w Polsce?
Chciałabym, żebyśmy jako kraj przestali przodować w takim niehumanitarnym traktowaniu zwierząt jak hodowla i zabijanie zwierząt na futro czy zarzynanie zwierząt bez ogłuszenia i żebyśmy mogli pochwalić się tym, że mamy jedno z lepszych prawodawstw w Europie, które chroni zwierzęta. Żeby sytuacja zwierząt w Polsce była dobra, muszą się połączyć zmiany prawne, sprawne działanie służb takich jak Policja, Straż Miejska i Inspekcja Weterynaryjna oraz zmiany społeczne. Również nasze społeczeństwo musi odrobić lekcję, aby traktować zwierzęta jak członków rodziny.
Po życzeniach przychodzi czas noworocznych postanowień. Jakie są Twoje plany zawodowe?
Dalej będę prowadzić moje sprawy, chociaż akurat w przypadku tych o znęcanie się nad zwierzętami życzyłabym sobie jak najmniej pracy. Niestety z roku na rok jest jej coraz więcej. Od stycznia ruszam z nowym programem szkoleń dla urzędów gmin, bo postępowania administracyjne o czasowe odebranie zwierząt są bardzo specyficzne. Trwają latami, a błędów popełnianych przez urzędników jest mnóstwo, przez co decyzje można łatwo podważyć.

Myślę też o napisaniu kolejnego praktycznego informatora z ustawy o ochronie zwierząt. Pierwsza edycja wydana przez Ministerstwo Sprawiedliwości była dużym sukcesem i wiem, że pomogła wielu organizacjom społecznym podczas interwencji i potem w prowadzonych przez nich sprawach.
Czy widzisz wśród młodych prawników swoich następców? Jest wśród nich zainteresowanie dziedziną, którą się zajmujesz?
Zdecydowanie. Kiedy ja studiowałam, w ogóle nie było na studiach prawniczych tematu prawnej ochrony zwierząt. Nie było tylu opracowań naukowych, orzecznictwo było bardzo skąpe. Pierwsze sprawy musiałam prowadzić na wyczucie, metodą prób i błędów, bo ustawa o ochronie zwierząt nie jest doskonała. Wszystko trzeba było wypracować, dojść do precedensowych wyroków. Teraz młodzi ludzie mają do wykorzystania bogaty dorobek, na uczelniach powstają koła związane z tą dziedziną, są już nawet kierunkowe studia podyplomowe i ja sama prowadzę często wykłady dla studentów. Nic tylko korzystać, co bardzo młodym ludziom polecam!
Co pozwala Ci działać od tylu lat i być coraz skuteczniejszą?
Pewnie mój charakter, bo zawsze wychodziłam z założenia, że jak się czegoś chce, to się to zrobi. Motywacja, żeby działać dla innych. Paradoksalnie pomaga mi też empatia, która zgodnie z tym, czego mnie uczono na aplikacji, powinna przeszkadzać w wykonywaniu zawodu. Wydaje mi się jednak, że miłość do ludzi i zwierząt i silne zaangażowanie w sprawy pomagają.
- Rozmowa: Aś Wlazło
- Zdjęcia: Magdalena Matulka-Szewczyk
- Tekst ukazał się w numerze 12/2025-1/2026 Magazynu VEGE

