Naszą gwiazdą okładki listopadowej 2025 jest Bartosz Kamiński: ultramaratończyk, taternik, człowiek od zadań ciężkich i fan wszelkiej aktywności. Założyciel grupy na Facebooku „Sportowcy na roślinach”.
Jak zaczęła się Twoja przygoda z biegami ultra?
Moja droga do długich dystansów rozpoczęła się po kilkunastu maratonach. Nastał taki moment, gdy biegi na dystansie maratonu nie sprawiały mi frajdy, nie czułem już adrenaliny, natomiast pociągało mnie to, co nieznane i trudniejsze. Chodziło o przekroczenie własnych granic i początek czegoś ekstremalnego. Początkowo dystans 20 km wydawał się niemożliwy i nadludzki…
Jak wygląda Twój typowy tydzień treningowy?
Treningi to moja miłość i nieodłączna część życia. Robię je codziennie. Życie amatora nie jest jednak takie proste. Czasem trzeba znaleźć balans pomiędzy życiem zawodowym, rodziną i domowymi obowiązkami. Bywa, że wstaję przed świtem, a czasem wychodzę pobiegać w nocy – wszystko zależy od tego, na którą godzinę idę do pracy, ile trzeba zrobić w domu i na jak długo wybierzemy się na spacer. Ale nie odpuszczam!
Codziennie zakładam buty biegowe lub biorę torbę na siłownię i wychodzę. Czasem mam 45 min i robię intensywny trening siłowy, a czasem pakuję plecak i przebiegam maraton, który obecnie jest dla mnie dystansem treningowym.
Czyli niczym Forrest Gump, tytułowy bohater książki Winstona Grooma, po prostu wychodzisz z domu i przebiegasz długość maratonu, ot tak, od niechcenia?
Haha! Czasem się zdarza! (śmiech)
No dobrze, a co z kryzysami? Nie wierzę, że Ci się nie przytrafiają.
Kryzysy w ultramaratonie to normalna sprawa, a ja jestem zwykłym facetem. Można odpuścić i zejść z trasy albo walczyć dalej. Biegi długodystansowe to walka z najtwardszym przeciwnikiem – z samym sobą. Oczywiście, że po kilkunastu godzinach biegu pojawiają się sabotujące myśli, np. „W sumie trochę boli mnie noga, więc może odpuszczę. Zrobiłem już przecież ponad 100 km” albo „Co za okropna pogoda, pada i pada. Jestem cały mokry, chyba czas zejść z trasy…”. Najczęściej biegacze mówią, że w dokończeniu maratonu nie pozwoliła głowa, że coś tam pękło i trzeba było zejść. Ale wiesz co? Sądzę, że jestem odporny na takie myśli.
Nigdy nie przerwałeś biegu?
W mojej 11-letniej karierze biegów ultra jeden jedyny raz. Zszedłem z trasy na 75. km (bieg miał ponad 100). Musiałem odpuścić, ponieważ pękł mi but i plastik z tyłu ocierał o nogę. Niby głupota, ale po prostu było bardzo ciężko biec z zakrwawioną stopą. To generalnie był trudny czas, bo parę dni wcześniej zmarła moja mama. Mimo że nie dotarłem do mety, sam bieg pomógł mi przejść proces doświadczenia bólu i straty.
A kiedy w tym wszystkim pojawiła się dieta roślinna?
Do 2015 r. nie wiedziałem, czym jest wegetarianizm i o co w nim chodzi. O weganizmie nawet nie wspomnę. Nie było żadnej wielkiej chwili czy decyzji o zmianie. Nikt mnie nie namówił, nikt nie zabrał do rzeźni. Po prostu pewnego razu, stojąc w sklepowej kolejce do kasy z kiełbasą w ręku, postanowiłem odłożyć ją z powrotem na półkę. To było spontaniczne – jakiś wewnętrzny głos etyczny. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że weganizm tak bardzo wpłynie na moje życie.
Co jesz przed startem i jak wygląda Twoja dieta po treningach i maratonach?
Przed startem na dystansie powyżej 100 km po prostu jem więcej i przyjmuję zdecydowanie więcej węglowodanów, np. pizzę, makaron czy ziemniaki. Oczywiście podczas całego mojego sportowego życia staram się trzymać w ryzach i pamiętać o większym zapotrzebowaniu na białko. Strączki robią megarobotę! Ciecierzyca to moja bohaterka. Mogę ją jeść bez przerwy. Po tylu latach życia na roślinach nie brakuje mi niczego.

Jeśli mam być zupełnie szczery, naszym domowym kucharzem jest moja żona, ja zdecydowanie lepiej odnajduję się w domowych porządkach. Jem bardzo dużo, do tej pory pracowałem jako spawacz w godzinach nadliczbowych, co w połączeniu z treningami dawało zapotrzebowanie rzędu 4–5 tys. kcal dziennie. Przepis na dobry bilans energetyczny i moje samopoczucie to fasola i ciecierzyca w nielimitowanych ilościach.
Weganizm nie jest żadną przeszkodą w osiąganiu świetnych wyników.
Jak reagują inni sportowcy i nowo poznane osoby gdy słyszą, że jesteś weganinem?
Niektórym wydaje się irracjonalne to, że nie jem mięsa. Stereotypowo uważają, że mężczyzna, który pracuje fizycznie, ktoś, kto uprawia sport ekstremalny (biegi długodystansowe, wspinaczka górska) albo wyróżnia się rzeźbą sylwetki, nie może być weganinem. Wydaje się im, że podstawą mojej diety musi być białko zwierzęce. Dopiero po jakimś czasie, przeglądając mój profil na Facebooku, zadają pytania o jadłospis i często towarzyszy temu niedowierzanie. Dzięki temu przekonałem już kilka osób do zaprzestania bądź ograniczenia jedzenia zwierząt.
Pewnie też znacie to uczucie, gdy jesteście częstowani kabanosem i odmawiacie. Zwyczajnie nie tłumaczę swojej idei, staram się być po prostu przykładem. Rozmowy o etyce przychodzą z czasem.

Nie czujesz się w tym samotny?
Nie! Polsce mamy wielu wegańskich sportowców. Jestem w kontakcie z przedstawicielami z najróżniejszych dyscyplin od hokeja po tajski boks. Od byłego olimpijczyka po przesympatyczną dziewczynę, która została Mistrzynią Europy Masters w kategorii wiekowej 60+.
Chciałbym, aby takich osób było dużo więcej. Niekoniecznie olimpijczyków, tylko ludzi, którzy udowadniają, że można uprawiać sport na samych roślinach.
Apel do przedsiębiorców: jeśli prowadzisz działalność związaną z roślinnym biznesem, postaraj się wesprzeć wegańskich sportowców w zamian za reklamę. Potrzebujemy dobrych przykładów i rozgłosu.
Dla Ciebie weganizm to przede wszystkim wybór etyczny czy jednak żywieniowy?
Oczywiście, że etyczny! Dzięki temu moje postanowienie jest trwałe. Znam ludzi, którzy wybrali weganizm ze względów zdrowotnych czy ekologicznych i też dobrze im idzie, ale w moim przekonaniu jest to jedyna droga, która pozwala ochronić wiele żyć.
Będąc na diecie roślinnej i pokonując tak długie dystanse, stałeś się rzecznikiem weganizmu. Podobnie jak kulturysta Adam Kuncicki przekonujesz, że sport wytrzymałościowy lub siłowy i weganizm się nie wykluczają. Wręcz przeciwnie, mogą się idealnie dopełniać.
To prawda. Uprawianie sportu z biegiem czasu stało się dla mnie formą aktywizmu. Zaczęło się to dość prosto, gdy wrzuciłem zdjęcie z siłowni z jakimś roślinnym żarciem. Tak poszło dalej, pojawiły się pierwsze znajomości i pytania o mityczne białko czy sposób na kolki w czasie biegu. Później założyłem grupę „Sportowcy na roślinach”, zostałem zaproszony na panel dyskusyjny o weganizmie w sporcie w ramach Ogólnopolskiego Tygodnia Wege w Gdańsku – i poszło! Z czasem zaczęli dołączać do mnie kolejni amatorzy biegów zainteresowani dietą roślinną. Dzięki temu poznałem wielu wartościowych ludzi o otwartych sercach i głowach.

Będąc osobą aktywną zarówno w sporcie, jak i w życiu prywatnym i zawodowym, która popiera ruch wyzwolenia zwierząt i trzy razy dziennie, czyli przy każdym posiłku, dokonuje wyborów etycznych, uważam się za aktywistę pełną parą. Wierzę, że każdy cel osiągam małymi krokami – pracą i dyscypliną, a nie talentem. Tak było z pierwszym maratonem, pierwszym biegiem na dystansie 100 km i wyżej. Myślę, że podobnie jest z aktywizmem na rzecz zwierząt. Dopiero zacząłem rozwijać skrzydła i wiele pracy jeszcze przede mną. Jednocześnie też nie przeceniam swojej roli, nie sądzę, abym był wielkim inspiratorem czy influencerem. Uprawiam wymagającą dyscyplinę sportu, ale nie prowadzę instagramowego życia i nie udowadniam na siłę, że jestem kozak. Jestem zwykłym facetem – pracuję, dbam o rodzinę, nawiązuję przyjaźnie, a potem idę pobiegać.
A gdybyś nie biegał, w jaki sposób realizowałbyś potrzebę przekraczania granic?
Kocham stan zmęczenia, a nawet ból towarzyszący wysiłkowi. Wiesz, o czym mówię? Chodzi o tę chwilę bólu mięśni czy ucisku w żebrach, które zdarzają się podczas wzmożonego wysiłku. Wielokrotnie przesuwam granicę tego, co jest możliwe. Moim pierwszym pokonaniem „niemożliwego” było zrzucenie 35 kg, później przebiegnięcie 10 km, 20, 50 itd.
Dwa tygodnie temu zorganizowałem sobie bieg indywidualny na dystansie 120 km, a kolejnego poranka czułem, że mogę zrobić dużo więcej. To stałe przesuwanie granic i poczucie adrenaliny daje dodatkowy smak w życiu. Powracając do tematu, myślę, że mógłbym też wybrać wspinaczkę górską. Dlaczego nie kulturystykę? Nie lubię spędzać czasu w zamkniętych pomieszczeniach.
Jak się zmotywować? Istnieje taki termin jak sportkrastynacja. Wiele osób ma problem aby ćwiczyć regularnie, a czasem w ogóle żeby zacząć.
Mam taki zeszyt, w którym od grudnia 2014 r. codziennie zapisuję swoje aktywności. Jedna kartka to 28–31 dni – zapisuję tam liczbę przebiegniętych kilometrów, spacerów i godziny na siłowni. Uzupełniam to też krótkimi informacjami na temat samopoczucia czy godzin spędzonych w pracy. Zwykle wygląda to tak: „20 + 3 km + 0,5 godz., rozciąganie” lub „10 + 5 km + siłownia 1,20 godz., rozciąganie” itp. Dzięki temu dokładnie wiem, ile przebiegłem kilometrów miesięcznie, a ile rocznie. Oczywiście wszystkie dane teoretycznie zapisują mi się w moim sportowym zegarku. Jednak jestem zupełnie analogowy i bardziej ufam liczbom zapisanym w dzienniku.

Uprawianie sportu to taki ogromny worek, w który możemy wrzucić praktycznie wszystko. W lesie bardzo często mijam starszą panią, która codziennie rano spaceruje szybkim tempem. Czy jest słońce, czy deszcz, mijamy się i mówimy sobie „dzień dobry”. Oczywiście, że ta pani jest aktywna fizycznie i uprawia pewną formę sportu, nawet jeśli nie będziemy tego postrzegać w ten sposób. Mój kolega kilka razy w miesiącu umawia się na piłkę, gra z kumplami i tak spędza trzy, cztery wieczory w miesiącu. To też jest sport i to taki, który buduje relacje. Mamy tak ogromne możliwości, że każdy coś dla siebie znajdzie.
A jakie są korzyści z regularnego uprawiania sportu?
Sport zmienia wszystko. Oczywiście ciało, ale przede wszystkim psychikę – głowa lepiej funkcjonuje. Chyba nie muszę przekonywać, jak ważna jest myśl, że robisz coś dla siebie? Jest bardzo wąska grupa osób, które uprawiają sport wyczynowo i dla których jest on totalną pasją. To droga, która nie wiedzie przez głupoty i nałogi. Czy bieg na dystansie 100–200 km jest normalny? Pewnie nie, nawet na 100 proc. nie. Czy mi za to płacą? Oczywiście że nie, nawet sporo dokładam. Dołożyłbym jeszcze więcej, by znów zobaczyć wschód słońca w lesie po całej nocy biegania i szukania właściwej trasy. Chyba o to w tym chodzi. Sport buduje siłę charakteru i uwrażliwia na to, co ważne.
Jakie masz marzenia sportowe i osobiste na najbliższe lata?
Mam najwspanialszą córkę, żonę i dom, do którego chcę wracać. W połączeniu z podróżami małymi i dużymi nie potrzeba mi tak wiele – odnalazłem już swoje szczęście.
Warto odwiedzić:
Sportowcy na roślinach – strona na Facebooku
Sportowcy na roślinach – dieta trening motywacja osiągnięcia – grupa na Facebooku
- Rozmawiała: Kamila Gulbicka
- Zdjęcia: Kornelia Głowacka-Wolf
- Tekst ukazał się w numerze 11/2025 Magazynu VEGE

