Pierwszy miesiąc prenumeraty cyfrowej za 5 złzamawiam

Logowanie

Ciało, które wystarczy

sierpień 25 2025

Choć takie określenia jak ciałopozytywność, ciałożyczliwość czy ciałoneutralność brzmią do siebie podobnie, każde niesie ze sobą inne przesłanie… i emocje.

Mamy je wszyscy, jednak dla części z nas potrafi być ono źródłem napięcia, wstydu i codziennego poczucia winy. Ciało, które „trzeba” zmienić, zmniejszyć, zaokrąglić, schować. Jednocześnie staje się wówczas polem bitwy między emocjami a jedzeniem.

Ciałopozytywność

Ciałopozytywność (z ang. body positivity) miała początki jako ruch społeczny w latach 60. XX w. Pierwotnie był to bunt przeciwko wykluczeniu osób z większymi ciałami, walka z dyskryminacją i krzywdzącymi stereotypami, domaganie się równego traktowania.

Ciałopozytywność była wtedy próbą odzyskania godności i podmiotowości. Z czasem ten społeczny manifest trafił do mainstreamu. Dziś hasła w stylu „pokochaj siebie”, „wszystkie ciała są piękne” znajdziemy nie tylko na profilach społecznościowych aktywistek, lecz także w kampaniach marek kosmetycznych i odzieżowych. Choć za takimi działaniami mogą stać dobre intencje, często potem jako psycholog słyszę, że to nie pomaga. Wręcz przeciwnie: potrafi frustrować i zniechęcać.

Obecna w mediach społecznościowych ciałopozytywność stawia poprzeczkę za wysoko dla niektórych: pokochaj swoje ciało niezależnie od tego, jak wygląda. Ale co mają zrobić osoby, które dzisiaj go nienawidzą i czują się z nim źle? Jeśli nie są w stanie go pokochać – teraz, z całym jego lękiem, bólem i cierpieniem? Dla takich osób przesłania o codziennej miłości wobec samych siebie mogą nie brzmieć zachęcająco i wspierająco, tylko wzmacniać przekaz o byciu niewystarczającym.

Ten mechanizm bywa mocno widoczny w kontekście zaburzeń odżywiania i jedzenia emocjonalnego. Dla osób zmagających się z zaburzonym obrazem własnej sylwetki ciałopozytywność wydaje się czymś niedostępnym, niemożliwym do osiągnięcia. Trudno im mówić o miłości do ciała, kiedy przez lata było ono nieustającym źródłem wstydu i poddawano je kontroli. Gdy jedzenie miało być sposobem na poradzenie sobie z trudnymi emocjami, a każda zmiana w sylwetce wiązała się z karą, trudno jest przyjąć postawę bezwarunkowej akceptacji swojego ciała.

Również wśród nastolatków widać, jak bardzo ciało być źródłem codziennego napięcia. W wieku dojrzewania łatwo o porównywanie się do innych, brak samoakceptacji i kompleksy. Wszystko to w atmosferze zmieniającego się ciała i szukania siebie. Z jednej strony nastolatki widzą w mediach społecznościowych idealne sylwetki, za którymi często stoją filtry zdjęć, odpowiednie oświetlenie czy pozy. Z drugiej pojawia się ciałopozytywność i komunikat „pokochaj siebie takiego, jakim jesteś”. Taki kontrast trudno udźwignąć. Hasła ciałopozytywności mogą trafić w próżnię, jeśli nie będzie im towarzyszyć rzeczywiste odejście od kultury wyglądu. To wszystko nie oznacza, że ciałopozytywność jest niewłaściwa. Wręcz przeciwnie, ten ruch był w stanie pomóc wielu osobom i zapoczątkować zmiany, które obserwujemy do dzisiaj. Nie jest to jednak uniwersalne rozwiązanie, nie każdy bowiem odnajduje się w codziennej miłości do własnego ciała. I to też jest w porządku.

Ciałopozytywność nie powinna wykluczać troski o zdrowie. Pamiętajmy, że w niektórych sytuacjach masa ciała – zarówno zbyt wysoka, jak i zbyt niska – może realnie zagrażać zdrowiu lub życiu. Przykładem jest skrajne niedożywienie prowadzące do wyniszczenia organizmu i otyłość olbrzymia, która zwiększa ryzyko chorób serca, cukrzycy typu 2 i problemów z oddychaniem. Ciałopozytywność jako podejście oparte na dbaniu o siebie i o swoje zdrowie nie zaprzecza tym zagrożeniom.

Ciałoneutralność

W przeciwieństwie do poprzedniego podejścia ciałoneutralność (z ang. body neutrality) koncentruje się na tym, co ciało umożliwia, nie na tym, jak wygląda. Zamiast nastawienia „pokochaj swoje ciało” proponuje hasło „nie musisz go kochać, możesz je po prostu traktować z szacunkiem”. Ciałoneutralność nie wymaga codziennej afirmacji samego siebie przed lustrem, tylko zachęca do tego, by sylwetka przestała być w centrum uwagi. Ta natomiast przenosi się z wyglądu na funkcje ciała. Nie jest ono tylko wizytówką czy dekoracją, ale czymś, co pozwala nam żyć. Dzięki niemu możemy chodzić na spacery, tańczyć, odpoczywać, pracować. Takie podejście daje ulgę wielu osobom, które przez lata żyły w poczuciu, że powinny czuć pozytywne emocje wobec swojego ciała. W psychodietetyce ciałoneutralność może szczególnie pomóc osobom mającym trudności z zaakceptowaniem swojego wyglądu, zwłaszcza gdy doświadczyliśmy restrykcyjnych diet, zaburzeń odżywiania, samokrytyki lub samookaleczenia, ale także wtedy, gdy ciało zmieniło się w związku z porodem, operacją, chorobą przewlekłą czy terapią hormonalną.

Ciałoneutralność nie wymaga celebracji, poczucia dumy ani lubienia tych zmian. Tworzy przestrzeń na szacunek wobec ciała takiego, jakie jest dziś. To także łagodna odpowiedź na pytanie: „jak mam pokochać coś, czego przez lata nienawidziłem?”. Nie musisz go kochać. Możesz uznać, że twoje ciało jest wystarczające. Takie myślenie może przynieść długo wyczekiwane spokój i łagodność, których wcześniej brakowało.

Ciałożyczliwość

Kolejnym podejściem, które nie wymaga od nas rewolucji w myśleniu, jest ciałożyczliwość. Nie musimy kochać swojego ciała, nie musimy go nawet w pełni akceptować. Możemy być dla niego po prostu życzliwi. W porównaniu z ciałopozytywnością to o wiele bardziej dostępna alternatywa dla osób zmęczonych nakazami, ocenami i emocjonalnymi „rollercoasterami” związanymi ze swoim wyglądem.

Bycie ciałożyczliwym to traktowanie swojego ciała z troską. Podejście to oznacza nasze codzienne wybory, które wynikają z opieki, a nie kontroli. To założenie wygodnego ubrania, które nie będzie uciskać brzucha. Pozwolenie sobie na odpoczynek, nawet jeśli nie udało się nam zrobić wszystkich rzeczy z listy. Zjedzenie czegoś dobrego, bo czujemy głód, a nie „musimy zasłużyć”. To dialog wewnętrzny z własnym ciałem bez poniżania go i wymagania więcej, niż może nam dać. W tym podejściu nie chodzi o to, żeby uważać swoje ciało za idealne czy nawet piękne, tylko przestać siebie ranić. Jest to często moment przełomowy, który łączy się z konfrontacją i chęcią zmian dotychczasowych przyzwyczajeń dotyczących ciała. Zamiast pytania „Co zjeść, żeby nie wyglądać grubo?” pojawia się „Czego naprawdę teraz potrzebuję?”.

Ciałożyczliwość tworzy przestrzeń na jedzenie bez lęku. Aktywność fizyczną i poruszanie się z radością, nie z przymusu. Wypoczynek bez poczucia winy. Relację z ciałem, która nie opiera się już na walce, tylko na trosce i próbie zrozumienia jego potrzeb.

Pozytywne podejście do ciała obejmuje też inne jego aspekty niż kilogramy. Życzliwość i akceptacja mogą dotyczyć np. blizn, przebarwień skóry, zmarszczek, czy rozstępów. Ciałożyczliwość to także akceptacja naturalnych zmian, takich jak siwienie, utrata jędrności skóry, cienie pod oczami po nieprzespanej nocy czy opuchnięte stopy po długim dniu. To również delikatność wobec trądziku, cellulitu, potliwości czy rumieńców, które mogą pojawiać się niezależnie od nas. Zamiast skupiać się wyłącznie na wyglądzie, zauważamy, że ciało stale się zmienia, komunikuje nasze potrzeby i zasługuje na troskę, a nie krytykę.

Emocje, jedzenie i relacja z ciałem

Relacja z ciałem nigdy nie ogranicza się do cielesności. Składają się na nią nasze emocje, przekonania, wspomnienia i doświadczenia. Ciało dla niektórych może być problemem: za grube, za chude, za mało jędrne, dalekie od tego, co widać w mediach społecznościowych. Wtedy może pojawić się potrzeba (albo nawet obsesja) odzyskania nad nim kontroli. Niektórzy próbują ją sprawować za pomocą restrykcyjnych diet.

Inni sięgają po coś zupełnie odwrotnego – poczucie ulgi. Jedzenie jest dla nich sposobem na regulację trudnych emocji, umożliwia chwilową ucieczkę od nagromadzonego napięcia. Mechanizm ten nie jest przypadkowy, bo jedzenie naprawdę może przynieść chwilowe ukojenie.

Problem pojawia się jednak, gdy emocjonalne jedzenie jest jedyną strategią radzenia sobie z codziennymi trudnościami.

Psycholog zauważa w takich sytuacjach błędne koło: krytyka samego siebie wyzwala stres, który jest podłożem emocjonalnego jedzenia; jedzenie pod wpływem emocji wiąże się z późniejszym poczuciem winy, które jeszcze bardziej może wzmocnić niechęć i krytykę swojego ciała.

I tak w kółko, ciało nieustannie zawodzi i trzeba je „naprawić”, żeby przypadkiem nie zjeść „za dużo”. Tym, co może przerwać ten cykl, jest praca nad relacją z ciałem. Nie chodzi o to, by nagle przestać jeść pod wpływem emocji, bo nie stanie się to z dnia na dzień. To proces w którym zaczynamy dostrzegać, co tak naprawdę stoi za potrzebą jedzenia. Napięcie? Zmęczenie? Niespełniona potrzeba ciepła, bliskości?

Ciałożyczliwość i związana z nią chwila uważności mogą być pomocne w zauważeniu, co się ze nami dzieje, jak się czujemy i dlaczego „zajadamy” emocje. Oczywiście nie jesteśmy w stanie kontrolować każdej z nich, ale możemy uczyć się budowania długofalowych nawyków opartych na słuchaniu i rozumieniu swojego ciała.

Język o ciele

To, jak mówimy o swoim ciele, ma wpływ nie tylko na nasze samopoczucie, lecz także na decyzje, które codziennie podejmujemy. Czasem wypowiadamy się tak na swój temat z przyzwyczajenia. „Wyglądam okropnie”, „Znowu widać ten brzuch”, „Nigdy już nie założę stroju kąpielowego” – takie zdania nie są neutralne. Zostają z nami, a nasze ciało je zapamięta. Później potrafią wpłynąć na nasz nastrój, poczucie własnej wartości, relację z jedzeniem i samym sobą. Źródło takiego języka często leży głębiej niż tylko w mediach społecznościowych.

Nierzadko jest to echo zdań, które słyszeliśmy w dzieciństwie od rodziców, nauczycieli i innych dorosłych. „Nie jedz tyle, bo nikt Cię nie będzie chciał”, „Taka ładna dziewczyna, ale jakby jeszcze schudła”, „Chłopak z takim brzuszkiem nie wygląda dobrze”. Podobne przekazy mogą ukształtować nasz przyszły system przekonań związanych z ciałem, który potem latami pełni funkcję surowego krytyka w naszej głowie.

Bardzo ważnym krokiem jest uświadomienie sobie, jak brzmi nasz wewnętrzny język dotyczący ciała. Czy potrafimy o nim mówić życzliwie i je szanować? Czy może w tym słowniku dominuje krytyka i wzbudzanie poczucia winy? Zmiana języka nie musi być rewolucją. Można stopniowo wprowadzać na co dzień więcej łagodności w stosunku do swojego ciała i sposobu, w jaki o nim mówimy. Myśli „Jestem beznadziejna, znowu się objadłam” czy „Nie zrobiłam dzisiaj treningu, tylko się obijam” możemy zamienić na „Miałam dzisiaj ciężki dzień, a jedzenie przyniosło mi chwilę ulgi” albo „Moje ciało jest zmęczone i nie mam siły. Może spróbuję pójść na spacer albo chwilę się rozciągać”.

Pułapki myślenia o ciele

Choć ciało jest bytem realnym, to nasza relacja z nim ma miejsce przede wszystkim w myślach i wewnętrznym dialogu z samym sobą. Dotyczy to naszych interpretacji komentarzy tego, jak wyglądamy i języka, jakim się posługujemy, gdy mówimy o naszej sylwetce. Niektóre z tych myśli mogą być zniekształceniami poznawczymi, czyli irracjonalnymi myślami, które mogą mieć wpływ na naszą samoocenę i decyzje żywieniowe. Jednym ze zniekształceń może być myślenie czarno-białe: „Wyglądam dobrze, albo jestem do niczego”. Powtarzając to, nie dajemy sobie przestrzeni na bycie wystarczającym. W takim scenariuszu albo spełniamy wygórowane oczekiwania wobec siebie, albo zawodzimy i czujemy w związku z tym poczucie winy.

Kolejnym przykładem jest katastrofizacja: „Jeśli przytyję 2 kg, nikt nie będzie mnie szanował” albo „Jak pokażę się w kostiumie, wszyscy będą się ze mnie śmiać”. Takie czarne scenariusze w naszej głowie są niezwykle demotywujące, nie mają oparcia w rzeczywistości i potrafią wzbudzać w nas silny lęk. Pułapką w myśleniu jest też nadmierna generalizacja, czyli wyciąganie ogólnych wniosków na podstawie jednego zdarzenia: „Nie mieszczę się w te jeansy, moje ciało jest obrzydliwe”, „miałam nie jeść tego batona, nigdy nie potrafię się powstrzymać”.

Pierwszym krokiem do zmiany przyzwyczajeń jest rozpoznanie myśli, które zniekształcają naszą rzeczywistość i są źródłem cierpienia. Jak sobie z nimi poradzić? Zatrzymajmy się, gdy w głowie pojawi się taka myśl. Sprawdźmy, czy to fakt czy tylko jego interpretacja. Jeśli możemy, zmieńmy tę myśl na bardziej wspierającą, np. „Czasem sięgam po coś impulsywnie. Mogę się tego oduczyć, nie muszę być idealna”.

Z perspektywy psychologa i psychodietetyka widzę, że budowanie długotrwałych nawyków i zmian zaczyna się od łagodności, nie od przymusu. Od zauważenia, że zasługujemy na troskę, nie wieczną samokrytykę. Zwłaszcza w czasie kryzysu, trudności, zwątpienia w siebie. Nie musimy kochać swojego ciała. Nie musimy go codziennie podziwiać i za każdym razem stawać przed lustrem z uśmiechem. Wystarczy, że przestaniemy je nienawidzić, surowo oceniać i zaczniemy traktować z szacunkiem.