W 2024 roku głodu doświadczało 638–720 mln ludzi na świecie – szacują autorzy raportu ONZ „The State of Food Security and Nutrition in the World”. Niby trochę mniej niż rok i dwa lata wcześniej, ale nadal ponad 8 proc. ludności. I wciąż więcej niż przed pandemią, która zaburzyła tzw. łańcuch dostaw na świecie, przez co zmniejszyła się dostępność i wzrosły ceny żywności.
Sytuacja poprawiła się w krajach Azji Południowej, Ameryki Łacińskiej i na Karaibach, pogarsza się za to w Afryce i Azji Zachodniej. Na kontynencie, który jest kolebką ludzkości, głodu doświadcza jedna na pięć osób, a dwóch trzecich populacji nie stać na zdrową dietę.
Na Bliskim Wschodzie głód dotyka jedną na siedem osób. Trzy sprawy.
Pierwsza: nie jest zbudowana na mocnych podstawach cywilizacja, w której to, czy ludzie są w stanie się wyżywić, zależy od globalnego obiegu towarów. Jasne, nikt nie będzie uprawiał zbóż na Grenlandii, ale jej akurat nie ma na liście najbardziej zagrożonych regionów.

Druga: Polska należy do państw, w których – oczywiście – ludzie bywają biedni, nie wszyscy mogą sobie pozwolić na takie jedzenie, jakiego by chcieli, ale prawdziwego problemu głodu nie ma. Jesteśmy pośród uprzywilejowanych. Wiem, że wielu tak nie uważa, bo porównują się do bogatszych, a nie do biedniejszych. A jednocześnie moi współobywatele dołączyli do grupy tych, którzy twierdzą, że naszego dobrobytu musimy strzec przed „inwazją obcych”, i są gotowi ich bić na ulicach i granicach.
Trzecia, najbliższa ideom „VEGE”: marnujemy żywność, którą się produkuje, nie traktując jej jak żywność, tylko jak paszę, przy okazji rok w rok podnosząc liczbę zwierząt przeznaczonych do zjedzenia przez ludzi.
Zmniejszenie produkcji zwierzęcej mogłoby zwiększyć globalną ilość dostępnych kalorii nawet o 70 proc. i wyżywić jeszcze 4 mld ludzi. Tyle że nikt się na to nie zdecyduje, żeby się nie narazić tej bogatszej części ludzkości. Możemy to jak na razie robić tylko indywidualnie. Zachęcam.
- Tekst: Maciej Weryński
- Tekst ukazał się w numerze 9/2025 Magazynu VEGE

