Pierwszy miesiąc prenumeraty cyfrowej za 5 złzamawiam

Logowanie

Masę mamy. Czas na rzeźbę

styczeń 25 2024

Naszym rozmówcą jest Darek Gzyra: filozof, publicysta, działacz społeczny. Autor książki „Dziękuję za świńskie oczy”, wykładowca akademicki.

Walczysz o uznanie praw zwierząt już od ponad 25 lat zarówno w domowym zaciszu, jak i na marszach. Domyślam się, że ta druga forma wywołuje wiele silnych emocji, wymaga też wielkiego nakładu energii. Jak radzisz sobie z emocjami po marszach?

To dobre pytanie, którego nikt mi jeszcze nie zadał. Cieszę się, że będę mógł na nie odpowiedzieć. Jeśli jestem uczestnikiem, marsz nie kosztuje mnie zbyt wiele energii, ale wystąpienie publicznie już tak. Jakiś czas temu byłem we Wrocławiu na Dniu Praw Zwierząt, gdzie poproszono mnie o kilkuminutowe przemówienie.

Dzień wcześniej prowadziłem sześciogodzinne zajęcia ze studentami i zdałem sobie sprawę, że siedem minut publicznego wystąpienia na Dniu Praw Zwierząt kosztowało mnie tyle samo sił, ile sześciogodzinne wykłady. Możesz sobie wyobrazić, jak wiele otwarcia i zaangażowania wymaga wejście na murek i przemówienie do tłumu – to ogromny wydatek energii! Po każdym marszu czy wystąpieniu publicznym mam „zejście” – najchętniej poszedłbym spać.

To co takiego jest w marszach i wystąpieniach publicznych, że wciąż to robisz?

Kocham ulicę, bo to klasyczna forma aktywizmu. Ludzie nie prywatyzują swoich poglądów – wręcz przeciwnie, wychodzą je upublicznić. To kanał komunikacji, którego nie sposób przyrównać do żadnego innego. Pisanie czy występowanie w mediach znacząco różni się od wystąpień w obecności dużej liczby osób. Z jednej strony jest to ekscytujące, bo nagle okazuje się, że nareszcie można powiedzieć coś, co jest ważne i od dawna domagało się uwagi. Z drugiej strony trzeba mieć świadomość, że wystąpienie na marszu wymaga dania z siebie 100 proc. i tylko wtedy praca zostanie rzeczywiście wykonana. To dodatkowa trudność dla takiego introwertyka jak ja. Gdybym mógł, robiłbym rzeczy w zaciszu domowym. Mam jednak silne poczucie obowiązku. W końcu ktoś musi robić rzeczy trudne i niewygodne.

zdj. Daniel Numan

Chcesz powiedzieć, że ulica nie jest Twoim naturalnym środowiskiem?

I jest, i nie jest. Jestem mówcą z konieczności, bo rzadko kto chce wypowiadać się publicznie. Ludzie zwykle się tego boją, więc biorę to na siebie. Wystąpienia są jak koncert albo granie na scenie – to rodzaj wymiany z publicznością. Nie tylko daję, lecz także wiele otrzymuję. Na przykład lubię te chwile, gdy na spotkaniach autorskich czytelnicy podchodzą do mnie z książkami, proszą o podpis, zadają pytania. Lubię też marszowe momenty na chwilę przed wystąpieniem – są słowa wsparcia, oczekiwanie, ciepłe przywitania. Ten smak nie może równać się z niczym innym. Pomimo zmęczenia satysfakcja jest ogromna.

Jakiś czas temu powiedziałeś, że już się nie zrzeszasz. Dlaczego?

Z Empatii odszedłem około 10 lat temu. Nasza grupa po wielu latach kolektywnego działania rozpadła się z powodu tarć i konfliktów pomiędzy aktywistami. To było trudne – podobne sytuacje zawsze mnie traumatyzują i podcinają skrzydła, ale możliwe też, że to leży w naturze ludzi. Tam, gdzie powstaje jakiś kolektyw, wcześniej czy później dojdzie do napięć. Taka jest dynamika grupy – potrafimy współpracować ze sobą tylko przez jakiś czas.

Podjąłem decyzję o znalezieniu dla siebie innego trybu działania i zająłem się głównie działaniem w obrębie akademii, pracowałem na polu naukowym, zająłem się publicystyką – zacząłem działać samodzielnie. To była dla mnie całkiem nowa i ciekawa sytuacja. Zresztą do tej pory pracuję w ten sposób. Za wszystko, co mówię, biorę pełną odpowiedzialność, a kiedy występowałem w imieniu grupy, byłem rzecznikiem czegoś większego. To zawsze ogranicza – grupa jest zróżnicowana, a w obrębie jednej struktury czasem trudno wypracować wspólne stanowisko. Grupa oczywiście ma też wiele dobrych stron. Szybko weryfikuje pomysły, poglądy między uczestnikami ścierają się, pomysły i cele odbijają się w zwierciadle przychylnej krytyki, a potem następuje szybka ewaluacja. Nie tracimy energii na to, co niepotrzebne. Wiele rzeczy poprawiamy zbiorowo.

Więc jeśli nie kolektyw, to co?

Przyjaźnie. Mam grono osób, do których mogę się zwrócić, bo rozumieją, o czym mówię – są przychylne, kreatywne i odnajdują się gdzieś po drodze. To są bardzo piękne spotkania, niektóre zostają na dłużej. Chyba właśnie takie znajomości zastępują mi stowarzyszenie.

A co w sytuacji osób introwertycznych, które niełatwo nawiązują relacje, a chcą coś zrobić na rzecz zwierząt?

Powiedziałbym: „przede wszystkim uporządkuj swój ogródek”. Zwróć uwagę na swoją konsumpcję, codzienne zakupy i sposób komunikacji, bo język, jakim mówimy o zwierzętach, jest ważny. Rzeczy z pozoru nieistotne pomagają w eksploatacji zwierząt, ale i mogą pomagać ją podważyć. Codziennie jemy w Polsce miliony śniadań i choć pojedynczy posiłek wydaje się błahy, to tak naprawdę taki nie jest. Nasze gesty i wybory się sumują. Konsumenci codziennie wydają miliony złotych, które mogą wspierać przemysł hodowlany albo się mu przeciwstawiać.

Aktywizm nie musi oznaczać spektakularnych i publicznych działań. Chodzi o to, żeby starać się żyć inaczej, lepiej, ograniczając uczestnictwo w krzywdzie. Każdy z nas ma jakieś umiejętności, które mogą się przydać. Internet też jest ważny, bo za jego pośrednictwem można zrobić dużo dobrego na rzecz zwierząt.

Introwertyczka taka jak ja ma znaleźć „swoich” w internecie?

Nie tylko. Warto też szukać we wspierających lekturach. Uważam, że dziś nietrudno o przynależność do grupy. Różnice geograficzne już dawno przestały mieć znaczenie. Ale uwaga na slaktywizm! Jeden lajk czy podpisanie petycji, czyli aktywności, które są proste, bo zajmują sekundy, dają natychmiastowe uczucie nagrody i błędne przekonanie, że zrobiliśmy już wszystko, co było do zrobienia. A to nieprawda.

Właśnie! Nie chciałabym wpaść w tę pułapkę!

Mądra organizacja będzie brała pod uwagę introwertyków i znajdzie dla nich miejsce. Jest wiele dobrych badań sprawdzających zaangażowanie społeczne Polaków. Ich wnioski są spójne: kiedy ludzie nie wiedzą, co mają robić, nie robią nic. Potrzebujemy zadań i konkretnych wytycznych. Mądry ruch społeczny wyznaczy cele tak, aby sukces był odczuwalny na każdym kroku. Nazywam to zarządzaniem sukcesem. W ruchu wyzwolenia zwierząt osiągnięcie wielkich celów jest tak odlegle, że wydaje się niemal nieosiągalne. Łatwo wówczas o wypalenie. Uważam, że każda osoba potrzebuje poczucia sprawczości i smaku małych sukcesów. Ogrom cierpienia i niemocy na dłuższą metę jest nie do zniesienia.

zdj. Maciek Zygmunt

Z drugiej strony może też motywować do większej pracy.

To prawda. Na szczęście dla dużej grupy osób aktywistycznych poczucie dyskomfortu jest formą paliwa. Ja sam tak mam – widząc problem, zaczynam natychmiast działać. Trudność sytuacji sprawia, że jestem zmobilizowany i chcę robić jeszcze więcej. Nie uciekam ani nie unikam. Trudne sytuacje traktuję jak wyzwanie, być może nawet lgnę do takich. Jeśli ktoś nie promuje czegoś, bo jest to zbyt niewygodne społecznie, ja chętnie to zrobię. Jeśli ktoś nie chce czegoś powiedzieć, bo wydaje się to zbyt radykalne – ja to powiem.

Sądzę, że to praca dla garstki odważnych, ale chyba nie dla każdego.

To przypomina niebezpieczne balansowanie na krawędzi akceptowalności społecznej. Potrzebujemy zarówno takich osób, jak i tych bardziej umiarkowanych. Potrzebujemy też wizjonerów, bo musimy robić dwie rzeczy równocześnie – wdrażać krok po kroku małe zmiany oraz kreować odważną wizję świata, do której chcemy dążyć. Warto pamiętać, że potrzebne są nam wszystkie sytuacje – zarówno te trudne, które wymagają od nas narażenia się na dyskomfort, jak i te proste. Wiesz, czasem dobrze jest po prostu pobyć w miejscu, gdzie bycie weganinem/weganką jest mile widziane.

Dyskomfort to nie jedyne słowo, które budzi sprzeczne uczucia. Kolejnym jest radykalizm. Czym jest dla Ciebie?

Radykalizm działa na rzecz zmiany społecznej. Ja sam zdecydowanie czuję się radykałem i od dłuższego czasu próbuję odzyskać to słowo, nadając mu nowe, lepsze znaczenie, bo wciąż ma negatywne konotacje. Radykalizm to bycie pół kroku bardziej z przodu niż grupa czy peleton. To wyjście ze sfery komfortu i próba wyprowadzenia z komfortu innych. Społecznie radykalizm jest nam bardzo potrzebny – rozwija nas, poszerza horyzonty, tworzy odważne wizje. To robienie więcej, niż zakłada bezpieczna norma.

Myślisz, że współcześni aktywiści powinni być radykałami?

Wyobraź sobie, że ruch prozwierzęcy głosi tylko te postulaty, które są wygodne i akceptowane społecznie. Taktycznie i strategicznie to bardzo zły pomysł! Poruszalibyśmy się tylko w obrębie tzw. dobrostanu zwierząt, nic ponadto. Wciąż i wciąż zastanawialibyśmy się tylko, jak zamienić jedne formy krzywdzenia na inne. Owszem, radykalizm może budzić również negatywne reakcje, ale to dobrze! W końcu narusza zastany porządek społeczny i burzy normę, a to budzi w ludziach niepokój. Radykalizm wymaga od nas, aktywistów obserwowania samych siebie, ciągłego napięcia, jest przeciwieństwem automatyzmu. Musi być elastyczny. Kiedy 20 lat temu mówiłem, że jestem weganinem, takie wyznanie było radykalne. Dziś jesteśmy już w innym miejscu. Dużo rzadziej uznaje się wegan za radykałów. Norma społeczna wyraźnie się przesunęła właśnie dzięki osobom, które wyraźnie naruszały status quo. Śmieję się, że „masę już mamy, teraz czas na rzeźbę”. Jest nas już całkiem sporo, więc możemy wyjść poza pytanie, czy być weganinem. Lepiej zapytać o to, jakim weganinem warto być.

A więc jakim?

Rozsądnym. Nadgorliwość to zło, ale problematyczne jest również prywatyzowanie swoich poglądów i ukrywanie ich. Weganizm będzie narzędziem pomocy zwierzętom tylko wtedy, kiedy weganie i weganki będą liczni, a jednym z podstawowych powodów, dla których ludzie zostają weganami, są inni weganie. Modelowy weganin to taki, który daje się naśladować. Bardzo ważne, żeby nie tworzyć barier. Osobiście nie dzielę ludzi w prosty sposób na wegan i niewegan. Istnieją weganie, którzy wcale nie pomagają w procesie zmiany społecznej, wręcz przeszkadzają. Warto wciąż się uczyć, czytać, rozmawiać, żeby zbudować merytoryczne argumenty. Trzeba uważać na język. Oczywiście trzeba też zaakceptować fakt, że będzie spora grupa osób, która nie stanie się weganami, bo zdoła co najwyżej ograniczać konsumpcję zwierząt i produktów odzwierzęcych. Ale czy to oznacza, że powinniśmy opierać nasz przekaz tylko na idei ograniczenia? Absolutnie nie. Ja sam byłem wegetarianinem zbyt długo, bo przez 7 lat. Skoro przejście na weganizm zajęło mi tyle czasu, jakże mógłbym oczekiwać szybkiej transformacji od innych? Sądzę, że warto odwoływać się do niekontrowersyjnej idei niekrzywdzenia, bo jest prosta i trafia do wszystkich.

Po prostu „nie krzywdź”? To przecież takie… nieradykalne!

Pozornie, bo ile osób, tyle różnych interpretacji. W rzeczywistości jest to wywrotowe, rewolucyjne i radykalne. Powiedziałbym: staraj się nie krzywdzić i obejmij tą ideą wszystkich, niezależnie od przynależności gatunkowej. I nie trać żadnej okazji, by zrobić coś dla zwierząt pozaludzkich. Manifestuj, maszeruj i odważnie pokazuj, kim jesteś. Pracuj, zmieniaj po cichu, jeśli wolisz być w tle. Ruch społeczny potrzebuje nas wszystkich.

  • Rozmawiała: Kamila Gulbicka
  • Zdjęcia: Daniel Numan; Maciek Zygmunt
  • Tekst ukazał się w numerze 2/2024 Magazynu VEGE