Pierwszy miesiąc prenumeraty cyfrowej za 1 złzamawiam

Wege i do przodu

kwiecień 24 2022

Rozmowa a Emilem Szwajkiem –kompozytorem, producentem i multiinstrumentalistą, wegetarianinem z 15-letnim stażem. Wolne chwile Emil spędza blisko natury. Poza muzyką uwielbia majsterkować. Na co dzień mieszka w Rotterdamie.

Od kilku lat mieszkasz w Rotterdamie. Jak oceniłbyś postęp w odchodzeniu od jedzenia mięsa w Holandii przez ten czas?

Z moją żoną Natalią przeszliśmy na dietę roślinną już dawno, kilkanaście lat temu, i dobrze nam się z tym w Holandii żyje. W swoim najbliższym otoczeniu mam wielu Polaków i dwóch Niderlandczyków, którzy są wegetarianami. Mogę śmiało powiedzieć, że wciąż widzę progres, patrząc chociażby na to, co dzieje się w tutejszych sklepach. Wybór wegańskich i wegetariańskich produktów jest duży, w każdym sklepie jest mnóstwo roślinnych substytutów, choć ja akurat nie jestem wielkim fanem zamienników. Czasem kupuję coś na grilla albo na próbę do domu, ale trzymam się raczej roślin i owoców jako takich. W ogóle staramy się z żoną kupować rozsądnie i niczego nie wyrzucać, bo wszystko da się przetworzyć. Mamy w domu blendery i wyciskarki, w których powstają soki, farsze, koktajle, sorbety i inne cuda.

A jak wygląda życie „na mieście”?

W holenderskich restauracjach zawsze można zjeść coś wege. Nawet w tych tradycyjnych, w których serwuje się też mięso, jest też coś dla nas, przynajmniej trzy, cztery dania. W Rotterdamie jest też Groene Passage, czyli Zielony Pasaż – miejsce całkowicie wege, działające na zasadzie szwedzkiego stołu, gdzie kupuje się posiłki na wagę. Są tam dania skomponowane w idealny sposób, świetnie doprawione, mnóstwo alternatyw… po prostu wegeuczta. Jest też fajna burgerownia, w której można zjeść seitanowe burgery. W Hadze z kolei jest Restaurant Leaf z daniami witariańskimi – naleśnikami na surowo, orzechowym twarogiem i wreszcie szefem kuchni, który opowiada o tych wszystkich potrawach.

Czuję, że tak już będzie – wege i do przodu, sukcesywnie i konsekwentnie. Mam nadzieję, że gdy moja córka dorośnie, świat będzie już zupełnie po jasnej stronie mocy.

A jeśli będzie chciała jeść mięso?

Teraz jest jeszcze malutka i oczywiście nie planujemy karmić jej mięsem. A gdy dorośnie? Liczę na to, że mięso jako sposób kulinarnej komunikacji i stylu życia będzie już zupełnie passé. Tymczasem w naszym domu nigdy nie ma mięsa i myślę, że to może wpłynąć na jej późniejsze życiowe wybory, ale jest wolna. Ja mogę wyjaśniać, rozmawiać, wychowywać, jednak prawda jest taka, że córka zrobi, co zechce. Ja sam przecież wyrosłem w mięsnym domu i paradoksalnie to właśnie w dużej mierze sprawiło, że przeszedłem na dietę roślinną. Na własne oczy widziałem egzekucje świń, królika obdartego ze skóry, gołąbki, z którymi się bawiłem, a potem nagle zobaczyłem je na talerzu. To były te pierwsze przełomy w mojej dziecięcej głowie.

Później, na fali buntu nastolatka zacząłem budować własny światopogląd, w którym nie widziałem miejsca na cierpienie zwierząt. Względy moralne były więc punktem wyjścia. Kwestie zdrowotne nie miały dla mnie wtedy aż tak wielkiego znaczenia, a dziś już w ogóle o tym nie myślę. Po prostu nie jem mięsa, ono jest dla mnie niewidzialne jako coś, co można jeść.

To, czemu się teraz bardziej przyglądam, to przemysł mięsny, emisja CO2, chmury zanieczyszczeń, fabryki śmierci, toksyny w ciałach zwierząt, czucie ich bólu i stresu. To budzi we mnie ogromny protest, bo wiem, że świat bez mięsa jest tak możliwy do wyobrażenia i potem wdrożenia w życie. Wierzę jednak w to, że człowiek ma świadomość, widzę, że my, wegeludki, rośniemy w siłę i świat nie może pozostać na to obojętny. Popyt rozbudza podaż.

Nie ma to dla mnie większego znaczenia, dlaczego ludzie przechodzą na jedzenie roślin. Wszystko jedno, czy myślą wtedy o zdrowiu, moralności, ekologii czy bycie wege jest dla nich po prostu trendy. A niech będzie! Jeśli niejedzenie mięsa jest dla niektórych tylko modą, to uważam, że to i tak krok do przodu. W końcu to też prowadzi do mniejszego cierpienia zwierząt.

Połowa zysku ze sprzedaży Twojej płyty powędruje do fundacji Viva! i tak pomoże zwierzętom, które ucierpiały w czasie wojny w Ukrainie. Co Cię do tego skłoniło?

Od początku swoich artystycznych działań chciałem zrobić coś dla zwierząt również z tej perspektywy i to się właśnie zaczyna dziać. Wojna to dla zwierząt, które nie są w stanie nawet poprosić o pomoc, niewyobrażalna tragedia. Są cichymi ofiarami, często sierotami, w silnym stresie, bólu fizycznym i psychicznym. Tęsknią, potrzebują ciepła, nowych domów, jedzenia.

Zwierzęta jako istoty udomowione nie przetrwają bez człowieka i jako inicjatorzy udomowienia przed tysiącami lat jesteśmy im po prostu winni pomoc. Zwierzęta są bezbronnymi i niewinnymi mieszkańcami naszej planety i mimo dziejącego się teraz nieszczęścia czuję wdzięczność, że są takie organizacje jak Viva! stoją na posterunku.

Rozmawiała: Hanna Halek

Tekst