Pierwszy miesiąc prenumeraty cyfrowej za 5 złzamawiam

Logowanie

Depopulacja dzików

maj 06 2019

Depopulacja dzików to pomysł polityczny, który nie ma nic wspólnego z wiedzą weterynaryjną czy ekologią. Nie służy nawet interesowi polskiej wsi, na który rządzący tak często się powołują. Tu chodzi tylko o głosy.

Rodzina dzików


Można by podejrzewać rządzących (nie tylko obecną ekipę, w Polsce niestety środowisko nie miało jeszcze w kręgach władzy prawdziwych rzeczników) o nienawiść do przyrody. Wszystkiego, co choć trochę wymyka się ich kontroli. A depopulacja dzików jest jednym z przejawów tej nienawiści. Masowe wycinki drzew nie ustają, choć po medialno-społecznościowej burzy z 2017 r. temat stał się mniej nośny. Pojawiają się coraz głośniejsze pomysły o odstrzale bobrów (bo „powodują zniszczenia i zagrożenie powodziowe” [sic!]), łosi (bo „niszczą puszczę), a nawet żubrów – to już nie pomysł tylko rozporządzenie ministra środowiska. Na pierwszej linii stanęły jednak dziki. I w ich przypadku – całkowicie skądinąd nieracjonalny – pomysł masowego wybijania wyjaśnić najłatwiej i to bynajmniej nie irracjonalnym lękiem przed natura czy nienawiścią do wszystkiego, czego nie można kontrolować, lecz chłodnym rachunkiem politycznych korzyści i strat.

Dzik nie należy do ulubieńców ludzi. Nie jest milutki. Nie daje się głaskać (i całe szczęście), woli pozostawać dziki, ale z (często niezamierzonej) pomocy ludzi oczywiście chętnie korzysta. Ponieważ zajęliśmy i pod uprawy, i pod budownictwo mieszkaniowe dużą część terenów, na których do tej pory spokojnie bytował, pojawił się stadnie na obrzeżach naszych miast, u jednych stałych mieszkańców wywołując uśmiech na twarzy, u innych siejąc popłoch. I oczywiście dając mainstreamowym mediom pożywkę – temat był nośny, a przy tym fotogeniczny. Co może być bardziej interesującego dla przeciętnego czytelnika niż zdjęcia stadka dzików przemierzających przejście dla pieszych w wielkim mieście (z niepokojem, że mogą go poturbować, w tle)? Oczywiście spotkanie z wystraszonym dzikiem nie jest w niczyim interesie, choć zwierzęta te unikają ludzi, kiedy tylko mogą. Nie unikają za to ludzkich śmietników – kopalni niezdrowej dla nich, ale kalorycznej karmy, na którą w naturalnym otoczeniu musiałby solidnie zapracować. Dziki są wszystkożerne, te leśne żywią się zarówno wykopywanymi bulwami, jak i larwami czy małymi gryzoniami – wcale nie tak łatwymi do zdobycia. Żerowanie zajmuje im więc większość czasu. Śmietnik jest dla dzików podmiejskich jak fast food, któremu trudno się oprzeć.

W porównaniu z monokulturowymi uprawami jest jednak co najwyżej dostawcą szybkiej przekąski. To właśnie człowiek, który postanowił przeznaczyć pod uprawę wysokobiałkowych i kalorycznych roślin wielkie i zwarte tereny, jest głównym odpowiedzialnym za wyjście dzików z lasu. Oczywiście i wcześniej przychodziły pod wsie, grzebiąc np. w polach ziemniaków, jednak teraz skala zjawiska jest o wiele większa. Bo i dzików rzeczywiście jest (a raczej było) więcej niż kiedyś.

Dostępność pożywienia (dziki jakoś nie potrafią zrozumieć, że człowiek uprawia rośliny nie dla nich) sprawia nie tylko, że łatwiej im się wyżywić. Jest także przyczyną zwiększenia częstotliwości miotów, w dodatku zmiany klimatyczne spowodowały, że prosięta mogą przeżyć zimę (obecnie locha może rodzić nawet trzy w roku, jeszcze kilka lat temu młode przychodziły na świat tylko w jednym miocie, wiosną).

W naszych realiach nowym pokarmem dzików stała się głównie kukurydza, która dobrze znosi monokulturę przez kilka lat, a można ją uprawiać na większości terenów Polski (choć w zależności od średniej temperatury przeznacza się ją albo na ziarno, albo na kiszonki z kolb, więc nie jest wszędzie równie opłacalna). Ile jest tej kukurydzy? „Powierzchnia uprawy kukurydzy w Polsce to około 750 tys. ha, jednak mogłaby być uprawiana nawet na 1 mln ha” – wyjaśnia portal Rynek Rolny. I podpowiada rolnikom, że roślina ta może być także dobrym przedplonem, czyli gatunkiem, który sieje się przed innym gatunkiem na polu w systemie zmianowania. Główny Urząd Statystyczny oceniał, że w 2016 r. wyprodukowano jej w Polsce 4,1 mln ton. A nie był to dobry rok ze względu na suszę. Sami producenci stwierdzają, że w Polsce zjadamy 5–10 proc. produkowanej kukurydzy. Ministerstwo Finansów podało, że ze zbiorów z 2016 r. wyeksportowaliśmy 816 tys. ton ziarna. Co się stało z resztą? Tu dochodzimy do niewygodnej dla wielu prawdy: kukurydzy nie uprawia się przede wszystkim w celach spożywczych dla ludzi. Jest przeznaczona na paszę – przede wszystkim dla świń na fermach. Daje im to samo, co dzikom, czyli szybki przyrost masy ciała, o który przecież chodzi hodowcom.

Świnia jest ewolucyjnym (z tym, że ewolucję wspomógł w tym przypadku człowiek, zastępując mechanizm doboru naturalnego) potomkiem dzika, to i upodobania ma podobne. Niestety, jest podatna także na te same choroby co dziki. I tu podchodzimy do głównej przyczyny politycznej decyzji o wyeliminowaniu dzika. Znanej wirusowej choroby świń, guźców czy dzików właśnie – ASF, czyli afrykańskiego pomoru świń. Nazwa nie jest przypadkowa – wirus wywodzi się z Afryki (po raz pierwszy odnotowano jego obecność w Kenii w 1910 roku), ale ludzie zawlekli go do Europy. Na początek tylko na południe, w cieplejsze rojony naszego kontynentu (pierwszy zanotowany przypadek w Portugalii, w 1957 roku). Teraz jednak wirus dotarł i do nas – za pośrednictwem Gruzji, Rosji, Białorusi, Litwy i Ukrainy. W Polsce odnotowano pierwsze zachorowania w 2014 r. Nie istnieje na niego szczepionka. Kiedy więc odkryje się przypadek zachorowania w hodowli świń, wybija się całe stado, żeby zapobiec rozprzestrzenianiu się choroby. To samo politycy postanowili zrobić z dzikami w Polsce, tyle że nie chodzi nawet o stada, w których wykryto zarażone osobniki, lecz de facto o całą populację. Planową eksterminację gatunku zarządził w grudniu 2018 r. minister, który miał odpowiadać za środowisko, Henryk Kowalczyk. Podczas spotkania z przedstawicielami kół łowieckich powierzył im „misję” odstrzelenia (Uwaga! Dodatkowego!) 210 tys. dzików na terenie całej Polski, nawet nie tylko w rejonach, w których odnotowano ASF. Chodziło więc (przynajmniej teoretycznie; o tym dlaczego praktycznie nie, o prewencyjną czystkę gatunkową). Liczby w różnych relacjach się różnią: tę pierwszą podała po spotkaniu rzeczniczka prasowa PZŁ, minister prostował potem, że chodziło „tylko” o 185 tys. zwierząt. Do listopada 2018 r. – bez żadnych sanitarnych czy dodatkowych odstrzałów, wyłącznie na podstawie „zwyczajnych” planów łowieckich – zabito w Polsce 168 tys. dzików. A że w Polsce w ogóle żyło ich 215 tys., nie trzeba być mistrzem matematyki, by stwierdzić, że w rzeczywistości chodziło o całkowite wyeliminowanie gatunku. Ministrowi Kowalczykowi jeszcze przed niesławnym spotkaniem z myśliwymi wyrwało się zresztą określenie „masowa depopulacja dzików”.

Locha dzika z małymi

Ponieważ informacja stała się głośna, a do opinii publicznej (wbrew oczekiwaniom, bo jako się rzekło atmosfera strachu była budowana już wcześniej) bardzo przemawiały doniesienia o wymaganiu strzelania do młodych i loch w ciąży, od decyzji ministerstwa odcięły się nawet niektóre środowiska myśliwskie. Nie chciały być kojarzone z potępianą przez większość obywateli masową egzekucją, choć na co dzień nie mają nic przeciwko strzelaniu i do dzików, i np. do chronionych kaczek podczas przelotu, a czasem apelują wręcz o przywrócenie możliwości polowania na wilki czy bobry. Tym razem szkody wizerunkowe myśliwi uznali za zbyt duże. Oczywiście nie zabrakło również takich, którzy zadania się podjęli i jak donoszą choćby „zorganizowani spacerowicze”, odstrzał jest prowadzony (na marginesie warto przypomnieć, że na mocy znowelizowanej ustawy z 14 grudnia 2017 r. o zmianie niektórych ustaw w celu ułatwienia zwalczania chorób zakaźnych zwierząt przeszkadzanie w polowaniu podlega karze grzywny, czego należy być świadomym, udając się w rejony zapowiedzianych polowań). Kiedy zamykaliśmy marcowy numer „Vege”, nie ma danych o liczbie zamordowanych dzików. Wiadomo natomiast, że każdy z uśmierconych nie zginął tak naprawdę po to, by zapobiec rozprzestrzenianiu się choroby. Środowiska naukowe od początku bowiem podnosiły, że to nie dziki – nawet zarażone – są niebezpieczne dla świń (patrz: list do premiera). To ludzie przenoszą wirusy na fermy. Aby ochronić zwierzęta hodowlane, wystarczyłoby stosować narzędzia bioasekuracji znane choćby z poprzednich epidemii (np. pryszczycy).

Skąd więc ten zupełnie niepotrzebny, a tak okrutny pomysł min. Kowalczyka i jego rządzącej partii? Odpowiedź jest prosta: należy przekonać hodowców (tzw. rolników, choć nie mają oni zazwyczaj nic wspólnego z uprawą roli), że rząd coś dla nich robi. Rozpoczęła się już, choć nieformalnie, kampania wyborcza (najpierw do Parlamentu Europejskiego, potem do Sejmu i Senatu) i obecni rządzący postanowili przypomnieć o sobie polskiej wsi. Jej głosy – zwłaszcza wobec jawnie antypisowskich nastrojów większych miast – są dla rządzących bardzo ważne, mogą przeważyć w wyborach i zdecydować o losach polskiej polityki na kolejne cztery lata. W tej sytuacji dobro zwierząt – czy dzikich, do których się strzela, czy hodowlanych, które („ocalone od choroby”) zostaną następnie zarżnięte dla zysku właścicieli hodowli – nie jest dla partii, która deklarowała się nieraz jako ta, która skończy z fatalnym losem większości zwierząt w Polsce, niczym istotnym. W przeciwieństwie do nas i – mam nadzieję – do Państwa. Ofiarami stały się dziki, które niebawem zostaną zastąpione przez osobniki z Białorusi czy Ukrainy. Wśród nich będzie jeszcze więcej zarażonych ASF. Co będzie dalej? To zależy, czy będzie blisko do wyborów.


Z listu naukowców do premiera

Jako naukowcy oraz eksperci zajmujący się profesjonalnie ochroną i zarządzaniem zasobami środowiska przyrodniczego, w tym także leśnictwem i gospodarką łowiecką, czujemy się zobowiązani do zaapelowania do Pana Premiera o uchronienie kraju od fatalnych konsekwencji gospodarczych i środowiskowych w związku z decyzją Ministerstwa Środowiska  o tzw. depopulacji (skoordynowanym odstrzale redukcyjnym, zmierzającym do maksymalnego obniżenia liczebności populacji) dzika w skali całego obszaru Polski, jako elementu walki z ASF.

Postulujemy natychmiastowe wstrzymanie planowanych masowych
i wielkoobszarowych odstrzałów dzików.

Od 12 stycznia do końca lutego br. myśliwi mają przeprowadzić masowy, skoordynowany odstrzał dzików na zdecydowanej większości terytorium kraju. Odstrzelonych ma zostać nawet 210 tys. tych zwierząt, a resort środowiska domaga się maksymalnego obniżenia liczebności populacji tego gatunku. Uważamy, że decyzja ta zapadła pod naciskiem politycznym i nie ma żadnego merytorycznego uzasadnienia.

Masowy odstrzał dzików w ramach polowań zbiorowych nie zapewni realizacji celu, jakiemu ma służyć, tj. zatrzymaniu ekspansji wirusa ASF (afrykańskiego pomoru świń, ang. African swine fever) w Polsce. Przeciwnie – zarówno wytyczne Europejskiego Urzędu ds. Bezpieczeństwa Żywności (EFSA), jak i krajowa praktyka wskazują, że zmasowane polowania na dziki walnie przyczyniają się do roznoszenia wirusa. Dzieje się to za sprawą (1) zwiększania zasięgów przemieszczania się spłoszonych zwierząt, które zarażają kolejne osobniki, (2) zanieczyszczania środowiska krwią zarażonych dzików, która może stanowić źródło nowych zakażeń, oraz (3) częstszego kontaktu z krwią i szczątkami zarażonych dzików przez myśliwych, bez możliwości skutecznego odkażenia w warunkach polowania. Zwiększona mobilność myśliwych w ramach masowych odstrzałów może prowadzić do transmisji wirusa na duże odległości.

Potwierdzają to statystyki, według których pomimo prowadzenia intensywnego odstrzału sanitarnego w latach 2015-2017, kiedy wybito w Polsce niemal 1 milion dzików, sukcesywnie wzrastała liczba przypadków zarażenia wirusem ASF w populacji tych zwierząt. W 2015 r. odnotowano jedynie 44 przypadki, w 2017 było ich już 678. Wirus nie tylko nie został zatrzymany przez masowy odstrzał dzików, ale miał doskonałe warunki do rozprzestrzeniania się. W 2018 r. stwierdzono już 3300 przypadków ASF u dzików.

(…) Dziki są gatunkiem dominującym w zespole dużych ssaków w naszych ekosystemach. Jako zwierzęta wszystkożerne pełnią w lasach rolę sanitarną oraz mają istotny wpływ na wiele elementów środowiska. (…) Eliminacja tego gatunku z ekosystemu może przyczynić się do zwiększenia intensywności gradacji owadów w lasach oraz częstości występowania patogenów przenoszonych przez gryzonie na ludzi (np. borelioza, kleszczowe zapalenie mózgu). (…)

Stoimy na stanowisku, iż dla osiągnięcia celu, jakim jest zatrzymanie epidemii ASF w Polsce, należy pilnie porzucić pozorowane i kosztowne działanie, jakim jest masowy odstrzał dzików. Eksperci z Państwowego Instytutu Weterynarii w Puławach wskazują, że wszystkie nowe ogniska zarażenia wirusem trzody chlewnej w Polsce są wynikiem przenoszenia wirusa przez ludzi. Prawdziwą przyczyną rozwoju ASF w Polsce jest bowiem brak bioasekuracji i niewystarczająca kontrola sanitarna w branży trzody chlewnej. Raport NIK z 2017 r. wskazuje, że w Polsce program bioasekuracji w związku z ASF był źle przygotowany i nierzetelnie wdrażany: 74 proc. gospodarstw nie posiadało niezbędnych zabezpieczeń, program wdrażany był opieszale, a protokoły z kontroli weterynaryjnej – często fałszowane w celu stworzenia pozorów zabezpieczenia stad świń przed ASF. W efekcie choroba nie została zatrzymana i rozprzestrzenia się na kolejne województwa. W listopadzie 2017 r. wirus przekroczył linię Wisły.

(…) apelujemy o natychmiastowe cofnięcie decyzji o odstrzale redukcyjnym dzików i wdrożenie alternatywnych działań na bazie wiedzy naukowej i eksperckich opinii (ukierunkowanych na rzeczywisty mechanizm roznoszenia ASF związany ze świadomym bądź nieświadomym udziałem człowieka), mających na celu wstrzymanie dalszego rozprzestrzeniania się tej choroby w Polsce. Zgłaszamy jednocześnie swoją gotowość do udziału w pracach dotyczących przeciwdziałania rozprzestrzenianiu się wirusa

Autorzy listu:
prof. nadzw. dr hab. Krzysztof Schmidt, Instytut Biologii Ssaków PAN
prof. nadzw. dr hab. Rafał Kowalczyk, Instytut Biologii Ssaków PAN
prof. dr hab. Henryk Okarma, Instytut Ochrony Przyrody PAN
dr Tomasz Podgórski, Czech University of Life Sciences i Instytut Biologii Ssaków PAN
prof. nadzw. dr hab. Przemysław Chylarecki, Muzeum i Instytut Zoologii PAN

List odpisało 1093 naukowców – specjalistów biologii, ochrony środowiska, rolnictwa, weterynarii biochemii itp.


Tekst: Maciej Weryński


Artykuł pojawił się w marcowym numerze MAGAZYN VEGE:

https://vege.com.pl/2019/02/28/przeczytasz-w-numerze-3-2019/