Naszą rozmówczynią jest Aleksandra Matejek – koordynatorka adopcji w schronisku w Korabiewicach. Zaczęła jako wolontariuszka w 2016 r., a dwa lata później została pracownikiem. Absolwentka psychologii, ukończyła szkolenia z behawioru psów. Pomaga zwierzętom znaleźć domy.
Zacznijmy z grubej rury. Podobno łatwiej adoptować dziecko niż psa z Korabek?
Nie, nie jest łatwiej, ale słyszałam i czytałam to nie raz, bo taki tekst pojawia się czasem pod naszymi postami adopcyjnymi, niestety dobrze wpada w ucho i szkodzi. Najczęściej słyszę to od osób, które nie mają pojęcia, jak wygląda adopcja w naszym schronisku. Zawsze wtedy pytam, czy adoptowali kiedyś dziecko albo psa i czy wiedzą, jak wyglądają procedury.
I co? Adoptowali?
No nie, zwykle ani dziecka, ani psa. Rozmowę kończę pytaniem, czy rzeczywiście wypełnienie ankiety lub jednorazowy przyjazd do schroniska jest tak wielkim wysiłkiem albo niemożliwą do przejścia procedurą.
Bo to wszystko przez ankiety, prawda? Podobno przesadzamy, wyciągamy dane, domagamy się nie wiadomo czego, wchodzimy z butami w życie prywatne.
Wtedy znów pytam, czy naprawdę poświęcenie 15 min na ankietę to taki wielki wysiłek? Dla nas ankieta adopcyjna jest kluczowa. Nie najważniejsza czy ostateczna, ale bardzo ważna, bo służy zebraniu podstawowych informacji. To pierwszy etap weryfikacji, w jakich warunkach miałby żyć pies. Zwykle już po niej wiem, z jakimi ludźmi mam do czynienia.

No ale o co tam właściwie pytamy?
Dla mnie ważne jest, czy mogę się spodziewać np. licznej rodziny albo małych dzieci. Domu czy mieszkania? Miasta czy wsi? Kogoś, kto pracuje online czy spędza kilkanaście godzin poza domem? Często wyjeżdża czy jest domatorem? W ankiecie też od razu wychodzi, czy pies będzie trzymany wyłącznie na zewnątrz, bo ma służyć do pilnowania domu. Wtedy wiem, że takich osób nie ma sensu zapraszać na spotkanie.
Nie chodzi o to, że pies w ogóle nie może być na zewnątrz. Zdarzały się zwierzęta, które wolały tak spędzać czas i wracały do domu tylko na noc. Chodzi o to, żeby pies miał wybór. Duża część naszych psów ma za sobą historie budowo-łańcuchowe. Nie miały żadnego wyboru.
Naszym psom brakuje przede wszystkim człowieka i spokoju. Na zewnątrz nie zawsze jest spokój – przejedzie samochód czy rowerzysta, ktoś przejdzie za ogrodzeniem. Pies czuwa, nasłuchuje, podbiega. Niektóre zwierzęta umieją odpoczywać tylko w domu.
Co jeszcze możesz wyczytać z ankiet?
Stosunek do kastracji. Jeśli ktoś jest przeciwny, ale bierze od nas psa już wykastrowanego – bo kastrujemy wszystkie, kiedy dorosną do odpowiedniego wieku – to nie mam z tym problemów. Ale jeśli chce wziąć szczeniaka, to już bym się zastanowiła. Przy okazji mam spostrzeżenie dotyczące kastracji – panie są zwykle na tak, panowie często na nie. Zachowują się, jakby łączyli się z psem w bólu…
Ankiety to również okazja do zastanowienia się, że może warto namawiać ludzi na innego psa.
Tak jest. Chodzi o to, żeby człowiek zrozumiał, co jest dla psa najistotniejsze. Miałam ankietę na Aslana – to wielki pies, waży ponad 60 kg – i tam było napisane, że ma mieszkać w małym mieszkaniu, w mieście. Zadzwoniłam, wytłumaczyłam, jakim jest psem, pani zrozumiała. Jeśli podejrzewam, że pies może mieć problem z separacją, a w ankiecie widzę, że człowiek pracuje po 8–9 godzin przez pięć dni w tygodniu, dzwonię i rozmawiamy. Pytam, czy może wziąć urlop na początek, żeby przyzwyczajać psa do samotności, chwilę, potem dłużej, zobaczyć, co się będzie działo.
Jak ja to rozumiem! Na naszego pierwszego psa wzięliśmy urlop. Wychodziliśmy z mieszkania, potem na palcach skradaliśmy się pod drzwi i nasłuchiwaliśmy, co tam się dzieje za zamkniętymi drzwiami.
Odpowiedzialne podejście. Czasem też po przeczytaniu ankiety dochodzę do wniosku, że trzeba ludzi przekierować na innego psa. Jeśli na dłuższe spacery, takie np. poza miasto, mogą wyjechać raz w tygodniu, a chcą młodego psa w typie ras północnych, który potrzebuje dużo aktywności – zapraszam do schroniska i rozmawiamy. Tłumaczę, że bardziej pasuje do nich np. Franio, bo nie gustują w przesadnej aktywności fizycznej. Przekierowuję ich na psa, któremu będzie u nich zdecydowanie lepiej, a tym samym im będzie lepiej, będzie mniejsze ryzyko kłopotów.
Już ankieta jest problemem, ale potem – przynajmniej z punktu widzenia wielu osób – jest drugi punkt ciężki do przebrnięcia. Przyjazd do schroniska.
Tak. Fakt, że ludzie nie dostają psa od razu, jest trudny do zaakceptowania. Pytają, po co ten przyjazd, dlaczego domagamy się, żeby stawili się u nas na spotkanie z psem. Do schroniska zapraszam wszystkich członków rodziny. Jeśli w domu mieszka dziecko, to dziecko. Jeśli babcia, to babcię. A jeśli jest drugi pies, to jego także. Muszę zobaczyć, czy np. dziecko nie boi się panicznie zwierząt. Jeśli z psem ma zostawać przez większość dnia babcia i jeszcze ma z nim wychodzić na spacery, to czy go utrzyma, czy pies jej nie pociągnie. A jak zareaguje ten drugi pies? Czasem wystarczy jedno spotkanie, ale bywa, że potrzeba więcej.
Pewnie pamiętasz, jak chciałam adoptować z naszego schroniska psa. Odyn był ogromny i moja labradorka, która wcześniej bez problemu zaakceptowała maleńkiego Jureczka, też z Korabek, wyraźnie dała sygnał, że Odyn jest dla niej za duży. Szczekała, warczała, rzucała się na niego. Przyjeżdżałam na spacery z Fasolą kilka razy. Nie poszło. Nie mogłam jej tego robić na siłę, bo była już leciwa.
Bywa i tak. Jeśli państwo mają starego, chorego psa, a chcą młodego, aktywnego, którego roznosi energia, niech poczekają. Często słyszę, że pies ma przyjść „na zakładkę”, aby człowiek nie odczuł pustki po odejściu tego starszego. A czy ktoś myśli o tym starszym psiaku, która ma zupełnie inne potrzeby niż ten młody? Nie. Mówiąc brutalnie, ale też realistycznie, ten staruszek odejdzie niedługo. Wtedy, po krótszej czy dłuższej żałobie, zapraszamy. Pies wymaga szacunku.

Dla wielu osób przyjazd do schroniska to stres. Może w tym też tkwi problem?
Absolutnie tak i ja to rozumiem. Ludzie czują się oceniani i się stresują. Nie wiedzą, co mają robić. Zdałam sobie sprawę już na początku pracy, że mają mnóstwo dylematów. Biorę na to poprawkę. W końcu to wybór nowego członka rodziny.
Cierpliwość i empatia to w Twojej pracy pewnie podstawa?
Tak, ale dużą rolę odgrywa też doświadczenie. Jestem koordynatorką adopcji od siedmiu lat i pewne schematy się powtarzają. Dosyć szybko orientuję się, z jakimi ludźmi mam do czynienia. Są np. w gorącej wodzie kąpani, nie chcą nawet zobaczyć psa na żywo, bronią się przed spotkaniem w schronisku. Widzieli go na zdjęciu, wystarczy. Trzeba studzić ten zapał, znów rozmawiać i tłumaczyć, czemu służą wizyty przedadopcyjne. Są i tacy, którzy potrzebują długiego procesu. Potrafią przyjeżdżać kilka miesięcy, zanim zdecydują się na adopcję.
Ale bywa i tak, że Ty jedno, a ludzie swoje.
Mówisz o tych ludziach, co np. dzwonią, że właśnie stoją pod bramą schroniska i chcieliby, żebym im pokazała pieska? Za nic mając kolejność, procedury, ankiety i spotkanie? Kiedyś myślałam, że ci, co podjeżdżają pod bramy, domagając się na już spotkania z pominięciem wszelkich procedur, to tacy gapowicze, którzy czegoś nie doczytali. Wpuszczałam ich, chodziliśmy po schronisku, opowiadałam, pokazywałam psy i nigdy, ani razu nic z tego nie wyszło. Raz przyjechał pan, szukał psa „na podmiankę”, bo adoptował szczeniaka, ale ten mu za bardzo wyrósł, więc chciał go wymienić na mniejszy model, żeby nie kupować tyle karmy. Pan w drogim garniturze, z Warszawy, świetny samochód. Sprowadziłam go na ziemię, to spytał, czy mamy kota, ale koniecznie trikolora, bo jest miły dla oka. Teraz nie spotykam się już z ludźmi, którzy podjeżdżają pod bramę schroniska i domagają się pokazania psów. Mamy procedury, które są sprawdzone, i tego się trzymam.
Są też inne problemy. Nagrywałyśmy kiedyś filmiki z serii „Siedem grzechów głównych adopcji”…
Jeden z nich to „Pies nie jest prezentem”. Wyobraźmy sobie, że jest 21, 22 grudnia, dzwoni telefon. „Czy może mi pani doradzić, który pies byłby najlepszy pod choinkę?”. Nie doradzę, kończę rozmowę. Nie będzie psa pod choinkę tak jak nie będzie psa na już. Nie jesteśmy sklepem całodobowym, do którego można wpaść i na szybko dostać psa.
A pies dla dziecka?
Pies nie jest prezentem ani nie będzie uczyć odpowiedzialności. Rodzice oczekują, że dziecko ma sprzątać po psie, wychodzić z nim. Stanowczo podkreślam, że głównym opiekunem jest dorosły. Zresztą dziecko nie powinno samo wychodzić z psem. Wyobraźmy sobie 5-, 6-, 7-latka na spacerze z psem, którego często ciągnie. To niekomfortowe dla psa i niebezpieczne dla dziecka.
Kolejny grzech – pies terapeuta.
Kontaktował się z nami pan, który nie należał do najszczuplejszych, nie miał styczności z psami, ale uznał, że to będzie motywacja do ruchu, więc chciał bardzo aktywne zwierzę. Nie do końca się na to zgadzam, bo pies nie ma być remedium na wszystkie nasze problemy emocjonalne i zdrowotne. Psy ze schroniska to zwierzęta po przejściach. One same przede wszystkim potrzebują pomocy.
I jeszcze kwestia wdzięczności. Słyszymy np., że pies będzie nam wdzięczny, mamy nawet na to nadzieję.
Musimy zdawać sobie z tego sprawę, że pies w dniu adopcji jest zestresowany, nie ma pojęcia, co się z nim dzieje, dlaczego ktoś go wsadza do samochodu. Nie wie, że jedzie do domu, bo w wielu wypadkach w ogóle nie wie, co to jest dom. Może być też na początku nieufny, podchodzić do nas z rezerwą. Poza tym psy nie odczuwają przecież wdzięczności w taki sposób jak my. Jest dużo sygnałów, że są do nas przywiązane, okazują nam uczucie, ale nie nazywajmy tego wdzięcznością.
Musimy się też liczyć z tym, że czasem nie okażą nam uczucia w takim stopniu, jak o tym marzymy?
To prawda. Jeśli ktoś adoptuje Posti, na co bardzo liczę, musi dać jej czas na jakąkolwiek czułość. Być może ona się nigdy nie pojawi. Musimy zrozumieć, że nie każdy pies reaguje na dotyk człowieka tak samo. Posti to malutki dzikusek, w dodatku potrafi dziabnąć ostrymi ząbkami. Ale gdyby trafił się ktoś, kto da jej spokojny, wyrozumiały dom, nie oczekując nic w zamian, byłoby cudownie. Nagrodą będzie jej spokój, spokojny sen.
Jest też grzech nieoczywisty: „Proszę pani”.
Grzech ludzi, którzy wiedzą wszystko lub wiedzą lepiej i zupełnie nie słuchając, co mówię, sami mówią „Ale proszę pani, ja to wszystko wiem…”. Podczas rozmowy telefonicznej opowiadam o psie, jaki jest, co wiemy o nim w warunkach schroniskowych i słyszę: „Ale proszę pani, ja miałam psy, mam ogromne doświadczenie i wiem… Mój pies był taki, więc ten na pewno też taki będzie, no bo mają przecież takie same oczy”. Rozumiałabym jeszcze, gdyby dyskusja dotyczyła psa, którego poznali, widzieli na żywo, ale nie! Wypowiadają się o psie na podstawie zdjęcia.
Jak sobie z tym radzisz?
Zapraszam na spotkanie, nie wdaję się już w dyskusje. To daje więcej niż moje gadanie. Mieliśmy jedno spotkanie z Santosem, który przejawia zachowania agresywne, pan przyjechał, wystarczyło, że pies skoczył w jego stronę i kłapnął mu przed twarzą, pan znieruchomiał, oddał smycz i powiedział, że dziękuje. Na ludzi wszystkowiedzących trzeba bardzo uważać. Inny powiedział, że jak pies skacze, to trzeba mu nadeptywać na łapy i tak się oduczy. To metoda awersyjna, pies wychodzi z boksu i ktoś mu ma nadeptywać na łapy? Absolutnie się na to nie zgadzam.
Porozmawiajmy jeszcze o zwrotach z adopcji.
Mamy ich bardzo niewiele. W ubiegłym roku udało nam się znaleźć domy dla 108 psów, w tym dla dziewięciorga seniorów. Cztery psy wyjechały za granicę. Mieliśmy 10 adopcji mnogich, czyli powyżej jednego zwierzaka. Wróciły do nas zaledwie trzy psiaki i kot. To dowód na to, że nasz proces adopcyjny jest dobry – nieidealny, ale naprawdę dobry i skuteczny.
Każdy zwrot to inna historia, zwykle bardzo bolesna, ale czasem odbywa się to na zimno. Totalnie bez emocji. Mieliśmy taką sytuację: pies w typie labradora, pan fajny, tyle że życie mu się zmieniło i poznał kobietę. Pan mi pisze, że wyjeżdża za granicę i musi oddać psa. Przyjechał z nim, wręczył smycz, tyle go widziałam. Teraz widuję go na Facebooku, jeździ z nową partnerką w różne fajne miejsca. Bez psa. Muszę to powiedzieć, chociaż może ktoś się poczuje urażony, ale takie jest moje doświadczenie: nie lubię dawać psów mężczyznom singlom.
Mówiłaś, że proces adopcyjny jest dobry, ale nieidealny.
Na początku pracy byłam idealistką, a teraz jestem realistką. Na zakończenie procesu adopcji zawozimy psa do nowego domu, czasem bardzo daleko. Najdalej wiozłam do Szkocji. Byłam też w Austrii, Holandii, Belgii, Niemczech. W Wielkiej Brytanii dowiedziałam się, że adoptujący dostają poradniki i na ich podstawie muszą rozwiązać test – jakich badań pies potrzebuje, jak często, jak go głaskać itd. Pomyślałam, świetnie, zrobię coś takiego w Korabkach. Ale nie, nie jesteśmy na to gotowi. Nasze procedury i tak uważane są za trudne. Na razie zostanie, jak jest.
Czy są psy nieadopcyjne?
Myślę, że nie. Są za to psy trudniejsze. Potrzebują specyficznych warunków. Mówimy o psach lękowych, które praktycznie nigdy nie miały styczności z człowiekiem. Nie twierdzę, że mają zamieszkać w domu, gdzie jest cisza jak w Bibliotece Narodowej, ale trzeba wiedzieć, że np. proces socjalizacji z miastem będzie dla nich trudniejszy, wolniejszy. Są też psy agresywne. Jeśli ktoś wie, jak trzeba z takim pracować, jest konsekwentny i przede wszystkim się nie boi, to taki pies też nie jest nieadopcyjny. Takie adopcje są jednak rzadkością.
Na jakie pytania powinniśmy sobie odpowiedzieć przed adopcją?
Po co mi ten pies? W jakim celu chcę go mieć? Czy będę mieć dla niego czas i przestrzeń? Krąży taki sposób namawiania do adopcji: czy lepiej, żeby pies siedział sam w domu osiem godzin, czy tkwił w schroniskowym boksie?

A jak jest? Lepiej? Gorzej?
To nie takie proste, to znowu populistyczne. Jeśli mówimy o 8–9 godzinach, w porządku. Ale jeśli ktoś jest poza domem 12–13 godzin, wraca zmęczony, wyjdzie z psem na 10–15 min, to ten pies wyłącznie egzystuje. Odbiera mu się szansę na znalezienie domu, który poświęci mu więcej uwagi. Warto się nad tym zastanowić. Naprawdę nie wszyscy muszą mieć psa. Niektórzy wręcz nie powinni. Nasz proces adopcji daje czas na zastanowienie się, refleksję, wzięcie pod uwagę wszystkich za i przeciw.
Finałem adopcji jest zawiezienie psa do domu, jak już wspomniałaś, nawet za granicę. Ale nie zostawiasz nowych właścicieli samych?
Nie, to nie koniec naszych relacji. Pytam, co słychać. Zresztą wiele osób czuje potrzebę kontaktu. Sami wysyłają zdjęcia, filmy, dzielą się uwagami. Mamy na Facebooku grupę dla adoptujących, na której można szukać porad. Doradzam, jeśli trzeba, żeby skorzystać z pomocy behawiorysty. Podpowiadam, słucham.
I ludzie do nas wracają?
Tak. Pamiętam taką rodzinę, najpierw przyjechała dziewczyna, adoptowała szczeniaka, potem jej mama adoptowała psa, wkrótce wzięła drugiego, córka przyjechała po drugiego dla siebie i jej siostra też. Mamy zaprzyjaźnioną rodzinę z Rzeszowa, która od sześciu lat adoptuje od nas psy – duże, które mają mniejsze szanse na adopcję. Wzięli m.in. Racucha, Frotkę, trójłapka Gandalfa. Zawsze mają od nas 5–6 zwierząt.
- Rozmawiała: Katarzyna Lipińska-Mastalerz
- Odwiedź Schronisko w Korabiewicach
- Tekst ukazał się w numerze 7-8/2025 Magazynu VEGE

