Pierwszy miesiąc prenumeraty cyfrowej za 5 złzamawiam

Logowanie

Sygnaliści lepszego świata

sierpień 28 2026

Gwiazdą okładki numeru wrześniowego jest Jan Śpiewak – socjolog, publicysta, działacz społeczny, współzałożyciel stowarzyszenia Miasto Jest Nasze, autor książek „Patopaństwo. O tym, jak elity pustoszą nasz kraj” i „Ukradzione miasto. Kulisy wybuchu afery reprywatyzacyjnej”.

Jak przeżyłeś upały?

Ciężko! Jestem osobą stosunkowo młodą i zdrową, a z trudem zniosłem tak wysokie temperatury. Dla mnie to zupełnie nowa sytuacja, której wcześniej w Polsce nie było – w ciągu dnia 40 st. C, a w nocy 30 … To czyste szaleństwo!

Mieszkam w Sopocie, więc dla mnie ratunkiem był gęsty Trójmiejski Park Krajobrazowy. A gdzie Ty znalazłeś schronienie podczas upałów w Warszawie?

Mam to szczęście, że mieszkam w starym, ceglanym budownictwie. W ciągu dnia szczelnie zasłaniałem okna, otwierałem je dopiero na noc. Bywały chwile, że w ogóle nie dało się przewietrzyć mieszkania. Niestety Warszawa pełna jest wysp ciepła. Podobnie jest w mniejszych miastach, w których również występują zbyt gęsta zabudowa, za mało zieleni, koszone trawniki.

W czasie największych upałów kilka osób napisało do mnie, że miały poczucie klaustrofobicznego strachu. W takich temperaturach czuły się jak w potrzasku, miały wrażenie, że nie ma dokąd uciec. Ciepłe powietrze wchodzi w usta i w nozdrza, potęgując uczucie duszenia się.

Upały są groźne dla osób przewlekle chorych i starszych. Ludzie umierają, ale o tym w ogóle się nie mówi, nie prowadzi się statystyk, bo ich śmierć nie jest zjawiskowa – jest przy okazji, a nie bezpośrednia.

Myślę, że tego lata każdy z nas mógł na własnej skórze poczuć, czego możemy spodziewać się w przyszłości. Obawiam się, że jeśli nie zajmiemy się problemem, przyszłość będzie trudna do zniesienia.

W kogo najbardziej uderzą zmiany klimatu?

Oczywiście w najbiedniejszych. Osoby zamożne będą mogły zamontować w mieszkaniach klimatyzację albo wyjadą do swoich letnich domków pod miastem. Być może zaczną robić to, co zamożni Hiszpanie robią od kilku lat – migrować do chłodnych krajów albo spędzać wakacje w Skandynawii. Już teraz widać nowy trend turystyczny – kiedyś jeździliśmy do krajów Basenu Morza Śródziemnego, a teraz kierujemy się w chłodniejsze rejony. Obawiam się, że za kilka lat duże miasta będą nieprzystosowane do tego, aby w nich mieszkać. W Warszawie nie ma żadnych schronów ani podobnych miejsc, do których można byłoby zejść, żeby się ochłodzić podczas upalnego ekstremum. Nie może tak być, że jedynym ratunkiem są klimatyzowane centra handlowe! Nie jestem zwolennikiem niedziel handlowych, ale ta wypadająca w czerwcu tym razem prawdopodobnie uratowała niektórym życie.

Niby większość osób zdaje sobie sprawę z postępujących zmian klimatu, a jednak nie za wiedzą nie idą konkretne działania. Jak myślisz, z czego wynika ten dysonans?

Przede wszystkim w Polsce nie ma żadnego poczucia pilności tematu. Owszem, część polityków nie neguje zmian klimatu, ale nie widać żadnych systemowych planów i praktycznych przygotowań do reakcji na nie. Sondaż przeprowadzony w 2024 r. przez Eurobarometr ujawnił, że w Polsce aż 52 proc. dorosłych obywateli twierdzi, że zmiany klimatyczne nie są spowodowane przez człowieka. Tym samym jesteśmy na europejskim podium w wypieraniu faktów.

Ponad połowa mieszkańców Polski! Zaskakująco dużo jak na kraj wykształconych ludzi z dostępem do publicznych informacji.

Aż 52 proc. osób twierdzi, że zmiany klimatu są naturalnym wynikiem cykli przyrody, a nie działań człowieka. W dodatku prawicowi politycy wzmacniają te fałszywe przekonania. Natomiast ci, którzy nie negują antropogenicznych zmian klimatu, nie robią zbyt wiele, aby ten stan zatrzymać.

Skąd w ogóle się bierze wiara w dezinformację?

Źródłem wielu nieprawdziwych informacji jest rosyjska propaganda. Wykorzystuje mechanizm mediów społecznościowych, które pokazują postawy skrajne i polaryzujące. W dodatku algorytmy nie opierają się na faktach, tylko na emocjach – im więcej reakcji pod postem, tym lepsze zasięgi. Poza tym Polacy mają niski stopień zaufania do instytucji publicznych oraz niski poziom szacunku dla nauki. Do tego dochodzi prywatyzacja edukacji i niski poziom nauczania. Zwiększa się liczba osób, które nie rozumieją tego, co czytają. Wierzymy w teorie spiskowe typu „nie ma globalnego ocieplenia, ktoś po prostu steruje pogodą”.

Ponadto żyjemy w kulturze, która nie potrafi sobie poradzić z traumami. Ludzie chcą mieć poczucie kontroli nad własnym życiem, ale poczucie odpowiedzialności – już niekoniecznie. Jako naród świetnie czujemy się w roli ofiary, a prawicowi politycy chętnie na tym grają.

Wydaje mi się, że dopiero gdy dojdzie do naprawdę kryzysowych sytuacji, np. woda przestanie płynąć z kranu, wtedy ludzie przyjmą do wiadomości, że mamy kryzys ekologiczny.

Z czego wynika niski poziom zaufania do polityków i instytucji publicznych?

Program „Czyste powietrze” właściwie przestał działać, wiatraki są nieodblokowane, elektrownia atomowa wciąż jest w budowie, polityka Zielonego Ładu jest największym chłopcem do bicia… Owszem, w teorii rządzący nie są denialistami, ale tylko w teorii. Rząd wciąż nic nie robi w zakresie retencji wody czy właściwej melioracji. Wody Polskie najchętniej zabetonowałyby rzeki, a leśnicy wnioskują o odstrzał bobrów. W tym roku w Puszczy Solskiej był pożar i choć naukowcy alarmują, że dzieją się złe rzeczy, a będzie jeszcze gorzej, to nie powstają żadne plany skutecznego przeciwdziałania zmianom. Na Warmii i Mazurach trwa walka o 6,3 tys. starych przydrożnych drzew. W sprawę – o ironio – zaangażowało się Ministerstwo Obrony Narodowej, przekonując, że wycięcie drzew pogorszy bezpieczeństwo wojska.

Co sądzisz o inicjatywach oddolnych? Sam założyłeś organizację Miasto Jest Nasze, która prężnie działa do dziś.

Jestem umiarkowanym optymistą, jeśli chodzi o kolektywy. Dobrze, że są. Musimy coś robić, bo w przeciwnym razie się ugotujemy! Wciąż spotykam ludzi, którzy retencjonują wodę i działają na poziomie samorządowym. Możemy popierać środowiska, które będą optować za dobrymi zmianami, jednak uważam, że problemem w Polsce, a może w ogóle w Europie, jest przede wszystkim silny indywidualizm i brak samokontroli. W Warszawie mamy coraz więcej aut, wciąż wycina się zieleń, żeby budować kolejne osiedla. Za każdym razem, gdy próbuje się oddać ludziom czy przyrodzie skrawek ziemi, jest silny sprzeciw. Najwyraźniej potrzeba potężnej rewolucji i odsunięcia od władzy struktur politycznych, które rządzą Polską od 35 lat. Bez obywatelskiego nieposłuszeństwa nic się nie zmieni.

Porozmawiajmy zatem o pozytywnym wpływie indywidualnym, bo wierzę, że taki istnieje i też ma moc. Parafrazując Tobiasa Leenaerta, czy uważasz, że weganizm zbawi świat?

Weganizm jest najbardziej logicznym wyborem żywnościowym, a przede wszystkim najprostszym. Wystarczy zajrzeć do wiadomości ze świata, żeby wysnuć logiczne wnioski: zbiory w USA będą w tym roku najniższe od 150 lat, we Francji tysiące hektarów zostało zniszczonych przez upały, a jeszcze w drugiej połowie tego roku czeka nas El Nino (zjawisko pogodowe i oceaniczne, polegające na utrzymywaniu się ponadprzeciętnie wysokiej temperatury na powierzchni wody w strefie równikowej Pacyfiku – przyp. red.). Ograniczone zasoby żywności mogą spowodować wzrost cen, a jeśli ludzie zaczną być głodni, to czeka nas destabilizacja.

Przejście na dietę roślinną lub chociażby bezmięsną jest oszczędnością zasobów, wody, energii, kalorii krytycznie potrzebnych do przetrwania.

To odpowiedzialna strategia, która naprawdę daje poczucie kontroli i sprawczości.

Brzmi konkretnie i logicznie, tyle że nie dla portfela. Kilogram mięsa w Polsce kosztuje grosze.

Bo chów przemysłowy, podobnie jak przemysł paliwowy, otrzymuje dotacje z Unii Europejskiej. Jeszcze nigdy w historii naszego świata nie było tak, żeby ludzie jedli mięso trzy razy dziennie. To widać w gastronomii – w karcie masz 20 dań mięsnych i jedno wegetariańskie, o wegańskim nawet nie wspomnę. To popycha do jedzenia mięsa, na przekór zdrowiu i sumieniu.

Jedzenie mięsa się opłaca tym, którzy pracują w tym sektorze.

Przemysłowa hodowla zwierząt zmieniła cały system żywnościowy i jest to kwestia zaledwie ostatniego półwiecza. Na całym świecie zaszła ogromna rewolucja – ludzie zaczęli masowo „produkować” i zabijać zwierzęta. Mięso jest niskiej jakości, hodowla zatruwa wody i lasy oraz sprawia, że życie mieszkańców obok ferm jest nie do zniesienia. W dodatku w Polsce wiele zabitych zwierząt eksportuje się na Zachód, a my płacimy koszty ekologiczne. To już dawno przestało być rolnictwem.

Czy z tego powodu zaprzestałeś zjadania zwierząt?

Nigdy nie byłem fanem mięsa. Pamiętam taką sytuację z dzieciństwa, gdy mój ojciec chrzestny zabrał mnie do Burger Kinga i zmusił do zjedzenia burgera. Prawie zwymiotowałem! To było okropne doświadczenie. Żywię się niemal całkowicie roślinnie od wielu lat – jestem zdrowy, czuję się lekko, parametry morfologii mam w normie, nie mam żadnych problemów żołądkowych, a na diecie standardowej miałem ich wiele. Owszem, weganizm bywa wyzwaniem, zwłaszcza w podróży, ale nic nie stoi na przeszkodzie, aby najpierw przejść na wegetarianizm i samemu zobaczyć różnice.

A czy etyka żywienia ma dla Ciebie znaczenie?

Oczywiście. Dla mnie zawartość talerza jest przede wszystkim kwestią polityczną. Nie można zaprzeczyć, że to, co jemy wpływa na innych, nie tylko na zwierzęta, bo napędza cały system żywnościowy i ekonomiczny. Nasze zakupy to jedna z wielu form politycznego głosowania. Jednocześnie zdaję sobie sprawę z tego, że dla wielu osób weganizm innych jest niewygodny. Żyjemy w postfeudalnej, amoralnej wspólnocie indywidualistów. Kapitalizm opiera się łamaniu zasad moralnych – wszystko jest bilansem zysków i strat. W tym systemie społeczno-ekonomicznym, który promuje egoizm kosztem empatii i solidaryzmu, osoba, która sprzeciwia się podobnym zasadom, staje się wrogiem publicznym numer jeden.

Weganie uderzają w sam środek narracji kapitalistycznej, burzą status quo. Kapitalizm powoduje, że jesteśmy gotowi całkowicie wyzbyć się naturalnych odruchów bycia dobrymi, a weganie pokazują, że coś tu nie gra. To trochę jak z globalnym ociepleniem – lepiej zamknąć oczy i ukarać posłańca, zamiast przyjąć, że odpowiedzialność leży po naszej stronie. Uważam, że powinniśmy upolitycznić dietę i przywrócić systemy zbiorowego żywienia. Moim zdaniem weganie są sygnalistami lepszego świata, który może zaistnieć.

Ciekawy jest ten brak rozpoznania, że świnia, krowa, kura to tak jak pies i kot czujące zwierzęta. A przecież w co trzecim domu mieszka jeden z tych dwóch. Nie łączymy faktów?

Trudno jest mi zaakceptować, że tyle czasu i pieniędzy poświęcamy psom i kotom, ale innym zwierzętom już nie. Przecież inne ssaki są bardzo podobne do nas. Patrząc w oczy takiego zwierzęcia, trudno jest nie zobaczyć siebie. Ale nie chodzi tylko o zwierzęta, które lądują na talerzu – zabijamy też dziki czy bobry. Niszczymy siedliska dzikich zwierząt, przyzwalamy na polowania dla rozrywki… W Polsce brakuje dobrych i charyzmatycznych liderów działających na rzecz zwierząt, takich, jakim był śp. Łukasz Litewka. To, jak szybko i skutecznie poruszył serca Polaków, świadczy o tym, że temat praw zwierząt jest niezaopiekowany i wymaga pilnych zmian.

Na koniec chciałabym Cię poprosić o radę: podpowiedz, co zrobić, żeby nie zwariować w dobie postępujących zmian klimatycznych i narastającego chaosu?

Dbajmy o sprawczość! Każdy z nas ma głos polityczny, zatem używamy go. Piszmy o swoich doświadczeniach, np. o tym, co wymaga zmian, komentujmy działania polityków i instytucji publicznych, weryfikujmy ich słowa, rozliczajmy z działań. Jeżeli możemy sobie na to pozwolić, przeznaczmy co miesiąc nawet drobne kwoty na organizacje prozwierzęce albo ustalmy przelew cykliczny. Głosujmy podczas wyborów i zakupów. Przede wszystkim zacznijmy od talerza. Przejście na dietę roślinną naprawdę robi robotę!

  • Rozmowa: Kama Gulbicka
  • Zdjęcia: z archiwum rozmówcy
  • Tekst ukazał się w numerze 9/2026 Magazynu VEGE
WSPIERAM10 zł WSPIERAM25 zł WSPIERAM50 zł