Wczorajsze błękitne niebo zmieniło się dziś w matowy błękit, któremu towarzyszy upał i duchota. Zapowiada się wieczorny deszcz. Dochodzę z psami do strumienia, one do niego wskakują, żeby się popluskać, a ja cierpliwie czekam na Caleba, który swoim krokiem 80-letniego staruszka w końcu zanurza się w wodzie. Chłodna woda sprawia mu radość, a tym samym również mnie.
Kiedy Caleb wychodzi, wracamy. Cor został 30 m dalej, upał mu doskwiera. Trzeba go ostrzyc, z powodu gorąca położył się w cieniu niewielkiego lasku brzozowego na soczystej trawie. Postanawiam położyć się obok niego, wszyscy się kładziemy. Patrzę w górę, światło odbija się w liściach koron drzew, przelatuje pierwsza jaskółka, puszczając oko do lata. Jest dzień świąteczny, więc żadne odgłosy pochodzące od ludzi, jak hałas traktorów, nie zakłócają ciszy, słychać jedynie śpiew ptaków i szum wiatru poruszający liśćmi. Święto motyli. Nadludzki spokój, bez czasu i wieku, zapada w drzemkę obok nas, gwiżdże melodie na cześć życia w ulubionym języku.
Niewielu rzeczy jestem tak pewny jak tego, że to właśnie sens życia. To, co naprawdę ważne, jest za darmo.

