Pierwszy miesiąc prenumeraty cyfrowej za 5 złzamawiam

Logowanie

Lepsza połowa pomarańczy

sierpień 25 2025

Naszym rozmówcą jest Sławomir Jarmuż: doktor psychologii, współwłaściciel firmy szkoleniowo-doradczej Moderator, trener i coach. Autor wielu programów szkoleniowych dotyczących zarządzania, sprzedaży i negocjacji oraz książek.

Co to znaczy złoty środek i skąd się wzięło to pojęcie?

Wszystko zaczęło się w starożytności, jak to w filozofii. Pierwszym, który mówił o złotym środku, był Arystoteles. Rozumiał to niekoniecznie jako „spotkajmy się w połowie drogi” albo „i ty masz rację, i ja mam rację”. Raczej widział to tak: jeżeli mamy dwie sprzeczności, np. brawurę i lęk, złotym środkiem może być odwaga. Ona znajduje się pomiędzy zachowaniem nierozsądnym, ryzykownym a tchórzliwym, wycofującym się. U Arystotelesa „w połowie drogi” nie było ilościowe, tylko oznaczało pewną nową jakość, która łączyła obydwa podejścia. Co jest złotym środkiem między konfliktem a uległością, czyli z jednej strony ustępuję za każdym razem, z drugiej strony naciskam i chcę wygrać za wszelką cenę? W tym przypadku złotym środkiem jest dobre porozumienie, które daje korzyści obydwu stronom. Złoty środek generalnie jest rozumiany jako szukanie dobrego rozwiązania, nieidącego w skrajności. A czy to oznacza pośrodku? Niekoniecznie.

Czym wobec tego współczesny złoty środek różni się od kompromisu?

Kompromis to poszukiwanie bardzo szybkiego rozwiązania, które ma niby zadowolić obydwie strony. Jest bardzo stara historia ilustrująca, czym się różni kompromis od złotego środka, prawdziwego porozumienia: dwie dziewczynki potrzebowały pomarańczy, więc mama przecięła owoc i każdej dała po połowie. Okazało się, że żadna z córek nie była zadowolona, dlatego że jedna bardzo lubiła pomarańcze, więc zjadła miąższ, a skórkę wyrzuciła. Druga nie przepadała za cytrusami, więc wyrzuciła miąższ, a skórki akurat potrzebowała, bo piekła ciasto…

Kompromis to rozwiązanie, które nie zadowala ani jednej, ani drugiej strony. Niekiedy mówimy w potocznym języku o zgniłym kompromisie. Prawdziwe porozumienie polega na tym, że respektujemy rzeczywiste potrzeby ludzi, uznajemy, że jedna i druga strona chce czegoś i szukamy rozwiązania, które byłoby dobre dla obydwu, a nie jakiekolwiek jak w przytoczonej historii. To jest różnica między kompromisem a mądrym, złotośrodkowym porozumieniem.

Jak się tego nauczyć?

Po pierwsze potrzebna jest refleksja. Niestety mamy na nią mało czasu i często różne sprawy traktujemy bardzo powierzchownie. Wiadomo, życie pędzi, mamy mnóstwo różnych zajęć, ale przynajmniej tam, gdzie to jest dla nas ważne, powinniśmy zdecydować się pogłębioną refleksję opartą na krytycznym myśleniu. Po drugie są też kursy, które tego uczą. Można się wybrać na dobre szkolenie albo przeczytać książkę i się nad nią zastanowić. Książka czy zastanowienie to sfera poznawcza. Szkolenie jest bardziej kwestią umiejętności, bo łączy ze sobą myślenie na dany temat i konkretne kompetencje. Są np. bardzo ciekawe metody dotyczące mediacji, czyli sposobu, który pomaga ludziom zbudować dobre, mądre porozumienie.

Brakuje nam krytycznego myślenia. Niestety nasze umysły działają tak, że jeżeli w naszym życiu zdarzyło się coś bardzo wyrazistego, emocjonalnego, to mamy tendencję, aby uogólniać to doświadczenie na inne. Prosta sytuacja: jeżeli byliśmy gdzieś za granicą i coś nam skradziono, to mamy tendencję do ferowania wyroków, że ludzie mieszkający w tym kraju to złodzieje. Nasz umysł jest zbudowany tak, że bardzo często idzie na skróty, a uproszczone myślenie jest barierą w mądrym rozumieniu różnych sytuacji i budowaniu porozumienia.

W Pana książce pojawia się krytyczny pogląd na rozwój osobisty. Co jest z nim nie tak?

Rozwój osobisty to dzisiaj główne hasło tzw. popularnej psychologii. Niestety mamy w niej wiele ideologii niekoniecznie popartej badaniami naukowymi. Jednym z głównych przekonań jest nieprzeparta wiara, że możemy wszystko, wystarczy uwolnić swoje zasoby i to pięknie brzmi, że mamy kompetencje, aby rozwiązać każdy swój problem. O co tutaj tak naprawdę chodzi? To brak pokory intelektualnej, czyli jednego ze składników mądrości. Człowiek mądry to taki, który ma dystans do swojej wiedzy. Wie, że to, czego się nauczył, niekoniecznie jest do końca prawdziwe, a na pewno może się zmienić, bo w nauce mamy duży postęp.

 

Rozwój osobisty to dzisiaj bardzo popularna sfera życia, która muska nasz ośrodek nagrody i nasze Ja. Kiedy mówimy, że jesteśmy wspaniali, doskonali itd., możemy wszystko, „sky is the limit” i tego typu hasła powodują, że podejmujemy różne działania, które są kompletnie nierealistyczne i wcześniej czy później trafiamy na mur.

Są mówcy motywacyjni, po których wystąpieniach ludzie podejmują naprawdę nierozsądne decyzje dotyczące swojego życia. Rzucają pracę albo swoich partnerów. Pojawiły się badania, które wskazują, że ludzie są tak nakręceni po tych mowach, że mają stany niemal psychotyczne, lekko maniakalne, a wtedy podejmuje się naprawdę bardzo złe decyzje życiowe. Jest też kwestia tzw. nierealistycznego optymizmu, który skłania ludzi do podejmowania nierozważnych kroków, ponieważ mają wiarę w to, że cokolwiek zrobią, dobrze się skończy, nie analizując dokładnie tego, co mają zrobić. Na temat rozwoju osobistego można by naprawdę bardzo dużo mówić, bo tam jest wiele tez, które są niezgodne z dobrze udokumentowaną wiedzą psychologiczną, a są niezwykle popularne. Za mało tu rzetelnej wiedzy, a za dużo pobożnych życzeń.

Sam jestem zwolennikiem trochę innego hasła – nie tyle rozwój osobisty, ile rozwój pozaosobisty, tak abyśmy przynajmniej część naszej aktywności poświęcili nie sobie, ale rzeczom większym od nas. Rozwój pozaosobisty jest moim zdaniem dużo sensowniejszy niż koncentrowanie się wyłącznie na sobie. Te idee mogą być różne, m.in. ze świata ekologii, religii, polityki, różnych społecznych przedsięwzięć, wtedy kiedy człowiek traktuje siebie jako część czegoś większego. Za czymś takim bym postulował.

Podobnie jak mowy motywacyjne działają na nas media społecznościowe. Dlaczego pomimo swojej nazwy antagonizują zamiast jednoczyć?

W ostatnim czasie to jest moja misja, dużo czytam na temat tego, co się dzieje i jakie efekty wywołały media społecznościowe – w moim przekonaniu głównie antyspołecznościowe. Duże badania pokazują, że w momencie kiedy się pojawiły, a zwłaszcza smartfony, czyli od mniej więcej 2010 r., nastąpił radykalny wzrost niebezpiecznych zjawisk społecznych – lawinowo rośnie odsetek depresji, samookaleczeń i prób samobójczych zwłaszcza u młodych ludzi. Oczywiście jeżeli mówimy o smartfonach i mediach społecznościowych, one nie muszą być przyczyną, ale wpływają na ten stan.

Przede wszystkim media społecznościowe są asynchroniczne, co znaczy, że ludzie nie kontaktują się w tym samym czasie. Piszemy coś, a odpowiedź możemy dostać nawet po tygodniu. Normalne relacje między ludźmi są synchroniczne, kiedy widzimy się i rozmawiamy. Poza tym uwzględniają więcej zmysłów. W mediach społecznościowych tylko piszemy. Nie pokazujemy swoich emocji, a wyrażanie ich za pomocą emotikonów jest sztuczne, kompletnie nieszczere, bo jeżeli ja daję komuś serduszko, to niekoniecznie dlatego, że coś mi się tak podobało, tylko dlatego że chcę, żeby ta osoba i mnie dała lajka. W ten sposób buduje się, zresztą badania wyraźnie to pokazują, narcyzm i koncentrację na sobie.

Dlaczego to powoduje takie negatywne skutki?

Media społecznościowe zabijają naturalne relacje między ludźmi, które są wielozmysłowe i budują odporność na trudne sytuacje. Kiedy w szkole albo na podwórku dzieciaki się pobiły, poszturchały, to uczyły się pewnych zachowań społecznych, a przecież trudne sytuacje wcześniej czy później się pojawią. Stąd właśnie problemy natury psychicznej, bo młodzi ludzie nie uczą się realnych zachowań w realnym świecie. W świecie wirtualnym mamy do czynienia z ludźmi sukcesu. Każdy pokazuje swoje osiągnięcia, a przecież w życiu tak nie jest. Jeżeli patrzymy na innych, a sami nie mamy takich osiągnięć, wpływa to bardzo negatywnie na samopoczucie i samoocenę. Dotyczy to przede wszystkim dziewczynek, dlatego że u nich te kwestie są dużo ważniejsze.

Niedawno ukazała się znakomita książka na ten temat, którą polecam wszystkim rodzicom i nauczycielom jako lekturę wręcz obowiązkową. To „Niespokojne pokolenie” Jonathana Haidta, w którym jest mnóstwo badań pokazujących, co się stało między rokiem 2010 a 2015, kiedy smartfony były w powszechnym użyciu młodych ludzi. Haidt postuluje bardzo rozsądne, mądre rzeczy, np. to, żeby w mediach społecznościowych nie wolno było być poniżej 16. roku życia, zresztą niektóre kraje zachodniej Europy, Australia i Nowa Zelandia wprowadzają tego typu uregulowania. Czy będą skuteczne, czy nie to inna sprawa, bo wiadomo, że młodzi ludzie potrafią obchodzić zakazy, ale przynajmniej można to trochę ograniczyć. Haidt pokazuje też ciekawe alternatywy, jak funkcjonować na co dzień, aby normalnie się rozwijać, mieć kontakt z ludźmi, angażować swoją aktywność w rzeczy ważne nie tylko dla mnie.

Co mogłoby poprawić nasze funkcjonowanie?

Media społecznościowe stały się nieodłącznym elementem naszego życia i trudno powiedzieć „zrezygnuj z tego”, bo to będzie po prostu nierealistyczne. Myślę, że pierwszym drobnym krokiem, jaki moglibyśmy zrobić, jest ograniczenie liczby komunikatorów, z których korzystamy, do jednego albo dwóch, dlatego że ciągłe powiadomienia, że coś się dzieje, ktoś coś napisał (z reguły mało istotnego), odwracają naszą uwagę od rzeczy istotnych. Nasza uwaga jest niezwykle labilna, bardzo łatwo ją odciągnąć od ważnych spraw, dających nam większą satysfakcję z tego, co robimy. Wystarczy, żeby coś się ruszało, dlatego moim zdaniem najgorszym z tych mediów jest TikTok i jemu podobne. Okazuje się, że kiedy jesteśmy zanurzeni dłużej w jakiejś pracy, a zwłaszcza tej sensownej, jakość naszego życia wzrasta. Mamy poczucie, że robimy coś naprawdę wartościowego. Tymczasem badania pokazują, że nastolatki spędzają od czterech do ośmiu godzin, czyli większość swojego życia w telefonie, zamiast robić coś naprawdę dobrego dla świata i dla siebie.

Druga przydatna rzecz: znam rodziny, które umawiają się na jeden dzień w tygodniu bez jakichkolwiek mediów, telefonów komórkowych, tabletów i komputerów i wtedy spędzają czas ze sobą, prowadząc sensowne rozmowy. Jeżeli natomiast ktoś jest uzależniony, trzeba się kontaktować ze specjalistą. Niestety to jest coraz powszechniejsze.

W Pańskiej książce pojawia się kontrowersyjne zestawienie empatii z rasizmem. Co mają wspólnego?

Z rasizmem to może za dużo powiedziane, ale jest książka „Przeciw empatii” wybitnego psychologa Paula Blooma, który mówi o empatii z pewną rezerwą. To dotyczy tzw. empatii emocjonalnej, którą należy rozumieć tak, że jeżeli ktoś coś czuje, to ja czuję podobnie. To uczucie może dotyczyć bardzo różnych rzeczy, także negatywnych. Empatia ma oczywiście sens, ale wtedy kiedy jest tzw. empatią poznawczą, czyli ja nie tyle muszę odczuwać to, co ktoś czuje, bo to byłoby bardzo obciążające i przy niektórych negatywnych stanach właśnie złe, ile jest to zdawanie sobie sprawy z tego, że ktoś odczuwa pewne emocje i moja rozsądna reakcja polega na tym, że jeżeli widzę, że ktoś jest np. bardzo smutny, przygnębiony, to rozumiem jego emocje i zastanawiam się, jaka moja reakcja byłaby w tym przypadku najlepsza. Być może byłoby po prostu podejście do tej osoby, zapytanie, co się stało, albo zwyczajne przytulenie. A może – to oczywiście zależy od typu relacji – po prostu zostawienie tej osoby w spokoju, ponieważ podejście do niej i okazanie zainteresowania niekoniecznie będzie dobrze odebrane. Ludzie naprawdę różnie reagują i samo zastanowienie się nad tym, jak powinienem zachować się w sytuacji, gdy ktoś odczuwa emocje, daje szanse na mądrzejszą reakcję i potem lepsze relacje.

Jeśli nie empatia, co nam może pomóc lepiej rozumieć innych?

Mamy w psychologii pojęcie ogólniejsze niż empatia – to teoria umysłu, czyli zdawanie sobie sprawy z tego, że ktoś ma umysł i z niego korzysta, a to nie tylko emocje. Dotyczy to także tego, co ja myślę, że ktoś myśli. Nie tylko co ja myślę, że ktoś czuje, ale też co myśli. Teoria umysłu, zwana inaczej mentalizacją, ma różne poziomy zaawansowania. Okazuje się, że im wyższy, tym lepsze relacje z ludźmi. Empatia jest pewnym elementem teorii umysłu, ale tylko ta poznawcza. Zwyczajna, emocjonalna może być mało konstruktywna, a czasami bardzo szkodliwa w przypadku emocji związanych np. z rasistowskimi poglądami.

Nie chcę dyskredytować empatii, tylko pokazywać, że powinna być rozumiana w określony sposób i wtedy ma bardzo głęboki sens. Nie chodzi o to, żeby pozbawiać się emocji, bo ani to możliwe, ani mądre, tylko o to, żeby złe emocje nie regulowały naszego życia, a do tego potrzebny jest dystans poznawczy. Przykładowo kiedy widzę, że ktoś jest wściekły, agresywny, to nie udziela mi się jego stan, tylko patrzę na to z boku i zastanawiam się, jak w tej sytuacji najlepiej zareagować.

W jaki sposób wiedzę o złotym środku możemy wykorzystać, działając na rzecz zwierząt?

Współpracując z organizacjami, czasami trafiałem na bardzo radykalne stanowiska. Słuszne w swojej istocie, ja się z nimi zgadzam, ale niestety radykalizm nie sprzyja mądremu szerzeniu poglądów i realnemu wpływowi na ludzi, aby zachowywali się dobrze wobec zwierząt. Jeżeli stawiamy taką tezę, że nie wolno nam w żadnym wypadku wykorzystywać zwierząt, przeciętny człowiek nie zmieni swojego podejścia, tylko przeciwnie – umacnia się w swoim zdaniu. Jeżeli ktoś próbuje zbyt silnie przekonywać nas do jakiejś tezy, to naturalną reakcją będzie opór i okopywanie się wokół swojego stanowiska. Takie przekonywanie jest przeciwskuteczne, dlatego wiedza o złotym środku pozwala mądrzej wpływać na ludzi, aby powoli zmieniać ich stosunek do zwierząt. Co z tego, że będziemy teraz pokazywać drastyczne plakaty na ulicach? Badania psychologiczne pokazują, tak radykalne metody oddziaływania są bardzo mało skuteczne, a często mają zupełnie odwrotny skutek.

Dam przykład z innej dziedziny: kilkanaście, może nawet kilkadziesiąt lat temu zmieniło się podejście do palenia papierosów. W filmach z lat 60. i 70. XX wieku, ludzie w każdej sytuacji palą. Dzisiaj oczywiście jest to nie do pomyślenia, ale jak do tego doszło i jakie były pierwsze próby zmiany? W Australii i w Kanadzie na opakowaniach papierosów pojawiły się napisy dotyczące ich szkodliwości. Potem wprowadzono paczki z drastycznymi zdjęciami narządów zniszczonych przez raka. Gdy wyeksponowano je po raz pierwszy, rzeczywiście spadła liczba kupowanych papierosów. Odnotowano olbrzymi sukces kampanii. Okazało się jednak, że to był on przedwczesny, dlatego że jednocześnie z pojawieniem się tych opakowań wprowadzono drastyczne uregulowania prawne niepozwalające palić w wielu miejscach i mocno podniesiono ceny papierosów. Niekoniecznie więc zadziałały te obrazki, dlatego też psychologowie zrobili badania eksperymentalne, w których eksponowano ludziom różne opakowania papierosów. Okazało się, że palacze, którzy dostawali papierosy w opakowaniach z drastycznymi zdjęciami, wcale nie zaczynali palić mniej. Wniosek jest z tego taki: zbyt radykalne podchodzenie np. do kwestii zwierząt, zbyt radykalne protesty, powodują u bardzo wielu ludzi dokładnie przeciwny skutek. Wiem, że to, co mówię, spotka się pewnie ze sprzeciwem u bardzo radykalnych osób, ale jeżeli dobro zwierząt naprawdę jest nam bliskie, powinniśmy do tego podchodzić racjonalnie, a więc nie potępiać, tylko z życzliwością rozmawiać z ludźmi, którzy nie szanują zwierząt nie dlatego, że są złymi ludźmi, tylko są niewolnikami pewnej tradycji i pewnego sposobu myślenia.

Jak możemy to zmienić?

Chodzi o subtelne, powolne zmienianie ich postawy. To ma dużo większy sens niż radykalne akcje i kroki. Powinniśmy raczej zadawać pytania i działać w sposób, który skłania ludzi do myślenia. Mam bardzo dobry przykład pewnego profesora biologii, który na zajęciach ze studentami opowiadał mocną historię. Niekiedy przedstawiam ją też uczestnikom szkoleń, ale tylko wtedy, kiedy widzę ich wstępne zainteresowanie, kiedy np. siedzimy przy obiedzie i pytają mnie, dlaczego nie jem mięsa. Mówię wtedy: nie chcę was przekonywać na siłę, a jeżeli jesteście zainteresowani, to mogę powiedzieć. Ja to robię z powodów ideologicznych, nie chcę się przyczyniać do cierpienia innych istot. Jeżeli jesteście otwarci, opowiem wam pewną historię. Uwaga, kluczowe jest tutaj „jeżeli jesteście otwarci”. W przeciwnym razie nie opowiadam tej historii, bo byłoby to zbyt drastyczne.

Poproszę o opowieść.

Wyobraźcie sobie, że na Ziemię przylecieli przybysze z kosmosu, którzy są dużo bardziej rozwinięci niż my, w związku z czym bardzo szybko opanowali Ziemię, wszystkich ludzi umieścili w obozach i tam ich trzymają. Przybysze z kosmosu muszą się czymś żywić i pomyśleli, że będą jeść ludzi, więc zaczynają eksperymentować, jak im smakują różne części ciała. Odkryli jeszcze jedną rzecz: w obozach ludzie się rozmnażają, a przybyszom najbardziej smakuje taka potrawą, którą nazwali dziecięciną. Zabierają ludziom małe dzieci i przyrządzają sobie różne potrawy, które bardzo im smakują. Co wy na to, pytam uczestników. Dla niektórych jest to szokujące. Kiedy słyszą „dziecięcina”, natychmiast kojarzą ją z cielęciną i jest to silny przekaz emocjonalny, ale tylko wtedy, kiedy rozmawiam z ludźmi, którzy są na to gotowi. Jeżeli nie są, to ta opowieść powoduje agresję.

Dlatego złoty środek może być naprawdę sensowną ideą dla ludzi, którym dobro zwierząt jest bardzo bliskie. Właśnie w ten sposób powinni oddziaływać na innych, a nie bardzo radykalnymi środkami. One nie działają.

Polecamy najnowszą książkę dr. Jarmuża: Sławomir Jarmuż, Mądrość złotego środka, PWN

  • Rozmowa: Joanna Wlazło
  • Zdjęcia: Magdalena Matulka – zdjęcia ze zlotu Fundacji Viva! 2024, warsztaty z doktorem Jarmużem
  • Tekst ukazał się w numerze 9/2025 Magazynu VEGE