Rozlało się. Zachłannie wchłonęło wszystko. Miasta świata spuchnięte od betonu, asfaltu, cegieł, szkła. Nagrzane, wysuszone, głośne. W wieku XX wylewały się ze swoich granic niekontrolowaną miarą. W XXI w. jest coraz więcej metropolii, coraz więcej miast, które jak wielkie rozlewiska przenikają dzielnicami kolejne pozamiejskie tereny.
Na wiosnę ptaki budują swoje gniazda lub powracają do starych z dalekich krajów. Zalotne trele wypełniają powietrze. Wysiadywanie w gniazdach jaj, poszukiwanie pokarmu. Jest tyle do zrobienia, pierzaści rodzice muszą się spieszyć, cały czas w ruchu, cały czas w presji, by zdążyć do szeroko otwartych dziobów. Co roku mają też mniej miejsc lęgowych. Ludzie zapominają o ptakach, ścinając kolejne drzewa pod inwestycje deweloperskie, uszczelniając elewacje, remontując mosty.
Rocznie na świecie produkuje się 30 mld ton betonu. Tokio (37 mln mieszkańców), Delhi (32 mln), Szanghaj (28 mln), São Paulo (22 mln), Moskwa (12 mln), Stambuł (15 mln), Londyn (9 mln), Paryż (2 mln), Berlin (3,6 mln), Madryt (3,3 mln), Rzym (2,8 mln). Szacunki mówią, że w XXI w. wraz z rozwojem większość ludzi będzie mieszkać w miastach.

Na wiosnę budzą się jeże. Szybki marsz, żeby się napić. W bajkach zawsze mają jabłko przyklejone do kolców, w kreskówkach to wesołe rozrabiaki. W zabetonowanym świecie pozostają im parki i ogrody. Zielony i niebezpieczny teren, zwłaszcza gdy ludzie, robiąc porządki na wiosnę, leją po trawnikach i rabatkach tony chemikaliów niszczących chwasty i wysypują kilogramy trutki na ślimaki. Ogrody niczym skażona ziemia nie dają szans. Będą cieszyć tylko oko ludzkie sterylnie ułożonymi roślinami uznanymi za piękne i ogrodowe. Reszta skazana na śmierć. Chwasty i zwierzęta mają pozostać za ogrodzeniem, za parkiem, za miastem.
Statystycznie nie wygląda to tak bardzo źle. 48–56 proc. wszystkich lądów na Ziemi nie została zabetonowana przez człowieka całkowicie i jest tylko częściowo przez niego zagospodarowana. Gdyby jednak przyjrzeć się dokładniej, okaże się, że mówimy tu o pustyniach, tundrach, lodowcach i innych ekstremalnych środowiskach, które nie nadają się do zamieszkania. Jeżeli będziemy szukać takich miejsc, gdzie nie ma ludzkiej działalności, zostanie nam już tylko 2,8 proc. powierzchni lądowej. To małe enklawy.
Dziki podchodzą pod okna. Mieszkańcy są bardzo zaniepokojeni. Odprowadzanie dzieci do szkoły, zwłaszcza wczesnym rankiem, stało się niebezpieczne. Radni miejscy dostają listy i petycje, do sejmu płyną nawoływania o pomoc. Ludzie boją się we własnych miastach, nie mogą spokojnie wyjść na ulicę. Te dziki, te straszne dziki. Locha i młode. Dzik zajrzał na podwórko. Jeden, dwa… dziesięć. Ile tych dzików? Saren? Jeleni? Lisów? Pomiędzy blokami, wciśniętych w ulice, pomiędzy samochodami.
Żyjemy w świecie, w którym człowiek zabrał zwierzętom wszystko. Ich domy, ich wolność, ich życie. Dzikich zwierząt prawie już nie ma.
Zamiast o przyrodzie mówi się o terenach biologicznie czynnych, a w te wchodzą ogrody i parki z kontrolowaną przyrodą. W mieście czasami pojawi się zwierzę, dzikie zwierzę, które na tyle jest wygłodniałe, że szuka pożywienia w skrajnie niesprzyjającym mu środowisku. Otwarte śmietniki nęcą odpadami, trawniki kuszą wysypanymi nasionami świeżej trawy i kwiatów. Miasto jednak jest tylko dla ludzi. Brak poidełek dla dzikich zwierząt, brak budek lęgowych, brak enklaw, w których dzikie zwierzęta mogłyby spokojnie bytować.

Miasto jest zaprojektowane jako antropocentryczny monolit. Dlatego sam człowiek – zwierzę gatunku homo sapiens – zaczyna w miastach chorować. Chorób cywilizacyjnych nie łączymy jednak z tym, co je wywołuje, czyli z zabijaniem świata. Świata, który nie jest tylko nasz, ponieważ jest domem wszystkich istot żyjących. W ślepym biegu za rozwojem nauczyliśmy się nie widzieć, nie słyszeć i nie mówić o tym, jakie zło robimy innym istotom żyjącym. Rozwinęliśmy wyuczoną obojętność, ślepotę na skutki naszego działania. Najważniejszy jest rozwój, postęp, posiadanie, zysk. Nie interesuje nas przy tym, kto ucierpi z powodu naszej działalności i przez nasze osiągnięcia straci życie. Gołąb jest niechciany, bo brudzi, kanarek jest chciany, bo pięknie śpiewa, ale człowiek najchętniej widzi go w klatce. Dzik jest niechciany, bo wywołuje dyskomfort i ryje w rabatkach przy bloku, pies jest chciany, bo może zastąpić dziecko i daje się trzymać na kanapie. Jeża nikt nie widzi, jadąc do pracy, rozjechanie jeża nie niszczy podwozia ani karoserii. Dziurę w drodze się widzi, bo ta może zaszkodzić naszej własności, dumie, jaką jest samochód.
W XXI w., gdy szóste wielkie wymieranie zmieniło radykalnie nasz świat, nadal zachowujemy się tak, jakby nic się nie stało. Wyuczona obojętność nawet wobec nieuniknionej zagłady rozwija się w najlepsze. Tymczasem nasza polityka potrzebuje radykalnej zmiany. Jeżeli nie zaczniemy traktować zwierząt pozaludzkich jak współobywateli zamieszkiwanych terenów, nie tylko nie powstrzymamy wymierania, lecz także nie odwrócimy bezpowrotnej straty bioróżnorodności. Będziemy mogli się rozwijać tylko wtedy, kiedy zaczniemy myśleć w kategoriach sentiokracji – polityki wspólnej – gdzie nie ma podziału na świat przyrody i kultury, człowieka i zwierzę. Miasta rozlały się po całym świecie, plastik i śmieci są wszędzie, zanieczyszczone powietrze, skażone rzeki. Świat przestał być przyjazny dla życia. Dlatego musimy przemodelować nasze myślenie.
Sentiokracja to polityka dla wszystkich ludzkich i pozaludzkich zwierząt, w której prawa człowieka nie kolidują z prawami pozostałych gatunków. Ten rodzaj działalności można zacząć w samorządowej mikroskali. Wystarczy uwzględnić przejścia podziemne dla drobnych zwierząt, projektując kolejną inwestycję. Wystarczy w nowo budowanych domach zadbać o budki dla ptaków, ogrody dla owadów. Wystarczy nie kosić trawników, nie używać chemicznych środków na chwasty, wystarczy klatki schodowe, schody i przejścia zaopatrzyć w podjazdy nie tylko dla wózków, lecz także dla małych psich i kocich nóg. Wystarczy zrezygnować z hodowli przemysłowej, z hodowli klatkowej. Wystarczy przejść na weganizm.
Bardzo dużo rzeczy człowiek – ty, ja, każdy i każda z nas – już dzisiaj może zrobić w swoim własnym zakresie. Trzeba jednak odwrócić obraz w naszej głowie. Albert Schweitzer pisał, że człowiek jest życiem pośród życia, które chce żyć. To bardzo prosta zasada, która uczy szacunku i pokazuje jedność istnienia. Zwierzęta ciągle jeszcze są obok nas. Ginące gatunki jeszcze trwają. Wiosny jeszcze brzmią ptasim śpiewem. Jeszcze brzęczą muchy, jeszcze pszczoły uwijają się dookoła rabatek z kwiatami. Ale one wszystkie odchodzą, jest ich coraz mniej, świat zwierząt pozaludzkich kurczy się coraz bardziej, a wraz z nim kurczy się normalne życie, znika istnienie. Jedna z zasad rdzennych mieszkańców Ameryki mówi, że nie dziedziczymy ziemi po naszych rodzicach, lecz pożyczamy ją od naszych dzieci. Polityka betonu, postępu, wyuczonej obojętności na kryzys klimatyczny i szóste wielkie wymieranie zwierząt powoduje, że my nie tyle pożyczamy, ile kradniemy świat naszym potomkom. Co pozostanie, gdy ptaki przestaną śpiewać, owady brzęczeć, gdy jeże będą już tylko z czerwonym jabłkiem na kreskówkach, a niedźwiedzie na zdjęciach? Co się stanie, gdy świat ucichnie zalany betonem?
- Tekst: Joanna Hańderek
- Tekst ukazał się w numerze 7-8/2025 Magazynu VEGE

