Zamiast tępić dziki, powinniśmy opracować plan, jak żyć z nimi w zgodzie.
Pewien aktywista został wezwany przez mieszkańców Wilanowa, którzy boją się dzików chodzących po ich osiedlu. Po spotkaniu podesłał mi film, ponieważ nie mógł wyjść ze zdumienia. Na wideo widzimy osiedle zbudowane tuż obok dużego zagajnika drzew bez żadnego ogrodzenia. Mieszkańcy wchodzą prosto w zieleń. Aktywista komentuje: „Zobacz, tu są drzewa, a tu jest blok. To jest granda. Zero płotków, zabezpieczeń! I oni się dziwią, że im wchodzą dziki do domu. No gdybym był dzikiem, tobym też tu wlazł”.
Skąd te dziki?
Punktem zwrotnym dla dzisiejszej sytuacji dzików w Polsce było niewątpliwie pojawienie się afrykańskiego pomoru świń (ASF). Warto wspomnieć, że jest to choroba, która została wywołana przez człowieka, a w konkretnie przez prowadzoną przez niego przemysłową hodowlę świń. Gdy odnotowano przypadków ASF na terenie kraju, polowania na dziki zostały zintensyfikowane. Lasy stały się dla zwierząt jeszcze bardziej niebezpieczne (już wcześniej mało który dzik dożywał dwóch lat), ponieważ zniesiono okresy ochronne, a polować można było już także na lochy prowadzące warchlaki.

Dziki płoszone przez myśliwych zaczęły się przemieszczać w stronę miast. Te zaś coraz intensywniej wdzierają się w środowisko naturalne tych zwierząt. Weźmy Warszawę. Na obrzeżach dzielnicy Białołęką wyraźnie widać, jak miasto zajmuje obszary, które do tej pory należały do przyrody. Ekpansja postępuje dość szybko. W ten sposób dziki zostały niejako „wciągnięte” przez miasto i zaczęły się do niego przystosowywać. Okazało się, że radzą sobie całkiem nieźle (tym bardziej, że uwolniły się od grupowych polowań z nagankami). Co równie ważne, jedzenia jest dla nich pod dostatkiem. Miasto to gigantyczna stołówka i to nie tylko w dzielnicach takich jak Białołęka, Targówek czy Wawer, lecz także gęściej zamieszkanych jak Bielany, Żoliborz… a nawet Praga i Mokotów. Warto zaznaczyć, że takie „krążenie” dzików wokół ludzi w poszukiwaniu jedzenia wcale nie jest odosobnionym przypadkiem. Tak właśnie podobno zaznajomił się z nami tysiące lat temu pies. Dziś też mamy zwierzęta, które nauczyły się żyć obok nas i nigdzie się nie wybierają, bo stołówka i oferowane w niej menu im odpowiada. Są to np. gołębie.
Wojna z dzikami
Gdy populacja dzików w Warszawie zaczęła rosnąć, nie dało się tego nie zauważyć. Miasto dość chętnie korzystało ze „sprawdzonej” metody uśmiercania dzików. Ostatnia decyzja prezydenta Rafała Trzaskowskiego z 10 maja 2024 r. dotyczy nakazu uśmiercenia 500 dzików do końca 2025 roku. Właściwie trudno ustalić, skąd wzięła się ta liczba, ponieważ nie wiadomo, jak duża jest populacja tych zwierząt w stolicy. Decyzja prezydenta Warszawy dotyczy także loch z warchlakami. Zabicie matki oznacza najczęściej okrutną śmierć głodową dla jej potomstwa.
Ostatnio władze miasta uruchomiły odłownie, które od dawna nie były używane. Należy tu dodać, że odłowiony dzik wcale nie jest wywożony do lasu, tylko zabijany i „utylizowany”.
W Warszawie dziki zabija się od lat, a efektu nie widać, za to konsekwentnie wydawane są na to pieniądze z kieszeni podatników.
O co nam chodzi
Aby lepiej zrozumieć, czemu odstrzał nie przynosi zamierzonych efektów, wyobraźmy sobie Warszawę jako pewną niszę, w której zamieszkały dziki. Na danym obszarze mieści się pewna pula zwierząt. Kiedy się wypełni, populacja zazwyczaj przestaje rosnąć, ponieważ nie ma wystarczająco dużo przestrzeni, a przede wszystkim pożywienia. Możemy to zobrazować na przykładzie pomieszczenia, w którym umieszczamy określoną liczbę zwierząt. Powyżej pewnego pułapu robi się za ciasno, za to usunięte zwierzęta zwalniają przestrzeń dla kolejnych. Tak też w dużej mierze dzieje się z dzikami, które dość szybko się rozmnażają. Dlatego strategia Warszawy od lat niewiele daje.
Oczywiście, jeśli człowiek się uprze, cel, jakim jest pozbycie się zwierząt z danych obszarów, może zostać osiągnięty. Ludzie udowodnili to już wielokrotnie, tak było np. z rysiami. Pytanie tylko, czy właśnie na takim efekcie nam zależy?
Według ostatnich informacji (stan na koniec października 2024 r.) do tej pory w Warszawie zabito 248 dzików. Przypomnijmy, że decyzję o zabiciu 500 zwierząt wydano w maju 2024 r. W tym samym czasie mieszkańcy dalej zgłaszają nowe miejsca pobytu dzików.

Czy można inaczej?
Istnieją alternatywne sposoby rozwiązywania problemu. Przykładowo w Barcelonie tworzone są specjalne korytarze ekologiczne, którymi mają przemieszczać się zwierzęta. Z kolei Niemczech stosuje się kombinację repelentów zapachowych i fizykalnych. Nie trzeba jednak szukać tak daleko. W Łodzi dziki odławiane są przez Ośrodek Rehabilitacji Dzikich Zwierząt (jednostka urzędu miasta) i wywożone do Lasu Łagiewnickiego. Miastem, które jako jedyne do tej pory opublikowało rozbudowany program rozwiązania problemu dzików, jest Poznań. Oto, co zaproponował tamtejszy zespół ds. działań profilaktycznych miasta:
1. Ograniczenie bazy żerowej w miastach
Zabezpieczenie odpadów organicznych:
• chemicznie – repelenty o zapachu człowieka lub drapieżników (niedźwiedź, wilk) mogą odstraszać dziki.
• mechanicznie – zamykanie wiat śmietnikowych i ustawianie ogrodzeń wokół pojemników na śmieci, aby dziki nie miały dostępu do pożywienia.
2. Ochrona ogrodów działkowych i sadów
Zachęcanie właścicieli działek i sadów do stawiania ogrodzeń lub stosowania odstraszaczy, zwłaszcza na terenach opuszczonych, które stają się naturalnymi ostojami dzików.
3. Stosowanie odstraszaczy na trawnikach
Wprowadzanie repelentów na trawnikach oraz świeżo koszonych obszarach, gdzie dziki mogą szukać owadów i larw jako źródła pokarmu.
4. Wprowadzenie zapór ograniczających migrację (tam, gdzie migracja ta jest niepożądana)
• Chemiczne zapory – stosowanie repelentów na trasach migracji dzików.
• Mechaniczne zapory – urządzenia dźwiękowe lub świetlne odstraszające zwierzęta.
• Biologiczne zapory – wzbogacenie warunków w lasach, np. utworzenie ostoi i pasów zaporowych z dodatkowymi źródłami pokarmu, by zatrzymać dziki w środowisku naturalnym.
5. Wspieranie drzew ciężkonasiennych (np. buk, dąb) w lasach graniczących z miastem. Żołędzie i bukiew, lubiane przez dziki, to naturalne pożywienie, które pozwoli zatrzymać dziki w ich środowisku leśnym i zmniejszy ich migrację do terenów zurbanizowanych.
Dlaczego w Warszawie nie wychodzi?
Sprawą dzików zainteresowała się radna miejska Marta Szczepańska. Wystosowała w sierpniu interpelację do prezydenta Trzaskowskiego z prośbą o podanie, jakie działania Warszawa podejmuje w sprawie tych zwierząt. W odpowiedzi możemy przeczytać, że mimo podjętych prób nie udało się uzyskać efektów. Pismo składa się z przykładów stosowania wybranych odstraszaczy w różnych częściach miasta. Czytamy tam m.in. „Stosowanie sygnalizacji świetlnej i dźwiękowych, np. przez Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie w celu płoszenia dzików także okazało się nieskuteczne. Muzeum podjęło dodatkowe środki zapobiegawcze w postaci budowy zapory w miejscu przedostawania się dzików – droga lądowa, na teren ogrodu pałacowego. Działanie nie przyniosło oczekiwanych rezultatów, ze względu na zdolność przemieszczania się dzików wodami (w tym przypadku jeziora Wilanowskiego)”. Nie widać tu planu skoordynowanych działań. Jest to bardziej lista wymówek, dlaczego się nie da. Jedynym sensownym – oczywiście z perspektywy władz – rozwiązaniem jest zatem iść w zaparte i dalej uśmiercać dziki.

Tymczasem można mieć dobry plan i wcielić go w życie. Przenieśmy się na zakończenie do skali „mikro” – ogródka pani Marii z Białołęki. Kobiecie niewątpliwie zależało na rozwiązaniu problemu z obecnością dzików, ponieważ w ogrodzie uprawia warzywa, którymi będzie karmić rodzinę przez najbliższe miesiące. Zastosowała proste rozwiązania. Najpierw starannie zabezpieczyła płot. Przyczepiła też do niego urządzenie, które emituje dźwięk i światło. Ponieważ wokół widziałem mnóstwo śladów po dzikach, zapytałem panią Marię, czy ma z nimi problemy. Odparła: „A gdzie tam! Nie wchodzą”.
Oczywiście Warszawa to nie ogródek w Białołęce. Wymaga o wiele bardziej złożonych działań. Przede wszystkim współpracy władz z naukowcami, którzy znają się na dzikach. Jak wielokrotnie powtarzaliśmy, zabijanie tych zwierząt od lat nie przynosi żadnego efektu. Zgłoszenia mieszkańców jak były, tak są. Powtarzanie tej samej metody w nadziei uzyskania innego efektu nie jest racjonalne. Zamiast tępić dziki, powinniśmy opracować plan, jak żyć z nimi w sąsiedztwie. Jeśli jednak zamierzamy je całkowicie wytępić, szybko zaczniemy narzekać na gryzonie (a także kleszcze), których populację dziki bardzo skutecznie redukują.
- Tekst: Bartek Kozłowski (Jutro będzie futro)
- Zdjęcia: Tomasz Jabłoński
- Tekst ukazał się w numerze 12-1/2024-2025 Magazynu VEGE
