Jak rozmawiać z dziećmi o zwierzętach – tych domowych i tych, które czasami pojawiają się na talerzu?
Chociaż nie jestem zagorzałą fanką porzekadła „czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci”, to jak w wielu ludowych mądrościach, w tym również istnieje ziarno prawdy. To, jak będziemy rozmawiali z dziećmi o zwierzętach i na co kierowali ich uwagę, może nie tylko sprawić, że wychowamy lepszych ludzi. Wychowamy też lepsze i mądrzejsze społeczeństwo i mocno w to wierzę. Jak zatem rozmawiać z dziećmi o zwierzętach, tych domowych i tych, które czasami pojawiają się na talerzu? Odpowiadam, nieco z przymrużeniem oka, jako mama (ta ludzka i kocia) i weganka.
Podobno dzieci, które wychowują się ze zwierzętami, „chowają się lepiej”, cokolwiek to oznacza. Na szczęście coraz więcej mówi się o tym, że niekoniecznie zwierzęta, które wychowują się z dziećmi, też doświadczają tej sielanki. Nie mówię tutaj jedynie o tych stereotypowych widokach – ciągnięciu za ogon, wyjadaniu z miski czy nadmiernych czułościach. Mam na myśli przede wszystkim odwrócenie hierarchii, podział uwagi i stratę ulubionego człowieka.
Kiedy na świat przyszła moja córka, wydawało mi się, że moja kotka jest na to świetnie przygotowana. Wszystko widziała wcześniej, mogła wąchać, eksplorować, poznawać. Dawałam jej tyle czułości, ile mogłam. Po czterech latach wspólnego mieszkania można uznać, że stosunki na linii zwierzak-dziecko są poprawne. Kot wreszcie przestał sprawdzać po każdym spacerze, czy być może tym razem nie wróciłam sama.

Jak zatem wytłumaczyć dziecku, które twierdzi, że definicja szczęścia to głaskanie kotka, że nasz kotek jednak nie chce być głaskany? Tu zaczynają się schody, i to ruchome, a my idziemy w przeciwnym kierunku. W mojej ocenie kluczowe jest dawanie przykładu i pokazywanie, że szanowanie granic zwierzęcia jest tak samo ważne jak naszych. Pomimo ogromnej chęci reprezentowania interesów obu stron częściej stawałam w obronie kotki i to nie tylko dlatego, że ona była tu pierwsza. Tym sposobem w moim domu zagościły bajki o kotku, który nie chciał się miziać, nie lubił, kiedy ktoś go budził, i strasznie się złościł, kiedy ktoś przerywał mu jedzenie. Kiedy komunikacja z dzieckiem powoli wchodziła na wyższy poziom, wspólnie czytałyśmy książki o kocich zachowaniach i sprawdzałyśmy, czy nasza kicia jest akurat w nastroju, żeby do niej podejść. Czy zawsze było idealnie? Oczywiście, że nie! Czasami chwila mojej nieuwagi skutkowała tym, że kot w pragnieniu ucieczki przecisnąłby się przez ucho igielne. Ja jednak aż do znudzenia powtarzałam, że wszyscy mieszkamy razem i musimy żyć tak, żeby każdemu było dobrze.
Wszystkich rodziców, nie tylko tych ze zwierzętami na pokładzie, zachęcam do przekazywania dzieciom już od najmłodszych lat zasad zachowania w stosunku do zwierząt. Nie podchodzimy do tych, których nie znamy, a do tych, które znamy, zbliżamy powoli, bez gwałtownych ruchów i robimy jedynie tyle, na ile pozwala nam opiekun. Tłumaczmy i włączajmy dzieci w to, że zwierzę to nie tylko frajda, lecz także obowiązek. Kiedy widzimy psa na spacerze, zamiast kolejnego „o! piesek! hau hau!” zapytaj: „jak myślisz, czemu pies jest na spacerze? Czy jak jest zimno i pada, to piesek też wyjdzie?”. Wiem z doświadczenia, że zastanowienie się nad takimi kwestiami na prawdziwym przykładzie zmniejsza częstotliwość pytań o pieska w domu.
Uwrażliwienie dzieci na zwierzęta domowe najczęściej nie sprawia problemu. Dzieci z naturalnością lgną do zwierząt, „ukochując” wszystkie. To do rodziców należy wyznaczenie granicy tej miłości. Jak za to rozmawiać z dziećmi o krzywdzie zwierząt, których nie widzi na co dzień? Nie będę udawać, że żyjemy w otoczeniu, w którym nikt nie je mięsa. Bywamy u rodziny, znajomych, imprezach. Kiedy po raz pierwszy moje dziecko zapytało, dlaczego nie jem mięsa, zdębiałam. Potrafię prowadzić takie rozmowy z dorosłymi, ale jak powiedzieć o tym trzylatce, która jest za mała na realia ubojni? Punktem wyjścia do tej rozmowy była miłość do zwierząt. Kiedy ustaliłyśmy już, że kochamy naszego kota i psy mijane po drodze, doszłyśmy do wniosku, że inne zwierzęta również zasługują na to, żeby żyło im się dobrze. Kolejnym punktem było zderzenie się z rzeczywistością tego, że mięso i produkty odzwierzęce sprawiają, że zwierzęta cierpią i dzieje im się krzywda. Wtedy to wystarczyło, ale wiem, że temat wróci, dlatego już teraz gromadzę książki dla dzieci, które lepiej niż ja będą wyjaśniały ten temat.

Literatura jednak nie zawsze jest pomocna. Kiedy ja mówię, że są zwierzęta, które cierpią, to bohater książek dla dzieci wyjeżdża na wieś do dziadków, gdzie doją krowę i zbierają jajka. Mamy zgrzyt! Mama mówi, że to nie jest fajne, a bohater w książce tak właśnie robi. Zresztą wystarczy sięgnąć po pierwszą lepszą książeczkę. W każdej z nich kura „daje” jaja, krowa „daje” mleko. O dziwo nie spotkałam się jeszcze z pozycją, w której zostało wyjaśnione, co daje świnka… Co odpowiadam? Że nie mam wpływu na innych, ale my możemy zachowywać się zgodnie z tym, co uważamy za dobre.
Pokazujmy dzieciom, że świat nie zawsze jest dobry dla zwierząt, ale nie strasząc. Dostosowujmy przekaz do wieku i zagłębiajmy się w sprawę na tyle, na ile dzieci chcą. Uczmy, że zwierzęta to osobne byty, które mogą być chore, mogą być nie w humorze albo po prostu nie lubią innych. Pokazujmy, że zwierzęta w naszym otoczeniu też mają uczucia – pies przed sklepem może być smutny, ganiany gołąb – przestraszony, a miziany kot zadowolony. Do budowania wrażliwości w dzieciach zachęcam też osoby, które ich nie mają. Uwierzcie, że te dzieci, których teraz nie lubicie, za parę lat będą dorosłymi, których nie będziecie lubić jeszcze bardziej.
- Tekst: Paulina Kaczmarek
- Tekst ukazał się w numerze 9/2024 Magazynu VEGE

