I znów mi się dostało. Tym razem „zaniepokojona” i „zmartwiona moją obsesją” przyjaciółka zaczęła mnie pouczać. „Dlaczego ciągle mówisz o zwierzętach?”, „Czy wiesz, że masz obsesję na punkcie zwierząt?” i najlepsze „Jesteś profesorem, więc nie znasz życia, nie wiesz, że ludzie muszą jeść mięso, bo taka jest natura”. Obok wyzwisk i przekleństw pouczanki są bardzo często reakcją na manifesty, wypowiedzi i działalność aktywistyczną na rzecz zwierząt.
Równocześnie z pouczanką moja edukatorka nawet nie zauważyła, że sama traktuje nonszalancko osoby, które nazwała „staruszkami” czy deprecjonuje osoby z niepełnosprawnością, pisząc o nich „niepełnosprawni”. Charakterystyczne jest to, że gdy nie ma się szacunku do życia, deprecjonuje się także istoty żyjące w obrębie własnego gatunku. Tak naprawdę edukatorzy wiedzą jedno: „ja mam rację, a weganie są źli i głupi”. Koniec i kropka. Pozostaje tylko pytanie, skąd ta wiedza i skąd to oświecenie? Sądząc po namiętności niektórych hejterów aktywistycznego życia, najbardziej boli urażone sumienie. Gdy zaczynamy rozumieć, co robimy zwierzętom, gdy dociera do nas ich wieczny holokaust, jakiego doświadczają ze względu na potrzeby, działania i ślepotę moralną człowieka, można się załamać. To ta okrutna chwila, kiedy zaczynamy łączyć wcześniej niedostrzegalne fakty: zwierzę – mięso na talerzu, cielę – mleko w kartonie. Potem już nie ma odwrotu. Gdy raz się zrozumie, że to, co wkładamy do ust, żyło i dla nas zostało zamordowane, nie pozostaje już nic, co można z tą świadomością zrobić. Ta wiedza niszczy i wypala w nas piętno.
Człowiek jest jednak dziwną istotą. Potrafimy przetrwać niejedną traumę, potrafimy sobie poradzić z niejednym problemem. To nasza siła ewolucyjna, pozwalająca trwać pomimo wojen, kataklizmów, krótkiego życia, chorób i śmierci. Homo sapiens ewoluował w trudnych warunkach, w których walka o przetrwanie spowodowała, że nie tylko nauczyliśmy się kooperować, lecz także nauczyliśmy się przetrwania pomimo cierpienia psychicznego i niewyobrażalnego nieszczęścia. Dlatego po stracie najbliższych, tych, których kochamy, potrafimy żyć dalej. Dlatego pomimo chorób, lęku i cierpienia potrafimy żyć i znajdować w tym radość. To niezwykle cenna cecha dająca siłę w sytuacjach, które wydają się bez wyjścia. To czyste trwanie i jego siła uwalniająca w organizmie człowieka moc przetrwania wobec tego, co przytłaczające i przerażające. Ta siła ewolucyjna staje się jednak niebezpieczna, kiedy zaczynamy uświadamiać sobie, co robimy innym.
W momencie, kiedy do nas dociera, co dzieje się w hodowlach wielkopołaciowych, w transporcie zwierząt do rzeźni i w niej samej, ogarnia nas przerażenie. To ten straszny moment, kiedy można poczuć cierpienie i przerażenie niewinnych istot. W momencie, kiedy zaczynamy rozumieć, co dzieje się ze światem przyrody, czego doświadczają zwierzęta uciekające przed nagonką i kulami myśliwych, można doznać traumy. W momencie, kiedy otwiera się przed nami świadomość, co się dzieje z bezdomnymi psami i kotami, serce nam pęka.

To ten moment, który albo całkowicie zmieni nasze życie, przeorganizuje myślenie, wprowadzi na ścieżkę weganizmu, albo zatrzaśnie nas w okrzyku przerażenia. To okrzyk urażonego sumienia, które będzie wypierać całą tę krzywdę, cało to okrucieństwo. Robimy to, by przetrwać traumę. Wówczas wiemy, ale robimy wszystko, by ukryć przed samymi sobą tę krzywdę. Zdajemy sobie sprawę, że krzywdzimy, ale ponieważ nie chcemy się zmienić, trwamy w bierności i zaczynamy krzyczeć. Krzyczeć na wszystkich tych, którzy przypominają nam o tym, co robimy.
Urażone sumienie krzyczy najgłośniej przeciwko tym, którzy uświadamiają nam naszą własną winę. Urażone sumienie broni nas samych, zwłaszcza jeżeli zdajemy sobie sprawę, że to, co robimy, jest złe, wiąże się z krzywdą innych istot czujących. Weganie są denerwujący, ponieważ uderzają w fundamentalny spokój innych ludzi. Abolicjoniści zwierzęcy doprowadzają do furii myśliwych, osoby lubujące się w mięsie lub takie, które nie wyobrażają sobie rezygnacji ze skórzanych akcesoriów.
Nie trzeba stać naprzeciwko, nie trzeba zwracać się wprost, by zranić sumienie osoby, która wie, co robi, ale nie chce się zmienić. Na tym polega nasza ewolucyjna przewaga, że potrafimy się bronić przed każdą niedogodnością czy wypierać każdy rodzaj traumy. To jednak, co najważniejsze w ewolucyjnym mechanizmie przetrwania, to konsekwencja zamykania się na wiedzę, która może nas zranić, przypomnieć o tym, co złe i niestosowne. W perspektywie konieczności poradzenia sobie z własną winą najważniejsze jest, aby cały czas nie dopuszczać do siebie niczego, co może prowadzić do dyskomfortu. Dlatego już osoba odmawiająca jedzenia mięsa na spotkaniu towarzyskim może być irytująca. Tak samo jak denerwować może świadomość, że istnieją weganie. Sama reklama wegańskiej żywności – nawet nieodwołująca się do cierpienia zwierząt – może się okazać bolesna. Słowa aktywisty, nawet jeśli nie zostały wypowiedziane wprost do nas, mogą ranić tak samo, jakby oskarżenie było wymierzone w nas bezpośrednio.
Urażone sumienie walczy. W wypieraniu własnej winy trzeba zachować nie tylko konsekwencję, lecz także wyćwiczoną kulturowo i rozwijaną od stuleci ślepotę. W kulturze europejskiej zwierzęta bardzo długo były rzeczą. Od antyku, gdy człowiek został filozoficznie ubrany w duszę rozumną, a zwierzęta miały jedynie wegetatywną i zmysłową (jak chciał Arystoteles), przez średniowieczne opowieści o osobie ludzkiej jako szczególnie godnej (rozwijane przez św. Tomasza z Akwinu) po nowożytną koncepcję zwierzęcia jako żyjącej maszyny (Kartezjusz). Kultura uczyła nas, że zwierzę jest rzeczą. Tylko czasami pojawiali się ludzie widzący w nich istoty czujące, wrażliwe i godne naszej empatii. Słowa Pitagorasa, Empedoklesa, Plutarcha z Cheronei, Porfiriusza z Tyru, czy Hildegardy z Bingen pojawiły się na marginesie głównej, antropocentrycznej myśli. Tak samo etyka Davida Hume’a musiała poczekać kilka stuleci, by stała się inspiracją dla ekoetyki. Zwierzę jako rzecz, przyroda jako strefa przedmiotowo martwa to narracja kształtująca myślenie, w którym nie było miejsca na szacunek wobec istot pozaludzkich i przyznanie im praw osoby – myślącej, czującej, podmiotu prawa i moralności.
Mówiąc o krzywdzie zwierząt, łamiemy kulturowe przyzwyczajenia, ranimy sumienie wielu osób uśpione wielowiekową tradycją, przyzwyczajeniem, konsumpcjonizmem II połowy XX w., egzystencjalnym przekonaniem, że to my i nasze Ja jesteśmy najważniejsi.
Etyka jest trudnym zadaniem, wymaga bowiem uznania, że nie ja, lecz druga osoba jest centrum starań i celem. Ekoetyka podnosi poprzeczkę jeszcze wyżej. W niej Ty jest zwierzęce, a w przełamaniu antropocentrycznego nastawienia wzywa nie tylko do wychodzenia poza swój komfort, lecz także do wyjścia poza gatunkowe granice. Gdy Ty jest zwierzęce, gdy podmiot jest pozaludzki, wówczas burzy się cała tradycja i przekonania utrzymujące człowieka w byciu centralnym bytem, najważniejszym zadaniem, centrum wartości dla samego siebie.
W działalność aktywistyczną musi być wliczona odporność. Trzeba zachować siłę, zwłaszcza gdy się pracuje na rzecz tych, którym systemowo odebrano głos. Mówiąc w imieniu zwierząt, trzeba zachować spokój, działać metodycznie, przytaczać fakty, dane i badania naukowe. Jeżeli mamy poprawić los zwierząt, musimy nieraz wypierać się emocji, naszego smutku i rozpaczy, jakie wiążą się z wiedzą o życiu tych, na rzecz których pracujemy. Dlatego ten rodzaj aktywizmu, ta praca u podstaw i działanie na rzecz zwierząt są takie trudne. To codzienne wypieranie się własnych emocji po to, by rozmawiać merytorycznie i dotrzeć do nieprzekonanych. Oskarżanie nas, aktywistów, o to, że robimy coś złego, że nie widzimy samego człowieka i jego problemów, staje się tym trudniejsze do zniesienia. To kolejne emocje, które trzeba zamknąć w sobie. Hejt, który niszczy, trzeba wziąć na siebie, by dalej działać, nadal pracować na rzecz zwierząt. Słowa przeciwko aktywistom w tym sensie stają się podwójnym obciążeniem. Działacze muszą nie tylko zapanować nad własnymi emocjami (goryczy, smutku, przygnębienia płynących ze współczucia), lecz także poradzić sobie ze złością skierowaną przeciwko nim.

„Przeraża mnie twoja obsesja”, „szkoda, że nie zajmujesz się czymś naprawdę pożytecznym i ważnym”, „jesteś złym człowiekiem, który nie widzi krzywdy drugiego” pojawią się jeszcze wiele razy w moich i każdego aktywisty mediach społecznościowych. Wiele razy doczekamy się wiadomości i słów piętnujących nas za przekonania i pracę na rzecz praw zwierząt. Jedne będą ukryte pod słodkim „martwię się o ciebie”, inne będą edukatorskie („spójrz na świat oczami zwykłego człowieka”) czy zjadliwe i wulgarne. Jeszcze nie raz aktywista będzie musiał powstrzymać swój smutek wypływający ze świadomości, jaki jest los zwierząt, jednocześnie otrząsając się po hejcie, jaki go spotka. Jeszcze nie raz usłyszymy, że to, co robimy, jest złe i bezsensowne. Ale to dobrze, bo gdy krzyczy zranione sumienie, to znaczy, że coś się zmienia i otwiera. Najpierw drwi się z dziwnych idei, potem się wścieka na ludzi, którzy każą myśleć inaczej, a potem prawo się zmienia.
Tak, „mam obsesję” i cieszy mnie ona tak samo jak działanie każdego polityka, który ma siłę podejmować trudne tematy, i każdego naukowca, który ma odwagę prowadzić badania zmieniające nasze podejście do świata i osób zwierzęcych. Niech zranione sumienie krzyczy, krzyczy coraz głośniej, pracy na rzecz zwierząt i tak nie zatrzyma. Tyle pozostało sumieniu człowieka, który wie, że źle robi.
- Tekst: Joanna Hańderek
- Tekst ukazał się w numerze 7-8/2026 Magazynu VEGE

